Przejdź do głównej zawartości

Marcin Brykczyński "Jak nie bać się gramatyki? Gramatycznych zasad kilka - by je poznać, starczy chwilka" - opinia

Źródło: Lubimy Czytać


 Boicie się gramatyki? Macie problemy z zapamiętaniem wszystkich tych zawiłych regułek? Zjadanie tony czekolady i relaksacyjna muzyka nie pomaga w nauce? Bez stresu, rodacy! Mam coś dla Was i gwarantuję, że po tej opinii hurtem pobiegniecie do księgarń, ewentualnie otworzycie internetowe sklepy oferujące asortyment książkowy i umieścicie na ich kontach ciężko zarobione pieniądze. O czym mówię. Ha! O czymś tak prostym, tak lekkim, jak wiosenna bryza (wiosno gdzieś się, u licha, schowała?!), a jednocześnie czymś podobnym do wichru targającego smętne, stare drzewa. Pozycja, o której opowiem, wydaje się niepozorną. Wyciągnęłam po nią łapki, lekko zachłannie, nie dlatego, że mam kłopocik z gramatyką, bo chyba nie mam, a jak mam to wyprowadzajcie z błędu, ukorzę się i ponownie wykuję na blachę. Ale nie sięgnę już po te spasłe, zakurzone tomiska, pełne pożółkłych stronic – zapomnijcie. Teraz mam to i nie zawaham się użyć (i tu powinna znajdować się emotka wyrażająca podstępną minę). O czym opowiem? O lekturze dla dzieci, napisanej przez Pana Marcina Brykczyńskiego. Cieniutkim tworze, który w bardzo humorystycznej formie, wbija w oporne umysły to, czego nie udało się utrwalić pedagogom. I wierzcie mi, nie mylę się.

Zanim zaczniemy, po krótcy wprowadzę Was w arkana mini podręcznika. Jak zawsze posłuży mi cytat z Lubimy Czytać – o dzięki ci portalu, że jesteś taki pod ręką.

Jak gramatycznych zasad się nie bać?
Chyba po prostu poznać je trzeba.
Tę rzecz ułatwi prosta zasada,
by zasad uczyć się na przykładach,
a tu niejeden z pewnością sprawi,
że was ta książka szczerze rozbawi…

Marcin Brykczyński przedstawia podstawowe zasady gramatyczne z humorem, sprawiając, że nauka z jego książką to prawdziwa przyjemność. Forma rymowanego wiersza ułatwia zapamiętywanie, zatem… do dzieła! Szóstka z polskiego gwarantowana!”

Kim jest twórca? Pan Marcin ma na koncie nie tylko tę gramatykę, oj nie. Przede wszystkim jest tłumaczem oraz pisarzem książek dla dzieci. Przez kilka lat był copywriterem. Ekwilibrysta i mistrz słowa. Jest autorem wielu opowiadań oraz wierszy dla dzieci. Zdobył też pokaźną ilość wyróżnień. Takich jak: Nagroda Polskiego Towarzystwa Wydawców, Nagroda Polskiej Sekcji IBBY, Nagroda Fundacji Świat Dziecka. Książka jego autorstwa pod tytułem „Biały niedźwiedź. Czarna krowa” została wpisana na Listę Honorową IBBY. Na jego koncie znajdziemy bogatą gamę utworów dla najmłodszych: „Jak się nie bać ortografii?”, „Czarno na białym i biało na czarnym”, „Ni pies, ni wydra”, „Skąd się biorą dzieci?”, „Co się kryje w sercu na dnie?”, „W każdym z nas są drzwi do nieba”[1].

Warto też wspomnieć o ilustratorce, która przyczyniła się do mojego bardzo pozytywnego obioru tej pozycji. Grafiki są bardzo dopracowane, przejrzyste, tematyczne i przede wszystkim trafiają do młodego czytelnika. Tak, testowałam na swojej ośmiolatce, która jest zachwycona książeczką. Prace te, na potrzeby wydawnictwa Nasza Księgarnia, stworzyła Aleksandra Krzanowska. Bardziej dociekliwi znajdą jej twórczość między innymi na Pinteście. Jest absolwentką Wydziału Krakowskiej ASP. Dyplom obroniła w 2006 roku. Po studiach postanowiła pracować na własny rachunek. Tak też powstał „Konik”. Obecnie czas dzieli na pasję, ilustratorstwo oraz samokształcenie w kierunku prowadzenia własnej firmy. Wyżej wymieniony „Konik” jest wydawnictwem, którego nakładem pojawiły się między innymi „Owadzie opowieści”, które ubarwiła swoimi grafikami[2].

Jak już przebrnęliśmy przez przedstawienie twórców, nie pozostaje mi nic innego, jak zacząć tę zacną opinię, nafaszerowaną „ochami” i „achami”. Tak moi mili, dziś będę rozpływała się nad książeczką dla dzieci. No to co? Okładka i ogólne wykonanie dzieła! Na początku wspomnę, że ma ono jedną małą wadę, która (mam nadzieję) ulotni się z czasem. Tak – ulotni. Mowa tu o specyficznej woni. Pech chce, albo i nie, że mam bardzo wrażliwy nos i po godzinie (nawet niecałej), spędzonej nad książką, zaczęła mnie boleć głowa.. Zatem tylko tyle. Reszta jest porządna. Wie się, po wzięciu jej do ręki, że jest w stanie posłużyć nie tylko jednemu dziecku. Myślę, iż spokojnie przetrwa bardzo intensywne wertowanie, nie raz, nie dwa. Pozycja jest szyta, bardzo dobrze układa się w dłoniach, nie zamyka się nachalnie i nie łamie. Obwoluta z twardej tektury, obleczona warstwą matowej folii, uchroni zapewne przed zabrudzonymi paluchami. Bajeczna szata, tak samo, jak opracowanie i rozmieszczenie regułek wewnątrz. I stopień po stopniu pniemy się na wyżyny wiedzy. Ale o tym za chwilę.

W tej cieniutkiej książeczce znajdujemy kompendium wiedzy na temat: zgłosek, sylab, części mowy, części zdania etc. A wszystko to poprzedzone pięknym, rymowanym wstępem, który czytany na głos momentalnie wpada w ucho. Zaczyna się od bardzo prostych sylab, a kończy na tworzeniu rodzin wyrazów. Każda para stron odpowiada innemu wyrażeniu gramatycznemu. Oczywiście bogato okraszona odpowiednio dobranymi ilustracjami, które najpierw interesują dzieci, a dopiero potem sama treść. Muszę przyznać, że autor wykonał kawał dobrej roboty. W życiu tak łatwo nie wychodziły mi do głowy te wszystkie „paskudki” polonistyczne. Nie omieszkałam pochwalić się zdobyczą mojej siostrze, która ma wyjątkowo opornego na naukę syna. Odpowiedź była jedna - kupię. Słuchajcie, to jest jakaś dziwna magia. Magia, którą roztacza język polski, tak bardzo nam ukochany, a jednocześnie należący do grupy jednych z najtrudniejszych na świecie. Wcale się nie dziwię, że szanowna młodzieży ma z nim problem, sama miałam i stawiałam się do niego jak jakaś zacietrzewiona kwoka. Ale w czasach mej młodości (lata osiemdziesiąte) tego typu pomocy naukowych nie uświadczyłeś. Były „Litery” i wredna nauczycielka, która prócz krzyków i gróźb, że pośle do dyrektora, niczego więcej nie wnosiła.

Cóż mogę rzec. Przejrzystość jest jedną z cech dominujących. Za pomocą fajnych chmurek, strzałek, podkreśleń czy też zaznaczania czcionek innym kolorem, autor naprowadza małego miłośnika języka na to, co chce mu w danym fragmencie przekazać, a co jest bardzo istotne i czym się charakteryzuje dana część mowy. Nie generalizujmy. Przedstawiony materiał nie tylko ma służyć do nauki. Odnoszę wrażenie, że starsze dzieci i takie pierniki jak ja, znajdą sporo przyjemności w powtarzaniu sobie w ten sposób materiału. Nie ukrywam, a wspominałam to już w pierwszym akapicie, iż była to niezwykle przyjemna podróż do źródeł.

Reasumując. Dawno nie miałam w ręce książki z gatunku tych merytorycznych, która byłaby tak dobrze skonstruowana, mądra, przejrzysta i przede wszystkim zabawna. Autor pokazał, że nudę można spokojnie posadzić w kozie. Teraz czas na dowcipną naukę, która jest o wiele przyjemniejsza. Nie omieszkam przedstawić jej wychowawczyni mojej średniej córki. Myślę, że powinna się nią zainteresować Polecam. Jako rodzic, opiniotwórca, grafoman i chałupniczy redaktor. Kupcie sobie. To mogą okazać się najlepiej wydane pieniążki.

Opinia napisana dla: Polacy nie Gęsi


Za książkę dziękuję: Wydawnictwo Nasza Księgarnia










Komentarze

  1. Chyba wiem co kupię synowi na dzień dziecka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za odwiedziny. To świetna książeczka. Bardzo polecam :).

      Usuń
  2. Mam w domu „Czarno na białym i biało na czarnym” dokumentnie zaczytane. Cieszę się, że powstała książka, która pomoże oswoić naszą niełatwą gramatykę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to w jaki sposób, nie? :)
      Dziękuję za wizytę i pozdrawiam
      Katarzyna.

      Usuń
  3. Muszę sięgnąć po książkę, chętnie ją przeczytam razem z dziećmi, zawsze dobrze uczyć się w sympatycznym tonie. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wizytę. To prawda. Lepiej uczyć się na wesoło, w formie zabawy, niż z przymusu. Wtedy wszystko lepiej do głowy wychodzi :)
      Pozdrawiam
      Katarzyna

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…