Przejdź do głównej zawartości

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja




Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.

Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym DLC. Ale może sobie radośnie pozwiedzać głębokie ścieżki i Kotlinę Mroźnego Grzbietu. Proszę bardzo. Kto mu zabroni.




Akcja dodatku wita nas dwa lata po wydarzeniach związanych z Koryfeuszem. Wiele się zmienia. Jak już pisałam wyżej, protagoniści opuszczają naszego ludzika (pozwólcie, że tak go nazwę). Spotykają go dopiero na miejscu. Gra zaczyna się od uroczystego przejazdu – konno, a jakże i pogawędki. Potem możemy spokojnie lawirować po pałacowych ogrodach, zabudowaniach i zakosztować kąpieli w łaźniach. Ci, którzy nawiązali romans (ja miałam Cullena, nie mogło być inaczej) ucieszy fakt, że podczas jednej z rozmów, kapitan się oświadcza i dosłownie chwilę później kapłan Andrasty serwuje nam zaślubiny, a my cieszymy się jak durni. Baba… nie wnikajcie. Podczas dialogów z dawnymi towarzyszami, dowiadujemy się cóż takiego poczynili przez ten czas i jak poukładał się im żywot. W sumie to całkiem miłe. Ci, którzy lubią sobie porobić radosne ple ple, powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Międzyczasie zbieramy sobie po kątach znajdźki, otwieramy skrzynie. Możemy nawet wykuć zbroję i broń w pałacowej kuźni, nikt nas nie powstrzyma. Kolejnym fajnym aspektem jest możliwość poczytania korespondencji, oraz wsłuchanie się banterów, kiedy to my działamy. Oczywiście, żeby tak kawitowo i różowo nie było to na Thedas, właśnie w tej chwili, spada groźba ataku Qunari. Oczywiście to MY wraz z wybranymi i ulubionymi przyjaciółmi zakasany rękawy, i huzia na Juzia. 




Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłam uwagę to muzyka. Gdzie w „Zstąpieniu” budowała klimat i napięcie, tak tutaj, i jest to moje osobiste, subiektywne wrażenie, twórca przeszedł samego siebie. Wspomnę, że zostałam zauroczona. Najzwyczajniej w świecie przepadłam. Gdzie prym bezustannie wiódł soundtrack z Dragon Age: Origin, tak teraz to wylądowało na pierwszym miejscu moich hitów do pisania. Nawet teraz wzięłam na tapet. I jest moim motorem do skrobania tej skromnej opinii.

Dla zainteresowanych coś z YT:


 


Kolejna rzeczą jest motoryka, rozgrywka i sam wygląd dodatku. Wsadzę to do jednego akapitu. Tak powinno być najprościej. Walka nie ulega zmianom. Nadal mamy tu opcję aktywnej pauzy. Korzystamy z tych samych, wyuczonych skli. Otrzymujemy też komplet osiągnięć, które są zwieńczeniem rozgrywki w Dragon Age. Zgrabnie lawirujemy pomiędzy tropami i dialogami, które bezustannie są pokazywane na mapie. Nie zgubimy się… na razie. Bo ja niestety w pewnym momencie utknęłam i trzasnęłam tą grą w diabły. Choć chyba powinnam napisać, że wyklęłam ją za wszystkie demony w niej występujące. A o co poszło? A o nieszczęsne Eluviany, przez które Inkwizytor musi przechodzić, żeby przemieszczać się pomiędzy stopniami. Dzięki temu odkrywa biblioteki, rozmawia z duszami, wynajduje księgi i nawiązuje dialog z towarzyszami, którzy nie omieszkają wtrącić swoich trzech groszy. W pewnym momencie pomyślałam, że zrobiłam coś źle. Najzwyczajniej w świecie utknęłam nad jakąś przepaścią i ani w lewo, ani w prawo nie da się ruszyć. Powiedziałam sobie wtedy: Basta. Idę po herbatę. Wróciłam, odpaliłam jeszcze raz i zrobiłam wszystko inaczej. Okazało się, że to ja zawiniłam. Więc radośnie, jeszcze tego samego wieczoru, ukończyłam tę kampanię. Kolejną irytującą rzeczą, jaką znalazłam w tej części to, to że czasem biegałam w kółko. Przejścia są tak skonstruowane, że można się pogubić. Trzeba dobrze zapamiętywać, którym lustrem weszliśmy, a którym wyszliśmy, by po raz drugi nie zleźć się w tym samym miejscu. Po części jest to dobry zabieg, natomiast nerwusy mogą się przy tym lekko rozdrażnić. Kolejnym smutem jest to, że nie możemy znaleźć w tym wątków pobocznych, nawet tych niewielkich. Akcja po prostu przesuwa się liniowo, a my jak po sznurku brniemy ku jej zakończeniu. No szkoda.

Warto też wspomnieć o zakończeniu, na które pewnie większość sobie ostrzyła zęby. Tu możemy sobie pogadać, albo powalczyć. Wybór należy do nas. Nikogo nie zaskoczy fakt, że przyjdzie nam spotkać się z osobą, która w enigmatyczny sposób znika z pola widzenia tuż po walce z Koryfeuszem. Jam jestem człek pokojowy i wszystkich bym poklepała po główce, więc miast się szarpać, pogderałam i wyjaśniłam sobie wszystko grzecznie i jak to na kulturalnego elfa przystało. 




Reasumując. Dostajemy całkiem ładny wizualnie kawałek świata DA. Nie tak zachwycający jak w „Zstąpieniu” czy „Szczękach Hakkona”, ale jednak. Rozgrywka nie ulega zmianie. Liniowość jest nudna. Wątek fabularny – może być. Ale mogłabym rzec, że mogli się bardziej postarać. Wszystko ratują znajdźki i księgi, które ujawniają po drodze swoją zawartość. Nie czuje się napięcia, które nieuchronnie towarzyszy graczowi, który zbliża się do finału swojej ulubionej serii. Są miejsca, w których można się zgubić. Zagadki są zbyt proste. Mój mózg zbytnio się nie spocił podczas ich odkrywania. Miałam wrażenie, że deweloperzy po prostu chcieli to zamknąć, dać fanom i się odczepcie. Czekajcie (na być może) kolejną odsłonę świata Thedas, która nastąpi… nie wiadomo kiedy. Poza tym dla mnie motyw owych intruzów jest jakby nieco na wyrost. Wiadomo, lud Qunari należy raczej do tych wojowniczych, jednakże to, co zaserwowało nam studio wtykając na końcu Solasa, jest nieco naciągane. Poza tym, co bardzo mnie zasmuciło, główny protagonista nie jest w stanie podejmować swobodnie decyzji. Każdy jego ruch jest ostro komentowany i krytykowany. Wszystkie te dobrze rzeczy, które robimy w głównej kampanii nagle przynoszą jedynie rozczarowanie i rozgoryczenie. No i nie jesteśmy w stanie już nic zrobić z naszą organizacją. Skazujemy ją na coś, co być może zostanie zawieszone w niebycie. To moim zdaniem strzał w kolano. Dla osoby, która jest bardzo zżyta z tą serią to przykry widok. Dodatek to średniak w mojej subiektywnej ocenie.


Za możliwość zagrania w dodatek dziękuję EA Polska:


 

Oraz Przystani Szarego Strażnika: 





Grafiki zaczerpnęłam ze strony ArtStation, Ryana Love:
https://www.artstation.com/artwork/ndQ4E





Komentarze

  1. Nie zgodzę się to co nam zaserwowano w Intruzie to zaplanowane decyzje które przygotowują grunt pod kolejną grę. Gracze chyba nie lubią jak w ich fantasy pakuje się polityke i próbuje pokazać że tamten świat jest podobny do naszego i kieruje się podobnymi, takimi samymi prawami. Mój inkwizytor bez zastanowienia rozwiązał Inkwizycję w trybie natychmiastowym. Teraz wiemy że Inkwizytor i jego organizacja nie będą pełnić już żadnej roli w kolejnej części i będzie nowy hiroł. Qunari już od czasu D2 byli kreowani na zagrożenie które w końcu zada cios.
    A liniowość nie jest nudna, kurcze nasze pokolenie wychowało się na liniowych, świetnych grach. Taki zabieg w dodatku który zamyka rozdział Inkwizycji, będący tunelem albo raczej kanałem łączącym tą i kolejną dużą historie pasuje i według mnie jest jak najbardziej na miejscu.
    Dodatek najlepszy z tych trzech wydanych.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście się z Tobą zgodzę. Każdy ma przecież prawo do przezywania gry w taki sposób, jaki uważa za odpowiedni. Co do Qunari to też racja, aczkolwiek spodziewałabym się po nich czegoś bardziej emocjonującego. Tu dostałam coś, co mnie nie powaliło. Mierną grupkę fanatyków, tyle. Myślę, że jak dane mi będzie zagranie w ten dodatek jeszcze raz, to wybiorę inne rozwiązania i odmiennie pewnie zareaguję na to, co przyniesie mi gra.

    Bardzo dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie
    Stag.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…