Przejdź do głównej zawartości

Mariusz Kaszyński "Przekłuwacze" - opinia

Źródło: Lubimy Czytać


Jak to jest, że niektóre pozycje połykamy od razu, a inne muszą sobie odleżeć swoje, bo ten zapał, który gdzieś tam w nas kiełkuje, blednie po tym, jak bierzemy książkę w łapska. Tak miałam właśnie z „Przekłuwaczami”, pana Mariusza Kaszyńskiego. W momencie, kiedy szefowa Gęsi wrzuciła na grupę blogerską opis tej lektury, zapragnęłam ją mieć. Pomyślałam wtedy, że wydawnictwo Czwarta Strona to loteria, ale dajmy szanse temu dziełu. Szczególnie, że jest to podobnie jak opiniowana przeze mnie ostatnia rzecz - „Niepowszedni. Porwanie” - literatura dla młodzieży. Zamknięta w przykuwającej oko obwolucie ze skrzydełkami i posiadająca – bagatela, aż siedemset stron. Czyli kilka godzin, a nawet kilka dni dobrej zabawy. Choć w moim przypadku czytanie czasem ślimaczy się w nieskończoność. I niestety to ciągnęło się przez kilka tygodni, mimo że nie uważam, jej za aż tak złą książkę. Zanim jednak przejdę do mojego radosnego marudzenia, wprowadzę Was w klimat, opiszę okładkę oraz ilustracje, nie zapominając o przybliżeniu sylwetki zacnego twórcy.

Zatem, kim jest twórca? Mało o nim wiemy, a konkretnie niewiele znajdziemy na skrzydełkach „Przekłuwaczy”. Z pomocą przychodzi kochane i wielbione przez wszystkich – Lubimy Czytać. Chwalcie Pana. Tam jest całkiem spora notka. Pan Kaszyńki urodził się w 1975 roku. Obecnie mieszka w Nowym Dworze Mazowieckim. W 2007 uzyskał tytuł doktora nauk technicznych w dyscyplinie: budowa i eksploatacja maszyn. Prywatnie uwielbia czytać prozę Kinga, z pasją interesuje się astronomią, ewolucją, a także żeglarstwem i wszystkim tym, co akurat mu się nawinie, lub zwyczajnie wpadnie w gust. Jednym, prostym słowem nazwijmy go – człowiek orkiestra. Zadebiutował w Nowej Fantastyce opowiadaniem „Kopia bezpieczeństwa”, które w plebiscycie czytelników na najlepsze polskie opowiadanie zajęło drugie miejsce (ładnie, ładnie). Jego twory literackie możemy znaleźć między innymi w antologiach: „Księga strachu”, Księga strachu 2”. Napisał też (prócz „Przekłuwaczy”) takie pozycje jak: „ Rytuał” czy „Skarb w glinianym naczyniu”. Przyznam szczerze, że nie miałam dotychczas styczności z jego twórczością, aczkolwiek jest to do nadrobienia. Szczególnie antologie.

Klasyk klasyków, teraz dla Was opis pozycji zaczerpnięty z Lubimy Czytać:

„Strefa to kraina o kształcie sześcianu, choć są i tacy, którzy twierdzą, że jest okrągła, a jedynie otaczające ją góry i pola magmy zniekształcają osąd kartografów. Nękają ją burze entropiczne, niosące niewidzialne wyładowania i mogące ugotować każdego nieostrożnego śmiałka, który na czas się przed nimi nie ukryje. Burze sprawiają, że gniazda – niewielkie osady Strefy – są odosobnione i zdane na siebie. Pisana historia krainy sięga czterystu lat. Najstarsze ustne przekazy opowiadają o uskrzydlonych ludziach, mieszkających w latających miastach, o groźnych istotach, zwanych Przekłuwaczami, tajemniczej a jednocześnie zakazanej sile – elektryczności – której Przekłuwacze pożądali, by pewnego dnia skraść ją ludzkości. Strefę otacza Ściana, tajemniczy twór nieprzepuszczający nikogo i niczego.
Czy poza Strefą istnieje inny świat? Czy była taka zawsze i czy na zawsze taka pozostanie? I ile prawdy kryje się w dawnych legendach?
Marki, siedemnastoletni chłopak, najmłodszy syn hrabiego Gniazda Brzóz, po tajemniczej zagładzie rodzinnej osady zostaje rzucony w wir wydarzeń, które pozwolą mu poznać odpowiedzi na to i wiele innych pytań, nawet tych, których nigdy sobie nie zadawał.”

Na pierwszy ogień idzie okładka oraz ilustracje. Otrzymujemy bardzo poręczną i zgrabnie skonstruowaną powieść. Książka na pierwszy rzut oka wygląda na mniejszą, jak większość pozycji, zdobiących moją niemałą biblioteczkę. Przewędrowała ze mną też sporo, ale o dziwo, nie uległa aż tak sporej destrukcji. Folia, którą otulona jest obwoluta, fakt, poodłaziła na rogach, ale to wszystko. Gramatura papieru zadowala. Marginesy są przyzwoite. Czcionka również. Grafikę czołową wykonał Mateusz Wilma, a wszystko poskładał do kupy wraz z fontami – Paweł Stelmach. Wygląda to fajnie. Choć mój czepialski gust i złośliwa wyobraźnia inaczej sobie wykreowały głównego bohatera. Wewnątrz możemy znaleźć sześć (chyba dobrze policzyłam) czarno białych ilustracji autorstwa Pawła Sroczyka. Podobają mi się, choć nie jest to kreska, do której zapałałam miłością bezgraniczną, są ładne, ale tylko ładne. Fanfar nie ma. Minusem jest klejenie. Pierwsze kartki i łamanie nie trzymają się tak, jak powinny. Fakt, pomęczyłam troszkę ten spasły tom, co nie zmienia faktu, że w drukarni chyba używają za słabego spoiwa – nieładnie.

Pierwsza rzeczą jaka rzuciła mi się – to język. Chyba zawsze się tak dzieje, kiedy mamy do czynienia z nieznanym sobie twórcą, że zerkamy właśnie na styl, zasób słownictwa, czasem pracę redaktora i korektora, czasem zaś na umiejętność wprowadzenia czytelnika w świat, który przed nim się otwiera. Biorę pod uwagę to, że jest to książka dla młodzieży i język powinien być przystępny, lekki i bardzo łatwo przyswajalny. Ale może być też piękny i plastyczny. Budujący napięcie oraz rysujący krajobrazy, w których zanurzamy się niczym w bystrych, górskich potokach... No właśnie. Chyba się zagalopowałam. Tu może i mamy górskie krajobrazy, ale nie mamy tej poetyki i plastyki, którą tak uwielbiam. Tu jest prosto, czasem miałam wrażenie, że za prosto. Rzekłabym – kolokwialnie, po macoszemu. I choć treści mamy bez liku, jest ona (dla mnie) sucha jak wióry w tartaku. Nie porywa, wręcz nudzi. Mimo że opowiedziana historia warta jest świeczki i czasu spędzonego przy niej.

Kolejną rzeczą, która mnie wkurzyła to korekta. Nie wiem czy ja widzę coś, co nie istnieje. A może rzeczywiście moje oczy dostrzegają mrowie byków interpunkcyjnych. Nie znalazłam strony, na której nie siedziałby przecinkowy babol. Drażniące i wkurzające. Chciałam chwycić długopis i te natrętne, małe kreseczki skreślać lub dopisywać w miejscach, w których być powinny. Drugą rzeczą to „bylica”. Czasem, w krótkim akapicie znajdowałam po trzy, cztery – był, które można by zamienić na coś zgoła odmiennego. Uczono mnie, że to synonim kiepskiego pisania. Unikam w swoich tekstach jak ognia.

Przejdźmy teraz do miłych rzeczy, bo te brzydkie już obgadaliśmy. Autor wprowadza nas w meandry bardzo skomplikowanego świata. Tak odmiennego od naszego, że aż boli (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Jest to nowy porządek, w który nam czytelnikom, na początku jest bardzo trudno wsiąknąć. Staje się on bardziej klarowny w momencie, kiedy zagłębiamy się w treść. Tu nie ma nic na talerzu. Tu trzeba skupienia, wnikliwości i nie lada sprytu, by pojąć wszystko w takiej formie, w jakiej serwuje nam to twórca. Przed naszymi oczami otwiera się świat pełen sprzeczności, podziałów, ale także wielobarwny, różnorodny i rozdzielony barierami. „Przekłuwacze” to powieść drogi. Nasycona feerią barw i dźwięków, a także trudnych do zrozumienia zjawisk i niuansów historycznych. Autor sięga do korzeni religii, rozwijając ją i wpasowując w swoją powieść, tak, by stanowiła barwny kobierzec podsycany filozofią i rytuałami. Niskie ukłony dla Pana Kaszyńskiego. Kawał świetnej roboty!

Tak, jak kraina, w której żyje Marki jest tworem osobliwym, tak sami protagoniści są istotami nierzadko posiadającymi swoje przywary, ale i dobre, i te złe strony. Dużym atutem tej książki są właśnie jej bohaterowie. Zawsze nastawiam się na rozwój moich ulubieńców. Podobnie jest i tutaj. Dojrzewają w miarę zagłębiania się w karty powieści. Gdzie na początku mamy wrażenie, że główny bohater to raczej chłystek, który ślepo wierzy swoim instynktom, przedkładając je ponad zdolności przepowiadaczy. Zakochany młodzian, któremu w głowie jedynie całowanie się z córką hrabiego i beztroskie włóczenie po górach. Pierwsze wrażenie jednak okazało się mylne. Na szczęście, bo bym niechybnie pieprznęła tą książką w kąt. Otrzymujemy też bogaty wachlarz przemyśleń oraz przeżyć wewnętrznych. Dzięki czemu trudno zachować dystans wobec protagonistów. Bezsprzecznie się z nimi zżywamy i kiedy docieramy do finiszu, mamy ochotę zakrzyknąć: Już? Nie! Ale dlaczego...

Czy polecam? W sumie sama nie wiem. To bardzo gruby twór, do którego trzeba mieć cierpliwość. Nie jest to typ literatury, którą czyta się na wdechu. Ja odkładałam, po czasie wracałam i znów odkładałam. Wyglądało to jak dozowanie sobie leku, który nie wiadomo czy zaradzi moim dolegliwościom. To lektura dla odważnych, nie bojących się ryzyka. Czytających wnikliwie i w skupieniu. Lubiących odkrywać tajemnice poukrywane w zakamarkach akapitów i słów. Mnie brakowało plastyczności i płynności językowej. Wkurzały przecinki. Myślę jednak, że warto się złamać i wbrew mojemu radosnemu gaworzeniu – zerknąć. Spróbować dać się pochłonąć światu, który wykreował Pan Kaszyński. Wszak gusty mamy rożne. Ja chętnie sięgnę po opowiadania zawarte w antologiach, by przekonać się ileż to zUa i grozy się w nich kryje.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:

- Polacy nie gęsi i swoich autorów mają


oraz 

- Wydawnictwo Czwarta Strona.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…