Przejdź do głównej zawartości

Anna Elsa "Zaklęta w białą sarnę" - opinia

Źródło: Wydawnictwo Alternatywne



Dawno żadna recenzja nie pojawiła się na tym blogu, a to tylko dlatego, że czasu miałam tyle co kot napłakał. A i książki, które czytałam były raczej z grupy tych prywatnych, a nie przysłanych od wydawnictw. Teraz jednak na mojej półce pojawił się mini stosik, z którym mam nadzieję szybko się uporać.

Oto co dziś bierzemy na tapet: „Zaklęta w białą sarnę”.

Jest to baśń, którą otrzymałam do przeczytania i zrecenzowania w ramach współpracy z portalem „Polacy nie gęsi”. Nie ukrywam, że przyjęłam ją z myślą o mojej siedmioletniej , uwielbiającej czytać. Książeczka jest bardzo niepozorna, taka chudzinka, wyglądająca jak pozycje z lat 80.
A jakie wrażenia? To już za chwilę.

Zanim jednak zacznę swoje radosne gaworzenie, standardowo wkleję opis zaczerpnięty z Lubimy Czytać:

„Czy miłość może być zła? Do jak wielkich nikczemności jest w stanie nas popchnąć, jeśli jest nieodwzajemniona? Gdzie leżą jej granice?
Poznaj opowieść o potędze przyjaźni, zdradzieckiej namiętności i podróży przez niesamowite krainy pełne baśniowych istot.
Odkryj magię zaklętą w tej niezwykłej książce i przeżyj prawdziwą przygodę wraz ze smokiem Dymkiem, myszką Sprężynką, dzielnymi elfami oraz innymi przyjaciółmi królewny Niagary – opiekunki Przyrody – którą czar Złej Królowej przemienił w białą sarnę!”*

Chciałabym coś napisać o autorce, a może autorze, ale nie za bardzo mam co. Jedynie to, że pod pseudonimem Anna Elsa ktoś się ukrywa. Oczywiście ksywa ta bardzo mocno rzuca się w oczy, a wielbiciele „Krainy Lodu” szybko zorientują się, że tajemniczy autor recenzowanej baśni przepada za postaciami z filmu. Zauważyła to również moja córka, pytając, czy tę książeczkę pisały właśnie „te” siostry. Musiałam ją zmartwić, wyjawiając prawdę. Zasmuciła się. Nie zwykłam okłamywać swoich pociech, więc jest to pierwsza (i nie jedyna) negatywna rzecz, która zakłóciła pozytywny odbiór tej lektury.

Okładka. Gdyby Aśka Sowińska nie przyznała się na swoim Fp, że to ona stworzyła te grafiki, mogłabym przysiąc, że nie rozpoznałabym jej bardzo charakterystycznego stylu. A wystarczy porównać czoła „Orgazmokalipsy” i „Sarnę” (pozwólcie, że będę sobie skracała tytuł). To zupełnie inna kreska. Oczywiście okładka bardzo mi się podoba. Jest klimatyczna i po części obrazuje to, co znajdziemy wewnątrz. Jedynie irytuje mnie font i jego paskudny, żółty kolor, który nijak się ma do łagodnego wydźwięku scenerii oraz usytuowanie pseudonimu autora w dosyć niefortunnym miejscu. Moim zdaniem czcionka jest zbyt ostra i drażniąca. Reszta jak najbardziej na plus. Natomiast papier, na którym wydrukowano powiastkę jest tragiczny, tak samo klejenie. Wiele lat pracowałam w drukarniach i składałam książki od podstaw. Gdyby taki babol wyszedł z mojej pracowni to niechybnie wylądowałabym na bruku. Po jednym czytaniu boję się, że następna osoba może mniej delikatnie potraktować tę pozycję i karteluszki urządzą sobie samowolę. A trzeba wziąć pod uwagę to, że dzieci raczej ostrożne nie są i nierzadko to, co wezmą w łapki ulega nieplanowanej destrukcji. Oczywiście nie psują specjalnie, to brak wyczucia, którego nabiera się z czasem. Dlatego większość tego typu rzeczy jest szyta i klejona.
Czego mi brakowało. Zdecydowanie brakowało mi ilustracji. Choćby kilku. Nawet czarno białych, zwyczajnych, ale na całą stronę, a nie jako drobna wstawka pomiędzy wierszami. To koniec okładkowego czepialstwa.

Teraz kilka zdań o stylu i języku, jakim posługuje się autor. To nic niezwykłego. Świat, który kreuje nam twórca, nakreślony został bardzo infantylnie. Nie mogę tu pisać o plastyczności ani też o bogactwie językowym. Wiem – to jest bajka dla młodszego odbiorcy, ale nie wyklucza to stosowania pięknej polszczyzny, która w tym przypadku, byłaby bardzo na miejscu. W pewnych momentach miałam wrażenie, że zarysowany wątek miłosny zbyt mocno wysuwa się na pierwszy plan, jakby dążył do spełnienia, o którym w tego typu dziełach raczej nie chcemy czytać. Moim zdaniem to jest ciut za wiele. Dzieciaczki w tym wieku raczej tego nie zrozumieją. Poza tym znalazłam w tym króciutkim dziele mix bajek, które wszyscy znamy i lubimy. Może to i fajny zabieg, bo przecież dzieci nie są w stanie wyłapać wszystkiego, ale za to bardzo lubią rzeczy, które są dla nich bezpieczne, czyli takie, które gdzieś tam zasłyszały, zapamiętały i polubiły. Co nie zmienia faktu, że taka wredota jak ja uznaje to za bardzo kiepski zabieg. Przecież baśń, jako gatunek literacki, daje tak duże spectrum możliwości. Tutaj te możliwości nie zostały (niestety) wykorzystane. A szkoda.

Kolejna kwestia, która sprawiła, że strasznie ta książka mnie zirytowała to… babole. Tak. W tekście znajdujemy błędy, literówki, złe słowa, które zupełnie nie pasują do treści, a które pewnie wkradły się podczas poprawiania. Znalazłam też masę błędów interpunkcyjnych i byków w dialogach. Nawet raz zapytałam się zawodowej redaktorki, czy ja źle widzę, czy w tym jest coś nie tak. Ku memu smutkowi - miałam rację. Szefowa Gęsi poinformowała mnie też, że Wydawnictwo Alternatywne wyłapało te cudaki i jest w trakcie (lub już skończyło) pracę nad ich eliminacją. Super! Następna partia trafi do czytelnika gładziutka jak pupcia niemowlaczka. Tak trzymać!

Dużym plusem jest pojawienie się sporej ilości magicznych i mitycznych stworzeń, które towarzyszą czytelnikowi podczas całej tej niezwykłej przygody. Bawiło mnie, kiedy moja córka pytała mnie: a co to, a to? Mogłam je malutkiej pokazać korzystając z internetu i wyjaśniać, cóż takiego te stwory robią kiedy znajdują się poza kartami tej książeczki. Takie rzeczy bardzo zbliżają. Moja średnia latorośl to dziecię cierpiące na Zespół Aspergera i akurat w jej przypadku ciekawość oraz dążenie do wyjaśnienia niektórych kwestii związanych z czymś tam, jest rzeczą bardzo naturalną. Zatem spędziłyśmy sporo czasu na interpretacjach i pogadankach. Dla nas plus, a dla innych być może coś irytującego.

Podsumowując. Nie poleciłabym tej książeczki pięcioletnim maluchom. Nie i jeszcze raz nie. Ja tu widzę target 8+. Wszystko przez to, że autor/autorka na tak niewielkiej ilości stron, umieścił całkiem spory misz-masz. Poza tym, wyżej wspominany wątek miłosny, który moim zdaniem powinien być nieco mniej wyostrzony. Przecież chodzi tu o przyjaźń, przygodę i odwieczną walkę dobra ze złem. Pozycja ta nas nie zachwyciła, przerazić też nie przeraziła. Nie jest czymś świeżym i odkrywczym. W niektórych momentach miałam wrażenie, że czytam kalkę Disneya i Grimm. Brak ilustracji, brzydki papier, błędy w tekście, słabe wykonanie książki - zniechęca. To już od Was zależy czy chcecie inwestować dwadzieścia pięć złotych. Dla mnie to średniak, ale o gustach się nie dyskutuje. Być może Wam się spodoba. Ja mam do tej pozycji bardzo ambiwalentny stosunek.

Opinia napisana dla portalu: 

- Polacy nie gęsi


 Za książkę dziękuję wydawnictwu Alternatywne










Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…