Przejdź do głównej zawartości

Anna Dydzik "Nieperfekcyjna mama" - opinia

Źródło: Lubimy czytać




Recenzję tę, a raczej opinię, proszę traktować z przymrużeniem oka. Skargi i zażalenia przyjmuję mailowo, nie koniecznie odpisując na nie.

Poradniki? Mhm? I już wszyscy wiedzą, że na ich widok moja twarz wykrzywia się w grymasie, który oznacza tylko jedno – no chyba nie. Teraz pewnie połowa domyśli się, że będzie jojczenie, marudzenie i jeszcze raz skwierczenie na temat tego, że po raz kolejny dałam się podejść i na moim biurku zagościł następujący twór z serii – patrzcie państwo, teraz nauczę Was jak żyć. A takiego wała! O! Jestem człek niereformowalny. Jestem też miękka w tyłku i można wodzić mnie na pokuszenie wiele razy. I tak też uczyniła szefowa portalu „Polacy nie gęsi” - Julita, która wesoło oznajmiła mi, że ma dla mnie gift, który właśnie radośnie do mnie zmierza, bo jak zna życie, powinnam się bardzo ucieszyć. Musicie sobie moi mili Państwo wyobrazić, jaki przestrach zagościł w moich oczach, jak twarz stężała, a mięśnie napięły się niczym sprężyny w moim przedpotopowym wózku… Jedzie (jechał) do mnie poradnik napisany przez blogującą mamę. Rany boskie! Julita! Za co Ty mnie tak nienawidzisz! Książka blogerki! Why? No dobra… Powiedzmy, że już dałam upust swojemu nieszczęściu, a łzy me zrosiły Wam monitory. Było źle? Nie powiem, czytajcie se do końca, leniwe buły.

Zanim zabiorę się książce za cztery strony okładki, fajnie by było przybliżyć sylwetkę zacnej białogłowy, która poczyniła to dzieło – pozdrawiam szanowną Panią. Twórczynią dzieła, które teraz spoczywa po mojej lewej stronie, przyciśnięte kubkiem herbaty (inaczej porwałby je mój prawie trzyletni syn) jest Anna Dydzik. Drobniutka blondynka zerkająca ze skrzydełka swojego poradnika. Mama trójki dzieci, które (podobnie jak i moje trzy potwory) zmieniły jej życie tak diametralnie, że pewnie gdyby potrafiła, spacerowałaby na rzęsach. A co, wolno jej. Dzięki swojej pracy, stała się ona jedną z najbardziej poczytnych blogerek w Polsce (ukłony). Doceniona i uwielbiana przez setki mam załamanych i sfrustrowanych dniem codziennym (i wcale się im nie dziwie, sama jestem matką). Mówi o sobie, że nie jest perfekcyjna, a autentyczna. Też ma problemy, ale metodą prób i błędów stara się je eliminować (i bardzo mądrze). W swojej pozycji pokazuje kobietom, jak nie dać się rzeczywistości i dumnie wypinając pełną pierś, brnąć do przodu. Jej blog w 2015 roku został uznany przez Jasona Hunta, jako „Nadzieja polskiej blogosfery”. Tytuły zacne, ale czy pani Dydzik, w moich oczach, poradziła sobie z pisaniem poradników? O tym za kilka akapitów. No dobra, za dwa.

Żeby było standardowo, nudno i takie tam. Wklejam opis książki zaczerpnięty z portalu Lubimy czytać:

„To inspirująca książka dla każdej mamy. Nie znajdziesz w niej sprawdzonych przepisów i cennych rad. Nauczysz się raczej, jak je przyjmować od życzliwych Ci osób… lub ignorować. Nie podpowie Ci, jak radzić sobie z krzyczącym dwulatkiem, ale pomoże Ci w takich chwilach nie zwariować. Nie zmieni Twojego partnera w czułego tatusia, ale pozwoli Ci do woli na niego ponarzekać.
Autorka skupia się na tym, co dotyczy każdej mamy, każdej z nas. Pokazuje, że wszystkie jesteśmy do siebie podobne. Zmagamy się z tymi samymi problemami, mamy takie same wątpliwości, popełniamy takie same błędy. I wszystkie czasem ryczymy w poduszkę.
Niniejsza książka dedykowana jest wszystkim mamom, bez względu na sposób rodzenia, karmienia i wychowywania dzieci. Daje przyzwolenie na chwile słabości, złość a nawet zwątpienie, jednocześnie motywuje i inspiruje mamy do walki o siebie. Przypomina, że każda mama jest przede wszystkim kobietą i ma prawo do swoich marzeń i planów. Nie musi być ani oazą spokoju, ani kreatywną wariatką. Nie musi podążać za modą eko i bio. Jedyne na czym powinna się skupić to szczęście i radość jej, dzieci i rodziny.
Każda mama znajdzie tu coś dla siebie: pocieszenie, motywację, śmiech i wzruszenie. A wszystko po to, by móc położyć się wieczorem do łóżka z poczuciem, że nie musi być perfekcyjnie. Wystarczy, że jest fajnie. ”

No to bierzemy na tapet okładkę, która raczej należy do tych krzyczących, aniżeli do tych stonowanych. Pośród różowości i turkusów spoziera kobieca postać, która jest czterorękim stworzeniem, bezbłędnie radzącym sobie z typowymi, mamuśkowymi obowiązkami. Teraz oczami wyobraźni widzę te wszystkie kobiety, które wzdychają na widok owego tworu, szepczą niemo – przydałaby się druga para rąk. Tak, wiem. To metafora, przenośnia, żart. Prosty rysunek, a jaki wymowny, nie? No nie, nie dla mnie. Nie szepcze, ani nie przemawia, raczej śmieszy. I myślę, że to całkiem dobra reakcja na zamysł twórcy. Może i zdarzało mi się jęknąć, iż mam dosyć i rzeczywiście jakaś dodatkowa kończyna byłaby w sam raz, jednak najczęściej miałam na myśli, grabę męża, który chyżo dzierży szmatę do kurzu ewentualnie mopa i zasuwa po kątach, niczym wykwalifikowana Marysia. Za to podobają mi się fonty oraz tłoczenia. Plecki też niczego sobie. Jakość książki też jest bardzo dobra, rzekłabym nawet, że idealna. Nie za ciężka, ani nie za lekka. Gramatura papieru w sam raz, niemęcząca oczu czcionka. Wykończenia i ilustracje nawiązujące do tematu. Skrzydełka, które tak bardzo lubię i ta niespotykana aksamitność w dotyku. Dziwna sprawa. Ale jest to bardzo przyjemne. Tu jestem na tak.

Pozycję „Nieperfekcyjna mama” zaczyna bardzo długi prolog. Oj bardzo długi. Zaczęłam ten poradnik czytać w tramwaju, kiedy to „pełna werwy” jechałam załatwiać urzędowe sprawy. Myślałam, że to przez rozkojarzenie, miarowy tętent tramwajowych kół, wydawało mi się, że czytam wszystko jedno i to samo, jak mantrę powtarzane i wklepywane w mózg. Aby więc sobie wszystko usystematyzować, w domu siadłam wygodnie, utuliłam najmłodszego i zabrałam się za ten nieszczęsny wstęp. Przebrnęłam i wnioski miałam identyczne, więc się nie pomyliłam. W sumie to, co jest na tych około czternastu stronach, można było spokojnie zawrzeć na dwóch, zwięzłych kartkach. Dla mnie ta rozlazłość okazała się niewyobrażalnie męcząca. A może moje nastawienie do tej pozycji jest takie, a nie inne? Nie, absolutnie. W każdej przeczytanej książce szukam tych zajebistych cech, które wyróżniają ją od innych, sobie podobnych. Tu też tak było.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwracała uwagi na głupotki, które umykają niewprawnemu oku. A tu znalazłam mrowie znaków interpunkcyjnych, które sobie żyją we własnym świecie i podróżują po zdaniach niczym czarodziej Merlin po dawnej Anglii. Brzydko i nie ładnie. Ale to nie tylko przecinki sprawiły, że oko mi zbielało. Oj nie. Można je olać. A idźcie se. Krzywdy nikomu nie robicie. Najbardziej zaskoczył mnie błąd merytoryczny. Sztuk jedna – bidula. Ukryty niemalże na początku książki. Zakamuflowany ciągiem słów, które każda kobieta zna i ich nie lubi. Mowa tu o czymś takim jak… cellulit. Defekt kosmetyczny, który „zdobi” niejedno udko, brzuszek czy ramię. Defekt, który pieszczotliwie nazywany jest „skórką pomarańczową”, ze względu na strukturę tkanki tłuszczowej, która pod powierzchnią skóry tworzy góry i doliny, no grudki takie. Niestety. Redaktor przegapił to, że Pani autorka trzasnęła babola wielkiego jak sam Giewont. Napisane jest bowiem nie cellulit, a uwaga – cellulitis. A to, moje drogie panie, nie jest wyżej wymieniony nieładny cudak, a ciężkie zapalenie tkanki łącznej. Odsyłam do stron medycznych lub choćby Wikipedii. Miałam na studiach kilka wykładów na ten temat. Mylić się nie mylę. Pod spodem załączam zdjęcie byka, jakby ktoś mi nie wierzył.





Kolejna kwestia, która mnie niezmiernie męczyła to bezustanna nuda. Powtarzanie frazesów i moralizowanie. Wpajanie, że każda kobieta jest wyjątkowa i każda ciąża wcale taka różowa nie jest. No nie jest. Wszystkie nas bolą piersi, podczas połogu leje się jak z kranu, a dzieci wrzeszczą, jakby im pod skórą sam szatan się zalągł. Tak jest. Jesteśmy zombie, łazimy w rozwalających się łapciach i nie wyglądamy jak boginie, kiedy z piersi wylewa się nam pokarm, brudząc dopiero co przebraną koszulkę. Autorka ma rację, ideałów nie ma, a każda, która się na takowy pisze musi mieć nierówno pod deklem, no i ma. Ku memu nieszczęściu i takie na mej drodze w życiu stanęły. Dlategoż nie jestem masochistką i nie chadzam w miejsca, gdzie matki-wariatki wyprowadzają swoje wystylizowane Dżesiki, by te wraz z innymi wypindrzonymi Alankami radośnie nie brudziły się w piaskownicy.

Tu też kilka słów zrozumienia dla znaczenia tej pozycji. Dla mnie jest to świetny poradnik dla kobiet, które dopiero co zaszły w ciąże, lub zajść planują. Obala on bowiem wiele mitów, które krążą wokół macierzyństwa. I to jest dobre. Pokazuje, że bycie rodzicielką, tą najważniejszą dla dziecka istotą w pierwszych latach jego życia, może okazać się fantastyczną przygodą, która będzie upływała bez ofiar w ludziach. Blogerka bardzo ładnie, prostym językiem wprowadza w arkana tej arcytrudnej profesji. Niestety dla mnie, matki, która ma już dorosłą córkę, drugą z zespołem Aspergera i synka, który jest chodzącą destrukcją, jest to lektura zupełnie nieprzydatna. Dlaczego? To bardzo proste. Ponieważ ja znam te uczucia, doświadczyłam ich. Nie są dla mnie jakimś nieodkrytym lądem. Bezustannie nie wiem czego mam się spodziewać po swoich pociechach, ale ich nie idealizuję. To diabły wcielone, cholerne małe potworki, które kocham.

Reasumując, by nie przeciągać. Moim skromnym zdaniem. Jeśli masz już dzieci i lubisz tego typu poradniki, śmiało, nie krępuj się. Gwarantuję, że będziesz zadowolonym czytelnikiem. Jeśli jesteś świeżo upieczoną mamą, kobietą w ciąży, jest to lektura warta zerknięcia. Może akurat to, co pani Dydzik opisuje, trafi do Twojego serca i utożsamisz się z jej emocjami. Jeśli masz już starsze dzieci, a lubisz czytać książki blogerów - kupuj. Prawdopodobnie trafiłeś na perełkę. A jeśli jesteś taką zatwardziałą francą jak ja to nie tycaj, bo cię to ugryzie i wkurzy. Dla mnie to bardzo mocna piąteczka na dziesięciopunktowej skali ocen. Życzę autorce, by pociechy rosły zdrowe i silne, oraz czekam na kolejne książki, może te mnie oczarują.

Za możliwość zapoznania się lekturą dziękuję:
- Polacy nie gęsi:




- Wydawnictwo Muza:





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…