Przejdź do głównej zawartości

Kurt Vonnegut "Gdy śmiertelnicy śpią" - opinia

Źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/180479/gdy-smiertelnicy-spia


Z twórczością Vonneguta zetknęłam się jako nastoletnie pacholę. Wtedy fascynował mnie Wharton, Carrol czy Dick. Każdy z twórców prezentował inny nurt, a jednak przemawiali do mnie tak samo mocno, a ich twórczość odcisnęła na mnie spore piętno. Kiedy więc dowiedziałam się, że mogę przeczytać niepublikowane dotąd w Polsce, wczesne utwory tegoż twórcy - zapragnęłam je mieć. Odezwała się we mnie żądza, nad którą ciężko mi było zapanować. Podsycała je iskra sentymentu, a także niezdrowa ciekawość, której zwyczajnie chciałam ulec. Zdawałam też sobie sprawę, że czas jakim dysponuję na czytanie i pisanie opinii, jest czymś bardzo względnym, mogłabym rzec lotnym. Jednak postanowiłam zaryzykować, nawet jeśli nad moją głową miałaby zawisnąć karcąca ręka szefowej Gęsi... bo znowu zawaliłam terminy. Ano znowu. Taką mam pracę – niestety. Zawsze kiedy już zdaje mi się, że mam coś za sobą, wyrasta nowa rzecz i miast skupić się na zleceniu – tu na czytaniu i napisaniu kilku zdań, to brodzę po raz kolejny w czymś, co ktoś popsuł. Zatem przepraszam szanowne wydawnictwo: Albatros. I obiecuję – już nie będę.

Notka biograficzna:

Kurt Vonnegut to amerykański pisarz oraz publicysta. Urodził się 11 listopada 1922 r. w Indianapolis, w bogatej rodzinie, jako najmłodszy z trójki rodzeństwa. Krach na giełdzie sprawił, że jego życie uległo diametralnym zmianom. Cała rodzina musiała zrezygnować z dotychczasowego standardu życiowego, co matka pisarza przypłaciła depresją. W 1940 r. za namową brata, aplikował na Uniwersytet Cornella, gdzie dostał się na wydział chemii. Na tymże uniwersytecie zaangażował się w redakcję uniwersyteckiej gazety – „The Cornell Daily Sun”, jednak w krótkim czasie musiał zrezygnować z tego, z powodu problemów z naukami ścisłymi. W 1943 r. wstąpił do wojska. Stamtąd został oddelegowany na studia do Instytutu Technologii w Carnegie, a następnie na Uniwersytet w Tennessee. W 1944 r. trafił do niemieckiej niewoli. Kiedy kilka miesięcy później obóz został wyzwolony, Vonnegut wrócił do Stanów, gdzie został odznaczony orderem Purpurowego Serca. Wkrótce poślubił Jane Marie Cox i ponownie wrócił na studia. W latach 50-tych zaczął publikować swoje pierwsze opowiadania, m.in. w magazynie Collier’s. Zyski pozwoliły mu na porzucenie ówczesnej pracy. Przeniósł się więc do Cape Cod i zaczął działać jako wolny strzelec. Pierwszą powieść, zatytułowaną Pianola, wydał w 1952 r. Mimo że jego uznanie w środowisku literackim wciąż rosło, pisarz był zmuszony do szukania alternatywnych źródeł dochodu. Pracował między innymi na stanowiskach nauczyciela języka angielskiego czy copywritera. Otworzył również pierwszy w USA salon samochodowy firmy Saab. Od 1965 r. wykładał w Hopefield School, a w latach 1965-1971 prowadził warsztaty pisarskie na uniwersytetach Iowa i Harvarda.

Vonnegut uznawany jest za pisarza kontrowersyjnego. Człowieka nie bojącego się się bawić formą i słowem. Bezustannie prowokował i wciągał czytelnika w literackie pułapki. Większość swoich dzieł ozdabiał własnoręcznymi szkicami i rysunkami. Najsłynniejszym z nich jest chyba „Dziura w zadku”. Istotnym nurtem twórczości pisarza był surrealizm. Jego książki wypełniały dziwne zdarzenia, religie, które można przyrównać do Biblii, potwory i karykaturalne stworzenia. Najczęściej pisywał rozdziały krótkie i treściwe, za to nafaszerowane formą. Fascynował go science-fiction, czego ujściem były „Syreny z Tytana”. Sprawnie posługiwał się ironią i niedopowiedzeniami, przez co czytelnik nierzadko pozostawał ze sporą dozą niedosytu. Najbardziej znanymi utworami są: „Rzeźnia numer pięć”, „Kocia kołyska”, „Śniadanie Mistrzów”, „Galapagos”, „Pianola”, „Recydywista”, „Popatrz na ptaszka”. Autor zmarł 11 kwietnia 2007 r. w Nowym Yorku.*

Standardowo opis książki:

„Niepublikowany wcześniej zbiór opowiadań amerykańskiego mistrza ciętego języka i czarnego humoru. Inteligentna i zjadliwa proza Kurta Vonneguta inspirowała kolejne pokolenia pisarzy, w tym Dave'a Eggersa, autora przedmowy do niniejszego tomu opowiadań. W tych, do tej pory nie publikowanych, literackich klejnotach unikalny styl Vonneguta przenika specyficzne amerykańskie krajobrazy, pełne fabryk, przyczep i przydrożnych barów, oraz bohaterów, których marzenia i lęki nieustannie zmagają się z okrutną, a czasem komicznie obojętną, rzeczywistością.
Oto opowieści o ludziach i maszynach, o sztuce i sztuczności, o tym, jak niespodziewana fortuna, sława lub miłość potrafią wywrócić zwykłe życie do góry nogami. Ambitny budowniczy dróg, dowódca armii buldożerów, spychaczy i asfalciarek w wolnym czasie zawiaduje miniaturowymi makietami pociągów, gdy niespodziewanie do świata fantazji wkracza kobieta jego życia.
Młoda stenotypistka-marzycielka odbiera telefon od zbiegłego przestępcy, który składa jej dziwną propozycję.

Zrzędliwy dziennikarzyna zostaje powołany do komisji oceniającej bożonarodzeniowe reklamy - pracy, w której poznaje byłego więźnia i jest świadkiem cudu.
Wdowa po hodowcy świń otrzymuje tajemnicze listy od mężczyzny z Schenectady, w których pisze o "niezdefiniowanym, słodkim bólu duszy". Jeszcze dziwniej robi się, gdy kobieta jedzie spotkać się z nim osobiście.

Ten zbiór opowiadań, to swoisty testament Vonneguta, świadectwo jego niezwykłego zmysłu obserwacji i nieograniczonej wyobraźni.”*

Tak, tym razem wszystko się rozwlekło. Nie tak jak za każdym razem, lecz treściwiej, ale w tym przypadku skromna notka biograficzna musi być, zarówno jak te kilka słów o okładce i rysunkach zamieszczonych wewnątrz zbiorku. Nie ulega wątpliwości, że prawie każdy czytelnik lubi twarde oprawy. Ta taka właśnie jest, przez co czuje się wagę tej pozycji. To nie jest taka ultra lekka książeczka. Dla porównania, mam opasłe tomisko dzieł zebranych Conan Doyla i pomimo wielkich gabarytów, ma ona o wiele mniejszą wagę, cuda, nie? A jednak. Wróćmy do „Śmiertelników...”. W centrum oprawy mamy bardzo prosty, niemalże schematyczny rysunek oka, który w porównaniu do reszty, jest jedynym lakierowanym elementem. Ładnie odbija światło. I to tyle z ozdobników. Tu króluje prostota, mat i wymowność. Czyli ten rodzaj obwoluty, który lubię. Cała książka jest szyta i klejona. A jedyną rzeczą, której mi brakuje to materiałowa zakładka. Wtedy byłoby idealnie. Oczywiście wydawnictwo wysyłając tę pozycję dba o to, byśmy recenzenci, otrzymali w prezencie zakładkę oraz notkę na temat tegoż zbiorku. Cóż mogę powiedzieć. Jest dobrze. Wewnątrz książki, pomiędzy stronami i opowiadaniami, możemy dostrzec schematyczne, niemalże ascetyczne w swej formie, rysunki samego Vonneguta. Zakańczają one niemalże każde opowiadanie. Każdy z tych tworów nosi nazwę, z którą możemy się zapoznać zaglądając na koniec książki.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, po tym jak zapoznałam się z treścią było to, że książka przedstawia bardzo wyrównany poziom utworów. Nie znalazłam opowiadania, które pozostawiłoby mi niedosyt, lub zwyczajnie okazało się jakimś przewidywalnym gniotem. Brakowało jednak tego czegoś. Autor może i sprytnie manipuluje czytelnikiem, jednak znając jego twórczość czułam, że to jeszcze nie jest to. Nierzadko łapałam się na tym, że mój mózg kreował sobie jedno, zaś przy końcu opowiadania wynikało coś zgoła odmiennego. Niektóre z opowiadań były, przynajmniej w moim mniemaniu, nieco za krótkie. Chciałam, by wątek został pociągnięty dalej. Mogłabym się przyczepić też do tego, że było mi zbyt łatwo, jakby język, choć barwny, pozostawiał po sobie nutkę niedosytu. Pożądałam czegoś bogatszego.

Prawdą jest to, że ciężko mi opiniować tę książkę. Może dlatego, że nie potrafię się do niej zdystansować. Cały czas w głowie siedzi mi sentyment minionych lat. Szczerze powiedziawszy to te krótkie formy są bardzo inne od tego co znam, a co wyszło spod palców twórcy. Tu można dostrzec pierwsze zmagania z piórem, a także to, że pisarz poprzez budowę i konstruowanie owych opowiadań chce przekazać bardzo istotne, czasem palące problemy współczesnego mu świata. Problemy, których raczej nie dostrzegamy zagubieni w swoim trywialnym i nudnawym życiu.

Podoba mi się to, że każda z tych krótkich form posiada jeden wątek, który konsekwentnie prowadzony jest końca. Każde opowiadanie niosło wyjątkowe przesłanie, które zmuszało do przystanięcia na chwilę i zastanowienia się nada tym, co właśnie przeczytaliśmy. Zdarzało mi się, że przerywałam zapoznawanie się z treścią, tylko po to, by móc przez chwilę dać umysłowi odpocząć i w spokoju móc przeanalizować to, co właśnie pochłonęłam. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę z tego, że to tylko fikcja literacka. Nie zmieniało to faktu, że musiałam tę książkę odkładać na półkę. Jednak następnego dnia wracałam.

Reasumując. Jeśli jesteś czytelnikiem, który nie zna twórczości Vonneguta to „Gdy śmiertelnicy śpią” jest książką dla Ciebie. Pozwoli Ci wsiąknąć w specyficzny styl, jakim posługuje się twórca. Potem inne jego pozycje wydadzą się bogatsze, bardziej nasycone i prowadzące do odkrywczych rozwiązań. Nierzadko wzbudzą zdumienie lub pozostawią dreszcze. To lektura, którą czyta się na raty. Nie da się tak zwyczajnie wciągnąć w jej wir. Umysł musi przeanalizować i ochłonąć. Jeśli lubicie zabawy formą i igranie z emocjami to Wam się spodoba. Trudno mi określić target czytelniczy, ponieważ przygodę z Vonnegutem zaczynałam dosyć wcześnie. Myślę jednak, że współczesna, szanowna młodzieży podoła temu wyzwaniu. Obawiałabym się tylko o zrozumienie niektórych rzeczy. Oczywiście, że polecam. Te dzieło powinien mieć każdy fan twórczości pisarza, a także ten, który tę przygodę rozpoczyna.




*Źródła: 

Notka biograficzna:

Opis książki:

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję:

Polacy nie gęsi i swoich autorów mają:




Wydawnictwo Albatros:






Korekta i redakcja tekstu: E.U.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…