Przejdź do głównej zawartości

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł się taki oto wpis? To proste. Jest zbyt długi aby go wrzucać na fp, no i nie mogłabym tam zamieścić tylu zdjęć ile bym chciała. Zatem, jeśli Was rażą takie rzeczy. Nie czytajcie. Szkoda czasu. Zaś zainteresowanych zapraszam do lektury :).


Grafika: Joanna Sowińska


No i w końcu się za to zabieram. Tak sobie odkładałam i odkładałam, bo przecież to tylko 10 rzeczy, które są dla mnie WoW, i które kupię kolejny raz. Ba! Sto razy sobie zapodam… o ile mi się nie znudzą, to przecież oczywiste. Problem jednak wystąpił i to srogi ponieważ dotarło do mnie, że opisać by się to przydało, dorzucić kilka nowych uwag, okrasić fociami i peanami, jak poezję jaką. Nie mogę zapomnieć o linkach do aukcji, o ile jeszcze takowe istnieją, gdyż powszechnie wiadomo lubią one sobie wygasać. Powiem jednak, że nie ustawię tych rzeczy chronologiczne, a zamieszczę te, które warte są swojej uwagi, te, które polubiłam i dla mnie są naprawdę spoko. Chciałabym też wspomnieć, iż ten zbiorek jest moją, i tylko moją, subiektywną oceną. Nie każdemu może się spodobać to, co akurat wychwalam pod sam Asgard.

Pierwszą rzeczą, która mnie zauroczyła to maseczki w płachcie. To było okrycie po czasie, bo jak wspominałam w pierwszej recenzji, maseczka, którą otrzymałam od koleżanki odleżała sobie w szafce przysłowiowy - czas urzędowy. Znacie to. Nie? Prosicie męża – powieś coś tam, a za pół roku nadal to nie ma swojego miejsca, gdyż ten, właśnie, czas jeszcze nie minął. Spośród wszystkich, które wypróbowałam jedna okazała się super-extra. To właśnie ta najpierwsiejsza, nawilżająca i wybielająca. Reszta ładnie odświeżyła buzię, ochłodziła i odżywiła. Jednak nie była tak super. Nie omieszkam zaznaczyć, że są w drodze do mnie inne i być może pośród nich znajdzie się ta, którą pokocham jeszcze mocniej.




Opinia: 


Link:

Drugim zbiorem (tak zbiorem) produktów zakupionych u chińczyka, to akcesoria łazienkowe. Wszyscy wiedzą, że walczyłam z remontem do września. Nie wspominam tego czasu jakoś zbyt różowo. A kto by wspominał. Dla pedanta to bardzo nerwowy czas. Mam też dzieci, które są w okresie, który swobodnie mogłabym nazwać – rozwalę wszystko, co dotknę, bo tak. Stwierdziłam więc, że bezsensownym jest inwestowanie w coś ładnego, coś, za co zapłacę miliony monet. A kiedy wpadnie w to destrukcyjne, dziecięce rączki to zapłaczę rzewnymi łzami. Postanowiłam wpakować w koszyk troszkę plastikowego barachła, które pomoże w uporządkowaniu mojego łazienkowego tałatajstwa. Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Ali dało mi spory wachlarz możliwości i rozwiązań, do tego zróżnicowane ceny. Starałam się nie przeginać, bo wiadomo. Nie wiesz co ci przyjedzie. A tu miłe zaskoczenie. Większość rzeczy bardzo fajnych, funkcjonalnych i przede wszystkim solidnie wykonanych. Za takie pieniążki to i mnie oko zbielało, ale z szoku. Dwa razy trafiło się wysłanie nie tego produktu, albo uszkodzonego. Sprzedawcy wykazali się jednak ogromną uprzejmością i uczciwością, i w ciągu najbliższych tygodni dojechały do mnie zamówione, lub nowe rzeczy. Bardzo polecam tych ‘majfrendów’ i wrzucę Wam linki do ich sklepów. A co kupiła? Wór pierdoletów i drobnostek takich jak:

- Haczyki na ręczniki lub inne rzeczy (trzymają się ściany i nie dopadają – w ogóle)

Opinia:

- Organizery na szczoteczki i pasty do zębów (czasem się odkleja, ale tylko wtedy, kiedy dzieciaki zaczynają przy tym majstrować)

Opinia:

- Wyciskacze do pasty (bardzo praktyczne i jeszcze ładnie wyglądają)

Opinia:

- Wieszaczek na papier toaletowy (przykleiliśmy to do kafelek, bo dzieci za dużo przy tym grzebały i wiecznie musiałam to ‘pszyssywać’)

Opinia:

- Trzymadła do mopów (dla mnie najfajniejsza rzecz ever)

Opinia:


- Mydelniczka na dwa mydła (bo starzy ludzie myją się innym, a dzieciaki innym, więc takie jak najbardziej na odpowiada, nie recenzowałam, bo mi się nie chciało, ale link podam, bo to porządna i fajna rzecz)

Link:

- Siatka wisząca na zabawki (to akurat jest najgorsze ze wszystkiego. Wykonanie też słabe, ale trzyma się ściany i graty z tego nie wypadają, nie ma źle)

Opinia:

Trzecią rzeczą, która na początku jakoś tak bardzo mnie nie urzekła, ale z biegiem czasu przekonałam się do niej i zaczęłam stosować niemalże regularnie - to krem BB zamknięty w pojemniku, który przypomina urnę na prochy po chomiku. Na początku wzięłam to, bo dziewczyny mówiły, że może posłużyć jako korektor. Gęste, masłowate i bardzo kryjące. Jestem nieszczęśliwą posiadaczką sińców pod oczami, przez myśl mi przebiegło, że to może być właśnie to. Kupiłam, chyba na jakiejś promocji, bo wyszło cebulowo. Produkt mnie przeraził. Przede wszystkim swoim kolorem. Jest bardzo jasny, ale pod oczy okazał się niczego sobie. Od września używam jako kremu BB i daję na całą twarz, ale bardzo cieniusieńką warstewką. Trzyma się cały dzień, świetnie współpracuje z pudrem transparentnym, z INGLOT. I ma jeszcze jedną zaletę. Po zmyciu buzia wydaje się odżywiona, wygładzona i lekko wybielona. Nie wiem co w tym jest, ale uwielbiam i wiem, że jak wykończę to zamówię jeszcze raz. 



Opinia:

Link:

Czwartym gadżetem, bez którego nie mogę już żyć to Beauty Blender zamówiony na Ali. Kupiony z poleconego linku, którego już niestety nie ma. Jedna babka napisała mi, że jak zacznę nakładać podkład tym czymś, to już nigdy więcej nie zechcę niczego innego – miała baba rację! Kłaniam się koleżance w pas i mówię – DZIĘKUJĘ! Słuchajcie to jest jakaś poezja, bardzo mięciutka poezja. Niezwykła przyjemność wypracowywania podkładu w twarz, który staje się jakby niewidoczny, a skóra wygładzona i wyglądająca bardzo naturalnie. Świetnie się sprawdza do płynnych i gęstych rzeczy, jak wyżej wspomniany krem BB. Jedynym jej minusem jest to, że podczas mycia mi farbuje, ale nie wiem czy one tak mają. Dla mnie jest super. Recki jeszcze na matkę nie pisałam. Zatem potraktujcie to jako opinię :).



Piąty – pędzel do pudru. Nie spodziewałam się fajerwerków i ochów. Potrzebowałam pędzla do pudru, no to sobie kupiłam. Ten mnie zaskoczył swoją miękkością, wykonaniem i wszystkim co się wiąże z jakością. Był to jeden z pierwszych zakupów na Ali. Do dziś go mam. Piorę, suszę i masakruję. A on dalej jest taki sam, nic mu nie odpadło, nie odkleiło się i nie pogubił włosia, które bezustannie ma taką samą gęstość. Nakładanie nim czy to sypkiego pudru, czy w kamieniu jest ogromną przyjemnością. Bardzo go lubię i mam nadzieję, że jeszcze długo ze na pozostanie.




Opinia:

Link:

Szóstym cudakiem jest stojaczek do suszenia pędzelków. Niby nic wielkiego, kawałek akrylu z silikonowymi dziurkami, ale jednak przydatny i to bardzo. Zazwyczaj pędzelki suszyłam na pieluszce terowej, na parapecie, ale nierzadko dopadały mi je dzieci i musiałam je po domu ganiać, aby odzyskać moje puchate skarby. No i kot. Kot lubił na tym spać, kurcze, temu sierściuchowi wszędzie jest wygodnie. Pokopałam po chińskich stronkach i wygrzebałam ten, też trafiłam na promo, więc radość jeszcze większa. Bardzo przydatny gadżet. Oczywiście nie mam dużego, bo moja kolekcja pędzelków nie jest jakaś pokaźna, ale wystarcza, poza tym Ali oferuje większe stojaczki i w innych kolorach. 




Opinia:

Link:

Siódmym skarbem jest szal. Zakupiony w szalonym 11.11. Patrzałam na niego już od jakiegoś czasu, ale za każdym razem albo był zbyt drogi, albo też dopadały mnie wątpliwości czy aby dobrze zrobię jeśli go zakupię. Po prawdzie to obawiałam się jakości. Chciałam coś ładnego, coś, czego nikt w okolicy nie ma. Nie chciałam ścierki do kurzu. Akurat sprzedawca obniżył cenę, tak – obniżył. Kupiłam i się nie zawiodłam. Kocham go całym matczynym serduszkiem przede wszystkim za jakość, wykonanie i miękkość. Do tego wygląda na ludziu bardzo zacnie i co druga znajoma się pytała skąd go wytrzasnęłam. Więc na Ali samych badziewiaków nie ma. Tyle wygrać.




Link:

Opinia:


Czas na ósmego wariata. Tym razem kosmetycznego. To nic innego jak glut do ust. Wpakowany w koszyk raczej dla beki, bo pośmieszkować lubię, szczególnie sama z siebie. Poza tym na jutubach laski to testowały i miały przy tym sporo zabawy. Zatem i ja chciałam. Przywędrował do mnie tak szybko, że nie wierzyłam, kiedy wyjmowałam go ze skrzynki – ale, że jusz? Jeszcze tego samego dnia wylądował na moich ustach. Zasechł bardzo szybko i pozostawił po sobie mgiełkę koloru. Byłam i nadal jestem tym zachwycona. Nakładam kiedy kroi i mi się dłuższe wyjście i wiem, że nie będę miała gdzie poprawić szminki. Więc robię sobie dwie warstwy, potem bezbarwny błyszczyk do kieszeni i jestem gotowa. Na pewno kupię jeszcze jedno opakowanie.



Link:

Opinia:

Na dziewiątym miejscu uplasowały się – pszczoły. Spinki do kołnierzyka czy broszki. Jak je ktoś nosi to już indywidualna sprawa. U mnie moszczą się wygodnie w klapach kołnierza płaszcza. Wypatrzyłam je na grupie i od razu wiedziałam, że muszę je kupić. Kosztowały niewiele, za to robią wszystko. Taki splendor za małe pieniądze. Nie znam osoby, która nie zwróciłaby na nie uwagi, bardzo się odznaczają, są pięknie wykonane. Dla osoby, która uwielbia owady gadżet obowiązkowy!




Link:

Opina:

I dotarliśmy do końca. Zacną dziesiątkę zamyka malutki puderek ByNanda. Rzecz niepozorna, ale za to jaka zacna. Jedni go lubią, inni narzekają, ale przecież to tylko kwestia tego, jaką ma się skórę i czego tak naprawdę oczekuje. A ja nie oczekiwała jakiś cudów i chyba dlatego tak mnie zauroczył. Zostawia miłą, pudrową chmurkę, matuje buzię na bardzo długo i jest przede wszystkim tani. Minusem jest maciupeńka pojemność, plusem minimalistyczne opakowanko w kolorze miętowym. Ja wzięłam sobie biały, w rzeczywistości transparentny. Producent oferuje jeszcze dwa warianty, ale będąc bladziochem nie ryzykowałabym. Poza tym, posiadam puder z INGLOT, który mimo że transparentny wpada w żółte tony i to mi wystarcza. Jest to rzecz warta wypróbowania, biorąc pod uwagę fakt, że jak się nie sprawdzi to Was nie szarpnie po kieszeni.




Link:

Opinia:


I tym oto miłym akcentem kończę moje podsumowanie roku. Produktów zamówiłam wiele, przetestowałam też sporo. Jedne mnie zawiodły i w okamgnieniu zapoznały się z zawartością kosza na śmieci, szczególnie matowe pomadki, które nie polubiły się z moimi ustami. Inne sprzedałam, bo albo były za duże, ale zwyczajnie jakoś nie potrafiłam się do nich przekonać. Biżuteria też znalazła się w moim koszyku, jednak to nie to. Zbyt mocno wiało mi to chińszczyzną i tandetą. Tak, znalazły się dwie rzeczy z tej kategorii, które stanowiły wyjątek to: kolczyki, które dałam na świąteczny konkurs oraz pierścionek (niby srebrny), którego opinię zamieszczę niebawem, na razie sprawdzam, czy mi toto sreberko podczas intensywnego użytkowania nie powie – papa. Warto też wspomnieć o odkryciu poprzedniego roku, a jest nią arganowa odżywka do włosów. Dla mnie super. Więc jest to jedenasty produkt, który powinien uplasować się na pierwszym miejscu w zestawieniu, ale że nie są one układane wg tego schematu, zatem powiedzmy, że wyróżnię go tu w napisach końcowych. Reasumując. Jeśli macie odwagę – testujcie. Zakupy na Ali to loteria. Przyjdzie lub nie przyjdzie… ? Oto jest pytanie! Uczuli, nie uczuli? Spodoba się, nie spodoba? I wiele, wiele innych gdybań, przez które pewnie przechodzi każdy Alieholik. Prawda jest taka, że zawsze kiedy znajdujemy w skrzynce paczuszkę, dwie ewentualnie siedem, czujemy się wtedy jak w Boże Narodzenie. Życzę Wam zatem samych zajebistych transakcji i niech Wam się dzieje!

Za pomoc przy robieniu zdjęć dziękuję Julicie Sobolewskiej :).





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…