Przejdź do głównej zawartości

A.M Chaudiere "Niewolnica" - opinia

Źródło: WFW



Minęło już sporo czasu, od kiedy czytałam ‘starą’ „Niewolnicę”. Pamiętam jak mi się podobała pomimo wielu niespójności, które wkradły się w tekst. Był to jednak czas, kiedy moja wiedza na temat redakcji i korekty należała raczej do skromnej, rzekłabym – miernej. Wtedy książka ta dała mi nie tylko ucztę dla zmysłów, szczególnie z tej erotycznej strony, ale również dzięki niej poznałam autorkę, która stała się kimś istotnym. Do tego stopnia, iż stanęła razem ze mną na ślubnym kobiercu w roli świadkowej. Zatem masa prywaty, masa sentymentów i przede wszystkim przyjaźń na lata, która nie wyklucza marudzenia na literki z taką pasją wystukiwane na klawiaturach. W tamtym roku Julita, szefująca Gęsiom, wrzuciła na grupę info, że „Niewolnica” właśnie zyskała swoją reedycję. Oczy zaświeciły mi się wtedy tak bardzo, że gdyby nie dzień, pewnie rozświetliłabym cały pokój. Padła też propozycja wywiadu. Tak! Okazja zapoznania się z nową, odświeżoną wersją tej pozycji wydawała się wtedy bardzo kusząca. Wpisałam pod postem radosne: „Chcę!” i tym oto sposobem książka trafiła w moje ciekawskie łapska. WFW jak to WFW. Wydawnictwo, a raczej firma, która „wydaje” literaturę, za którą płacą autorzy, w moich oczach, nie powinna się mianować wydawnictwem. Pies jednak z tym. Bardzo długo wysyłali mi paczkę. Tak, czekałam chyba dwa miesiące zanim listonosz przytargał przesyłkę. Po drodze dowiedziałam się od autorki, że reedycja jest za pieniążki firmy, zatem już nie vanity, a normalna książeczka. Czyli – wieści wyśmienite. Jakie są moje wrażenia po zapoznaniu się nową, wypięknioną „Niewolnicą”? Poczytajcie.

Tutaj sięgnę do magii Lubimy Czytać i wkleję opis książki. Tak, jestem leniwą bułą i pozwolę sobie na wklejenie swoich słów:

Niewolnica” to świat osnuty mgłami magii. Świat, w którym ścierają się – miłość i nienawiść. Miejsce, gdzie przyjaźń jest na wagę złota, a nieufność to chleb powszedni. Tu nie możemy być niczego pewni. Tu musimy mieć baczenie na każdy szmer, każdy poblask światła zaglądającego przez okno. Być może będzie on tym, czego tak naprawdę w głębi duszy się obawiamy. Książka Anny Chaudière - wciąga. Nie pozwala odłożyć się na półkę. Hipnotyzuje i otumania do ostatniej strony. Serdecznie polecam.

Katarzyna Szewioła-Nagel
- Polacy nie gęsi

A tu opis, zaczerpnięty ze starego wydania, tak, byście sobie mogli przypomnieć, jak to kiedyś brzmiało:

„Powieść zawiera wątki erotyczne. Piękna kobieta i dwaj niebezpieczni, kochający ją do szaleństwa mężczyźni. Arina – zniewolony mag, Azarel – Mag Aszarte i Severio – Gwardzista Akademii Morza Deszczów… Związki, które nie mają prawa przetrwać. Uczucie, które nie powinno się narodzić. Ludzie, którzy nie mogą się spotkać. „Niewolnica” to napisana z niebywałym rozmachem historia o miłości, zdradzie, sile przyjaźni, kobiecości, magii, nienawiści, seksie, dorastaniu, przeznaczeniu. Czytelnika całkowicie pochłonie świat magów, wampirów, czarownic, a także niewolników i ich panów. To całkiem nowy świat, nowy niewolniczy porządek, uprzedmiotowienie i zniewolenie, ludzkie pragnienie władzy nad drugim człowiekiem, sprawdzenia, na ile można upodlić i jak czerpać z tego przyjemność… To czas zakazanych uczuć i silnych emocji. Niespodziewane zwroty akcji, a także sugestywna fabuła wciągają tak bardzo, że ma się ochotę nieustannie śledzić losy bohaterów. A.M. Chaudiere wykreowała świat, którego nie chce się opuszczać.”*


Źródło: WFW
Zanim opowiem o książce jako takiej, kilka słów o wyglądzie, a konkretnie szacie graficznej, która zdobi i nie zdobi okładkę tej grubej lektury. Pierwsze wydanie, te które mam, skąpane jest w zieleni a w części frontowej naszym oczom prezentuje się niezbyt proporcjonalna sylwetka głównej protagonistki, która nosi na swym obnażonym ciele liczne ślady po ubrudzeniach sokiem malinowym. Stop! To są rany, tak. Masa nacięć, z których przesącza się boleśnie czerwona posoka. Koniec poezji. Lecimy z drugą, by móc je porównać. Tu już jest nieco lepiej. Mimo że fonty pozostały bez zmian, tak kolorystyka jest jakby mroczniejsza i bardziej klimatyczna. Pasująca co najmniej do stylu dark fantasy. Nie jesteśmy znowuż dręczeni krzywą Ariną, a jedynie podziwiamy dzieło Ani Kuchniak, która stworzyła coś zupełnie odmiennego, świeżego. Korcą miłe dla oka delikatne symbole skąpane we mgle oraz rozmyta dłoń, która owe twory podtrzymuje. Mogłoby być cacy, gdyby nie jeden szczegół. Wszystko się zlewa. Tonacja jest zbyt ciemna. Obstawiałabym za rozjaśnieniem liter. Choćby o dwa tony, aby się wyróżniały. Ale to tylko moje, pseudo graficzne jojczenie.

A co z wnętrzem? Jest tak samo, czy coś się zmieniło? A i owszem. Poprzednie wydanie nie posiada ilustracji, w tym jest ich całkiem sporo. I znowuż niskie ukłony w stronę wyżej wymienionej pani grafik. Nadal z tyłu są mapki i przypisy. Czyli transformacji diametralnych nie ma, ale czy się przyczepię? A jakże! Ania Kuchniak zrobiła swoje, WFW odwaliło fuszerę – obrzydliwą! Przypomnę, że mapki oraz szkice są dziełami autorki, a nie nowej pani grafik współpracującej z pisarką. Zatem nie o nich gryzmolę, gdyż tu nie ma o czym dyskutować. Jednakże jakiż pech na was spadł moje drogie wydawnictwo, że trafiła wam się taka cholera, która zna się na wielu rzeczach. Między innymi na wstawianiu rysunków i składaniu książek. Oczy bolą, kiedy trzeba patrzeć na marginesy, które pozostawiliście. I żeby one jeszcze miały taką samą szerokość to rozumiem. Jednak na każdej stronie, na której widnieje dzieło Ani, jest inny margines. Serio? Hej! Jesteście tam? Już piszecie pismo do sądu? Nie? Ale czekajcie! To jest darmówka, więc tu nie trzeba się przykładać. Hajsy muszą się zgadzać. Nieładnie. I to nie koniec mojego czepialstwa. Oj nie, jeszcze nie skończyłam.

Jakość. Tak! Porozmawiajmy sobie o papierze, gramaturze i wykonaniu ogólnym. Jak starą „Niewolnicą” zaorałam torebkę, pół Katowic i większość przychodni na Śląsku, tak nowe wydanie zaczęło zdychać po jednym dniu czytania. Siedziałam na nowiusieńkim, zakupionym w promocji krzesełku i pod dotykiem moich nadobnych paluszków, nie spoconych, okładka zaczęła się na brzegach rozwarstwiać. Pomyślałam wtedy: „Co u licha?” Obejrzałam ją sobie dokładniej i dotarło do mnie, że to kolejny bubel. Miałam w ręku produkt, który nie przetrwa nawet trzech czytających go osób. Na dokładkę wydawca uraczył nas białym, koszmarnie męczącym papierem o wątpliwej gramaturze. Jedynymi rzeczami, która mi się podobają są: niezmieniona czcionka, interlinia i marginesy przy tekście. Co myślę o tych przy grafice – napisałam wcześniej. Nadal pozostały te ozdobniki przy numerach stron… ach. A mówiłam Annie, że to takie be. No cóż. Nie można mieć wszystkiego. Prawda?

Czy coś w treści uległo zmianie? Czy tylko ‘poprawiono’ błędy? Zmieniło się. Nawet dosyć sporo. Włącznie z początkiem książki. Może się wydawać, że kosmetyka wprowadzona przez autorkę jest nieznaczna, lecz osoba, która czytała tę pozycję kilkakrotnie i spędziła długie godziny na dyskusjach na jej temat, jest w stanie wyłapać drobne niuanse. Soczyste, nasycone przemocą sceny erotyczne okrojono, a co poniektóre usunięto. Wyżej wspominany początek został przeredagowany i również zredukowany. Napięcie, jakie wyczuwało się pomiędzy głównymi bohaterami jakby zanika. Niby jest, jednakże już nie tak mocne. Niektóre z postaci sporo straciły. Da się również zauważyć to, co jest nowe, co Anna dopisała w miejscu wyciętego akapitu. Wyraźnie styl w tych punktach jest dojrzalszy, a konstrukcja zdań lepsza, jakby to rzec – pełniejsza. Wszystko niby to samo, a jednak coś tu zgrzyta. W sumie dla mnie spoko. Ponowne odkrywanie dało mi masę radości.

Niestety. Teraz czas na tę część, której autorzy za bardzo nie lubią. Ja też za nią nie przepadam. A mianowicie wytykanie błędów. I nie mówię tu o ciężkich merytorycznych przewinieniach, bo i takie się znalazły, choćby zatopienie Anglii, gdzie niżej położone kontynenty etc, nadal sobie radośnie na mapie pływają i mają się bardzo dobrze. Pewnie w miejscu Wielkiej Brytanii machnął się wodny bąbel, który postanowił zaopiekować się deszczową wyspą. Kolejnym babolem są magowie Aszarte, którzy do złudzenia we wszystkich aspektach przypominają magów Ashaki, stworzonych przez Trudi Canavan. Nawet nazwa jest podobna. Mogłabym przysiąc, że twórczyni tego dzieła nadzwyczajnie w świecie nieświadomie zaczerpnęła ze źródła. Ale tu o Canavan nie piszemy. Lecimy dalej. Postacie. No właśnie, jak wyżej wspominałam ciut się pozmieniały. Straciły na wyrazistości. Nie wiem czy pisarka, czy redaktor (o ile takowy to widział) sprawili, że stała się im jakaś niewytłumaczalna krzywda. Nie mówię, że wszyscy. Jednakże spore grono jakby zbladło, w tym jeden z czołowych protagonistów – Azael. Odniosłam wrażenie, że całe to zło, które z niego emanowało, przygasło. Niby chce być bezwzględnym, lecz wypada to jakoś smutno. Niby krzywdzi i czerpie przyjemność z maltretowania Ariny, by za kilka stron rzucić niedoszłym gwałcicielem o ścianę demolując całe pomieszczenie. Zniknęła w niektórych miejscach ta nadmierna uczuciowość i emocjonalność, którą dało się wyczytać w pierwszym wydaniu. Oczywiście jej skrawki pozostały i dają bardzo przyjemną mieszaninę chemii, która wiruje pomiędzy kreacjami.

Kolejna kwestia, która irytuje – wzdychanie. O borze zielony. Tam wszyscy wzdychają - bezustannie. Na każdej stronie po kilka razy. Wydobywają z ust ten nieznośny i drażniący dźwięk. Bohaterowie też łapią powietrze w płuca, nierzadko ze świstem. To króluje, tak samo, jak bolące niemalże do krwi, zamartwianie się o biedną Arinkę, której krzywda się dzieje straszna, ale nikt na to nie może nic poradzić – bo Azarel. Taki wszechmocny, mrukliwy, taki wow-sadysta… dobra poniosło mnie. Dopiero w drugiej części nieco się to klaruje i mamy mniej tego typu rzeczy. Kolejna kwestią jest samo postępowanie protagonistki, która zachowuje się jak klasyczna Mery Sue. Ale to nic. Poczułam w „Niewolnicy” jakby uszczerbki twórczości aUtorki Kasi. Mowa tu o znanej wszystkim - Kasi Michalak, która z uporem maniaka pisze ‘powieści’, w których główne bohaterki są pożądane przez wszystkich samców znajdujących się w odległości kilku metrów, jak nie kilometrów. Aż brakowało mi tych nabrzmiałych penisów i pulsujących wagin. Kurcze, a może to miało być odwrotnie? Nieważne. Generalnie w zniewolonej, pięknej mag zakochują się wszyscy, a ona bidulka miota się pomiędzy jednym i drugim, sama nie ogarniając i nie pojmując tego, co szarpie jej niezdecydowanym serduszkiem. Resumując, jednym się to spodoba, inni (tacy jak ja) będą zgrzytać zębami, bo mogą.

To teraz słów kilka, a może więcej niż kilka o stronie technicznej. Dowiedziałam się, że wydawnictwo dało autorce AŻ dwa tygodnie na poprawienie książki. Na te wieści zamrugałam energicznie, a z ust mych wydobyło się jedynie gardłowe: „Żartujesz?”. W odpowiedzi dostałam znaczące pokręcenie głową. Aha, czyli będzie jazda po bandzie. Wspomnę, iż rozmowa ta toczyła się przed tym, jak zabrałam się za zagłębianie w treść. I co znalazłam prócz wyżej wymienionych różnic? Babole, byki, bylicę, złą interpunkcję, braki ogonków, byki gramatyczne, spacje pomiędzy przecinkami, cyferki w środku słowa. Generalnie wszystko to, co stanowi spójną całość, którą zostawia się profesjonalistom zajmującym się redakcją. Tu nie jest zrobione nic. Zupełnie. Do teraz siedzę z ołówkiem w dłoni i bazgrzę po książce, ku wielkiemu zgorszeniu ludzi, którzy mnie gdzieś tam przyłapują na tej czynności. A poprawiam w tramwajach, szkole, jak czekam na latorość, którakończy zajęcia, w domu, na przystanku. Jednym słowem, zawsze kiedy wychodzę z domu bez dzieci. I żeby nie było, że nie przeczytałam całości i się tu rządzę. Nie. Zapoznałam się, teraz na spokojnie sobie to ogarniam. Obiecałam też Annie, że książkę jej oddam z naniesionymi sugestiami. Taki mój gift dla niej. Myślę, że sporo czasu jej zajmie, zanim to sobie powtyka w pliki. Najbardziej jednak wkurzająca jest bylica. Uczono mnie kiedyś, że jest to synonim kiepskiego pisania. Może tak, może nie. Osobiście unikam jak ognia. Gdy brak mi słówka, które mogłabym zamienić z „był” odkładam tekst albo szukam synonimów. Nie mogę też powiedzieć, że autorce brak talentu, bosz NIE! Lepiej jej idzie niż mnie, czego przykładem są publikacje. Jednakże wiem, że jest to pierworodne, najukochańsze ‘dziecko’ i troszkę inaczej pochodzi się do tego typu rzeczy. Wiem po sobie. A, jako że jestem grafomanką najpodlejszego sortu to nie jojczę.

Są plusy? No oczywiście. Przede wszystkim historia, która bardzo powoli się toczy, dając czytelnikowi czas na nasiąkniecie jej klimatem. Zapoznanie się z postaciami i wyrobienie sobie zdania na temat wykreowanego świata. Powiem szczerze, że naprawdę lubię miejsce, po którym stąpa Arina. Postapokaliptyczny świat, który bardzo powoli podnosi się z gruzów. Tworzący całkiem nowe podwaliny rzeczywistości, która rządzona jest żelazną ręką przez magów niekontrolowanych żadnymi prawami. Do tego całkiem spory wachlarz stworzeń. Ukazanie wampirów z zupełnie innej, czasami miałam wrażenie, że tej milszej strony. Dodanie im cech rodem z Blade’a. Mowa tu o możliwości poruszania się za dnia. Krótkie, choć treściwe opisy przyrody i wartka akcja, która wpływa na wyobraźnię. Na szczególną uwagę zasługują też kreacje. Postacie mają swoje indywidualne charaktery. Nieraz ma się wrażenie, że już tak durnym być nie można jak… a potem dostaje się w pysk soczystym dialogiem pomiędzy pewnymi magami i ma się ‘memowe’ - WTF? Pomimo więc mojego jojczenia i bezustannego łapania się za głowę, nie wygląda to aż tak tragicznie. A mogłoby rysować się o wiele lepiej, gdyby WFW zabrało się tej lekturze za tyłek tak jak ja i zrobiło mu z okładki jesień średniowiecza.

Reasumując, by już nie przedłużać, bo chyba przegięłam. Tak. Tak się stało. „Niewolnica” to nie najgorsza pozycja, na którą można poświęcić troszkę czasu. Szczególnie, jeśli interesuje Was problem niewolnictwa lub przemocy stosowanej wobec kobiet. Tego autorka nam nie skąpi.

Jeśli lubicie czytać o skomplikowanych relacjach międzyludzkich – ta książka jest dla Was. Tego macie tu na pęczki, możecie pleść bukiety. Osoby, które nie kochają rozlazłych wątków i nadmiernej emocjonalności, niech lepiej nie sięgają po tę powieść. Zamęczą się. To samo tyczy się gramatycznych nazi. Tu krew leje się z oczodołów. Naprawdę. Ale czego się spodziewać po wydawnictwie vanity? No właśnie. Jeśli zaś znalazł się tu człowiek, który jest bardzo zniesmaczony moim wpisem (o ile dotrwał do końca) i zechce prawić morały, to niech sobie daruje. Tu hejtu nie ma. Jest jedynie konstruktywna krytyka, na którą mogę, jako opiniotwórca, sobie pozwolić. Mój odbiór i moje subiektywne oceny. Wiem bowiem, że „Niewolnica” ma swoje kółeczko wzajemnej adoracji. Tak. Jest to dzieło równie wielbione, co nienawidzone, a ja sobie grzecznie stanę po środku i będę miała do niej bardzo ambiwalentny stosunek. Czy polecam? Można się zainteresować, ale zanim zaczniecie czytać, kupcie sobie, albo zróbcie okładkę, bo książka gotowa się rozlecieć podczas czytania.  

Za możliwość zapoznania się z nowym wydaniem dziękuję;

Polacy nie gęsi




Oraz Warszawskiej Firmie Wydawniczej


*Źródła:
- Lubimy czytać
- Polacy nie gęsi
- Warszawska Forma wydawnicza

Komentarze

  1. Od jakiegoś już czasu szukam książki, która wciągnęłaby mnie mocno w swój świat i nie pozwoliła sie od siebie oderwać. Może akurat to będzie dobry wybór?! Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, to bardzo fajna książka, tylko ja lubię sobie czasem marudzić. Polecam poszukać. Podobno można już ją dostać na stronie wydawnictwa :)
      Pozdrawiam serdecznie:).

      Usuń
  2. Ta przygoda czytelnicza jeszcze przede mną, a zapowiada się interesująco, zawsze mocno poszukuję psychologicznych wątków, pogłębionych osobowości bohaterów i relacji między postaciami. :) Zobaczymy, jakie na mnie zrobi wrażenie. :)
    Bookendorfina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za odwiedziny. Autorka poradziła sobie z tym wyzwaniem, fakt. Można się zainteresować i wysnuć własne wnioski :).
      Pozdrawiam
      Katarzyna.

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…