Przejdź do głównej zawartości

Tomasz Duszyński "Droga do Nawi" - opinia

Źródło: Lubimy Czytać



Ostatnio przestałam przyjmować książki do opinii. Nie dlatego, że nic fajnego nie ma ma, lub co gorsza, nic mnie nie interesuje. Nie. Zwyczajnie padam na twarz. Człowiek zmęczony to i na ulubione czynności nie zerka... tu patrz czytanie. Jednak w każdym miłośniku dobrych lektur drzemie takie złośliwe zwierze, które raz na jakiś czas się bezczelnie odzywa. Jest nim straszna chciwość i chęć posiadania. W tym przypadku tak właśnie było. Zobaczyłam, oczy dały znać mózgownicy, mózgownica do serca... muszę mieć! Taki łańcuszek. Wiem, że 4 Strona publikuje bardzo dobre pozycje, bez byków, kapitalnie wydane, zachęcające i ekstra pachnące. Przecież nie ma piękniejszej woni niż nowiutka książka... dobra, koniec podniet. Jak parę osób wie, z Polacy Nie Gęsi i Swoich Autorów Mają (bosz, co za długa nazwa;p) jestem od samego początku. Rzadko jednak kusiłam się na recenzowanie dla nich. Wolałam „tajniacko” selekcjonować blogerów, poprawiać byki na fp lub planować na nim posty. Tym razem skusiłam się na książkę. Książkę, moim zdaniem nie byle jaką, bo polskiego autora. Tylko ich teraz czytam. Na zagranicznych nie patrzę... mam przecież swoje podwórko. A na nim? Na nim czasem wyrośnie coś, co zachwyci lub w tą drugą stronę, zniechęci od pierwszego akapitu. Tak, takie też czytałam... niestety. Zatem po tym przydługim wstępie, którego i tak nikt nie czyta, przechodzimy do meritum, czyli zapraszam na recenzję „Drogi do Nawi” Pana Tomasza Duszyńskiego.

Zanim opowiem Wam o książce, przybliżę Wam sylwetkę autora tej powieści:

Tomasz Duszyński to dziennikarz (pracował w RMF FM i Radiu Aplauz), pisarz, scenarzysta gier komputerowych, a w wolnych chwilach maratończyk. Współtwórca wrocławskiego Tramwaju Gwiazd – wyjątkowego projektu wrocławskiej, ruchomej alei gwiazd, do której zapraszane były gwiazdy filmowe, muzyczne i sportowe.

Debiutował zbiorem opowiadań „Produkt uboczny”. Od tamtej pory opublikował kilka powieści i kilkanaście opowiadań z gatunku fantastyki. Jest także autorem książek dla dzieci i młodzieży oraz legend związanych z regionem, w którym mieszka.”*



O czym „Droga do Nawi”? Jak zawsze posiłkuję się opisem zaczerpniętym ze stron wydawnictwa:

„Polak – Alek Bielski, weteran z Afganistanu. Rosjanie – Misza Asieniewicz, moskiewski milicjant, i Ksenia Morozowa, (nie)zwykła dziewczyna. Losy tej trójki, początkowo wydawałoby się ze sobą niezwiązane, łączą się za sprawą intrygi tajemniczego świata, z którego istnienia zwykli ludzie nie zdają sobie sprawy. Ksenia, Misza i Alek stają się zabawkami w rękach bogów, od wieków planujących intrygę mającą na celu doprowadzenie do zmiany dominacji w istniejącym świecie. Czy Perunowi uda się zawładnąć światem bogów i ludzi? Po czyjej stronie jest Światowid? A może wszyscy spotkają się w Nawi, podziemnym królestwie Welesa?
Odrobina humoru, dużo mocnej i wartkiej akcji, nietuzinkowi bohaterowie, realia społeczne, obraz Rosji i pierwsza tak rozbudowana wizja słowiańskiej fantasy umiejscowiona w XXI wieku.
Gdy bogowie obmyślą plan, nie masz wyjścia i musisz tańczyć tak, jak ci zagrają… a może jednak nie?”


Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o okładce oraz grafikach znajdujących się wewnątrz. Czytelnika wita rozświetlony błyskawicą Światowid, a w tle spowite mgłami, majestatycznie prezentuje się mroczne miasto. Tą piękną grafikę wykonał Dark Crayon znany również ze współpracy z wydawnictw Uroboros, ale nie tylko z nimi. Ten zdolny artysta potrafi czarować swoimi dziełami. Od jakiegoś czasu śledzę jego poczynania i za każdym razem mnie zachwyca. Wracając jednak do wnętrza powieści. Odszukujemy w nim prace Pana Mateusza Wilma. Urzekające swoją prostotą oraz mocnym przekazem doskonale wkomponowują się w tekst. Ponownie jestem zafascynowana i ponownie stwierdzę, oby więcej takich artystów. Sama obwoluta prezentuje się bardzo dobrze. Jest doskonałym wabikiem, obok którego trudno przejść obojętnie. To właśnie ona sprawiła, że zapałałam żądzą posiadania, kuszona tajemnicą i mitologią. Jestem zdecydowanie na tak.


Pan Tomasz postawił na wartką akcję i rozrywkę. W sumie mu się nie dziwię. Fantasy wszak takie powinno być. Jednak „Droga... „ nie jest wbita w typowy kanon. Urban fantasy rządzi się swoimi prawami i tutaj możemy to doskonale zaobserwować. Stykamy się z dwoma światami. Każdy z nich potraktowany jest nietuzinkowo i z najdrobniejszymi szczegółami. Opisy lubię, nie ukrywam tego. Tutaj dostaliśmy ich całkiem sporo, więc bez trudu mogłam podróżować w wyobraźni do miejsc ilustrowanych przez twórcę. Chwilami miałam wrażenie, że czytam „Amerykańskich Bogów” Neila Gaimana, ale tylko chwilowo, autor dzięki finezji pióra lekko brylował pomiędzy utartymi szlakami, a tymi które właśnie tworzył. Dostajemy dzięki temu mieszankę niebezpiecznie intrygującą i wciągającą.


Warto też wspomnieć o kreowanych postaciach. Każda z nich obarczona jest bagażem doświadczeń, który je naznacza. Autor bezsprzecznie doskonale zna tajniki ludzkiej natury. Stygmatyzowane przeszłością postaci zostają uwikłane w łańcuchy zdarzeń, które stają się siatką kłamstw, matactw i intryg, a wszystko po to, by zmusić ich do dokonywania kolejnych, nierzadko trudnych, życiowych wyborów. Każdy z protagonistów musi przejść długą drogę zanim zrozumie po co tak naprawdę po niej kroczy. A tu we wszystkim maczają paluchy bogowie, chytrze zacierając ręce, radośnie podkładający kłody pod nogi. Cała gra toczy się o wysoką stawkę, przecież boskie zabaweczki mają swoją misję do wykonania. Konflikty interesów, piękna kobieta i zmieniający się układ sił wróży jedynie doskonale spędzony czas podczas czytania.


Jest to powieść, która pozostawia po sobie ślad. Będzie mi bardzo trudno o niej zapomnieć. To świadczy tylko o tym, jak dobra jest ta książka i jak bardzo mi się podobała. Owszem ma swoje minusy, na przykład dłużyzny, które wyjątkowo zamęczyły. I być może plastyczność opisów jest do pozazdroszczenia, to w niektórych momentach było ich zdecydowanie zbyt wiele. Na uwagę zasługuje też narracja, która cały czas ulega zmianie. Bywało, że miałam z nią problem, ale myślę, że to muszę zrzucić na karb mojego „niechlujnego” czytania. Odrywano mnie od lektury... bardzo często. W powieści Pan Duszyński udowadnia ponad wszelaką wątpliwość, że ludzie sami tworzą swoje demony. Że sami pozwalają na to, by te zdominowały ich życie. Zatem mamy tutaj doskonałą książkę refleksyjną, która pobudza nas do myślenia.


Czy polecam? Owszem. Szczególnie tym, którzy cenią sobie dobre, polskie urban fantasy, są miłośnikami kultury Słowian oraz oczekują wartkiej i nietuzinkowej akcji. Obok współczesnego świata osadzony jest ten drugi, magiczny, w którym mieszkają istoty wyższe, doskonalsze od znerwicowanych i wiecznie zestresowanych ludzi. To samo przez się może stać się doskonałą rekomendacją. Duszyński prowadzi nas poprzez wąskie i duszne moskiewskie piwnice, warszawskie zaułki, a wszystko po to, by pozwolić czytelnikowi wkroczyć w magiczny świat Nawi. Jeśli jeszcze nie czytaliście, to co tu jeszcze robicie? Lekkie pióro, świetne postaci, zabawne dialogi... czegóż chcieć więcej.

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję:


oraz:






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…