Przejdź do głównej zawartości

Sylvain Neuvel "Śpiący Giganci" - opinia

Źródło: Lubimy czytać


Tę książkę zapragnęłam mieć w momencie, kiedy moim oczom ukazała się nie tylko okładka (mam dziką słabość do turkusu i minimalizmu), ale przede wszystkim opis. Enigmatyczny, niosący ze sobą tajemnicę, chęć odkrywania oraz upór, który temu towarzyszy. Drugim motorem było to, że autor jest debiutantem. Uwielbiam debiutantów. To taki mój chory masochizm. Czasem trafiają się perełki, a tego nie chciałabym przeoczyć za żadne skarby świata. Pomyślałam wtedy, że następna wypłata przyniesie mi: „Śpiących Gigantów”, Kresa i „Kostuszkę”. Lecz ku memu szczęściu, na grupie gęsiowej, pojawiła się propozycja zrecenzowania. Ja! Ja! - wrzasnęłam pod postem! - Ja! Rozpychanie się łokciami na prawo i lewo dało skutek - dostałam. Fantastycznie. Tydzień później na moim nowiusieńkim biurku pyszniła się książeczka wysłana przez wydawnictwo Akurat. Kolejna pozycja od nich, nie wliczając (już dwóch) rzeczy, które są e-bookowymi szczotami, na które napisałam, lub napiszę, blurb. I kto by pomyślał, że będę skrobała rekomendacje paranormali. Szok i niedowierzanie, ale dziś nie o tym. Dziś pogderamy sobie o „Śpiących Gigantach” - Sylvaina Neuvela (mam nadzieje, że ta odmiana jest prawidłowa, jeśli nie to mnie poprawcie).

A kim jest Sylvain Neuvel? Jak już wcześniej wspominałam to debiutant. Pochodzi z Kanady. Studiował lingwistykę na Uniwersytecie w Montrealu. Doktorat uzyskał na Uniwersytecie w Chicago. Interesuje go szeroko pojęte: słowotwórstwo, zagadnienia językowe, morfologia słowa, zagadnienia leksykalne, a także semantyka. Zawodowo zajmuje się inżynierią i językiem oprogramowania. Jest też licencjonowanym tłumaczem.* Tyle wiem z opisu, jakie zaserwowało mi wydawnictwo, chciałabym dowiedzieć się więcej, niestety internety milczą, a szkoda.

Standardowo opis książki i żeby było łatwo to zaczerpnęłam go ze strony Lubimy czytać:

„Powieść na miarę „Jurassic Park”, „World War Z” i „Marsjanina”, po mistrzowsku łącząca elementy thrillera, fantastyki i powieści przygodowej. Kiedy pod jadącą rowerem Rose zapada się ziemia i dziewczynka ląduje na ogromnej metalowej dłoni, nikt nie podejrzewa, że to zwiastun wydarzeń, które pchną losy ludzkości na nowe tory. Siedemnaście lat później Rose realizuje swoje marzenie: trafia do zespołu, którego zadaniem jest rozwikłanie tajemnicy zagadkowego artefaktu. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na całej planecie spod ziemi wyłaniają się ukryte przez tysiące lat, kolejne elementy kolosalnych posągów-robotów. Skąd się wzięły? Czemu miały lub mają służyć? Jaka rola przypadnie Rose w rozwikłaniu zagadki?”

No to może zerknijmy na okładkę. Dotknijmy jej struktury, zawieśmy wzrok na barwie oraz rozłóżmy skrzydełka, które jak i w części czołowej, tak i w części plecków skrywają steampunkowe motywy. A przynajmniej na takie mi wyglądają (można mnie poprawiać, nie obrażę się), mogłabym też rzec, że przypominają styl dadaistyczny, ale to wszystko zależy od punktu patrzenia, indywidualnego odbioru oraz czytelnika. Każdy zobaczy w tym to, co zechce. Na przednim skrzydełku znajdujemy zdjęcie autora, które podobnie jak większość powierzchni obwoluty jest pokryte porowatą strukturą. Daje to całkiem ciekawe wrażenie. Lekko rozmyta postać zerka znad początku dzieła, które nomen omen stworzyła. Enigmatyczna i nieprzewidywalna. Co mi się podoba w tej pozycji? To że bardzo dobrze układa się w dłoniach. Uwagę przykuwa jej elastyczność oraz dobre wykonanie. Sądzę, że przeczyta ją wiele osób, a ona nie zirytuje nikogo fruwającymi kartkami. Poza tym gramatura papieru jest zdecydowanie na plus, kolor oraz czcionka nie męczą wzroku.

Dziś zaczniemy od czegoś nietypowego, mianowicie od formy. Przed nami spoczywa coś niezwyczajnego, innego, rzadko spotykanego. Autor treść zapisał w ten sposób, by ta przypominała akta. Moje pierwsze wrażenie było piorunujące. Nie wiedziałam jak mam się za to zabrać. Czy to jakiś schemat, który muszę rozgryźć, czy mogę czytać to normalnie? Na szczęście obyło się bez kruczków. Książka składa się ze zlepków dokumentów, wywiadów przeprowadzanych przez człowieka, którego imienia nie poznajemy. Towarzyszą mu doradcy, anonimowi informatorzy, nierzadko nawet politycy. Toniemy w tych informacjach, które z czasem łączą się w spójną i chronologiczną całość. Co ciekawe, tajemnice te, docierają do nas po fakcie. Dzięki temu zabiegowi możemy spojrzeć na niektóre sprawy nie tylko przez pryzmat czytelnika, ale poczuć emocje, rozsmakować się i zagłębić w świat widziany oczami zupełnie obcych protagonistów. Musiałam włożyć w tę książkę troszkę wysiłku, aby skrawek po skrawku poskładać ją w logiczną całość. Dla mnie super. Moje szare komórki są wdzięczne.

Kolejną rzeczą, którą trudno przegapić to budowanie napięcia i tajemnica wciągająca od pierwszych stron. Bardzo trudno przewidzieć co się wydarzy. Właśnie ta nieprzewidywalność sprawiła, że chciałam brnąć w tekst dalej. Od jakiegoś czasu mam dosyć szablonowych powieści. Na szczęście ta taką nie jest. W końcu znalazłam coś co mnie zachwyciło i zaostrzyło apetyt na więcej. Owszem w pozycji tej znajdziemy też parę minusów, chociażby dialogi, które w pewnych miejscach mnie nużyły. Miałam wrażenie, że autor na siłę je przeciąga. Niektóre z postaci wydawały mi się irytujące i drażniące. Szczególnie (pod koniec) tajemniczy mężczyzna, który prowadził rozmowy, o których wspomniałam już wyżej. Ale to tyle. Te odrobinę niedociągnięć skrzętnie maskuje powiew świeżości, jaki wnosi ta książka. Lektura ta zmusza, by zadać sobie masę pytań, między innymi – Czy naprawdę jesteśmy sami we wszechświecie? To bardzo zgrabnie skomponowane SF, które wciągnie nawet laika, nieczytającego na co dzień tego gatunku. Takiego jak ja.

Reasumując. Jeśli jesteście otwarci na coś, czego jeszcze nie mieliście okazji poznać i nie boicie się powieści o dosyć nietuzinkowej konstrukcji, to ta jest dla Was. Jeśli nie przerażają Was debiutanci, którzy szturmem podbijają rynek, to nic nie staje na przeszkodzie, by się tym zainteresować. Jeśli jesteście fanami SF, powieści przygodowych, fantasy, thrillerów… no cóż, tu nie trzeba niczego dodawać. Wystarczy sięgnąć po lekturę „Gigantów” i dać się uwieść specyficznemu stylowi pisarza. Czytelnicy, którzy zżywają się z bohaterami i wiecznie cierpią z powodu kaca książkowego, po tym pomęczą się nieco dłużej. Osobiście z niecierpliwością czekam na kontynuację, która być może przyniesie nieco inne spojrzenie na niektóre poruszone tematy, rzuci nieco światła na zagadki, które nadal nie znalazły swojego rozwiązania. Nie jest to lektura dla osób, które czytają, odkładają i znowuż powracają do treści. Wystarczy moment nieuwagi, a można się pogubić. Autor dysponuje bardzo przyjemnym stylem. Stylem, który powinien przypaść do gustu wielu czytelnikom. Osobiście polecam.

Za możliwość przeczytania dziękuję:

- Polacy nie gęsi


- Wydawnictwo Akurat





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…