Przejdź do głównej zawartości

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Szczęki Hakkona - recenzja


 
 


Długo trzeba było czekać na kolejną opinię dla Przystani Szarego Strażnika. Szczerze ubolewam, ale niestety mój komputer ostatnio coś nie lubi się z Inkwizycją. Dlaczemu? Ano dlatemu, że po kolejnych aktualizacjach, jakie zaserwowało studio, gra zaczęła mi lagować. A wierzcie mi, po-klatkowe tłuczenie czegokolwiek raczej mi się nie uśmiechało. Obniżyłam staty, grafikę, generalnie wszystko. Nie dało to jednak pożądanego rezultatu. Odłożyłam. Szkoda moich nerwów. Ostatnio powróciłam do niej i ku mojemu zaskoczeniu rozgrywka jakoś szła, choć tekstury wygrywały się nieco wolniej. Ale pal licho tekstury. Przejdźmy do opinii.

Dzięki współpracy z grupą fanowską Przystań Szarego Strażnika oraz EA Polska otrzymałam kody do DLC „Dragon Age: Inkwizycja. Szczęki Hakkona”. Jako laik i pierdoła w świecie gier zgodziłam się na napisanie skromnej opinii. Zatem zapraszam na recenzję „Szczęk...” okiem kury domowej.


Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z faktu, że studio BioWare ma na swoim koncie bardzo wiele udanych produkcji. Wspomniałam już o nich w poprzedniej recenzji. Część ich tworów jest średnia. Inna, nie owijajmy w bawełnę: mierna. Jeśli chodzi o dodatki, DLC etc... tutaj moja opinia jest identyczna. Od kiedy mam konto na Origin, radośnie wydaję zarobione pieniążki na gry, które zawsze chciałam mieć. Tam mogę dorwać coś w promocyjnych cenach lub pobrać za darmo. Do DLC zawsze podchodzę z pewną rezerwą. Inaczej ogląda się trailer, inaczej wszystko wygląda na naszych pecetach. Nie czarujmy się, świetna reklama może nam sprytnie przemycić bubla. I to zdanie nie tyczy się jedynie gier. Rynek niemalże do perfekcji wyspecjalizował się w manipulowaniu konsumentem. Ucieszyła mnie więc propozycja zagrania zupełnie bez mojego wkładu finansowego. Nie, nie jestem pazerna. Ale jak dają to czemu nie, prawda?


 


Jeszcze tego samego dnia pobrałam dodatek i - przebierając nogami pod biurkiem - czekałam aż się grzecznie zainstaluje. Wszystko przebiegło bez przeszkód. Po chwili mogłam wyruszyć w kolejną podróż. Zabrałam ze sobą swoich ulubieńców, to znaczy towarzyszy mojej Inkwizytorki: Varrika, Kasandrę oraz Blackwalla. I tu klapa. Zapomniałam, że muszę mieć odpowiedni poziom, by móc pobiegać sobie po gąszczu. Boleśnie się o tym przekonałam, kiedy to demony uwolnione ze szczeliny zrobiły mi z tyłka jesień Średniowiecza. Skruszona powróciłam do Podniebnej Twierdzy, by stamtąd pójść gdzieś indziej. I tak upłynęło troszkę czasu, zanim powróciłam do Kotliny Mroźnego Grzbietu.


Nadeszła w końcu ta chwila, kiedy mogłam się zmierzyć z kolejnym przeznaczeniem i zadaniami, jakie spoczęły na barkach Inkwizytorki. Pierwszą rzeczą, jaka rzuciła mi się w oczy, to feeria braw. Nie demony, nie masa naziemnych stworzeń i mnogość skrzeczącego ptactwa, tylko kolory. Przyroda jest bardzo realistyczna i sugestywna. Poruszamy się po szeleszczącej trawie, spacerujemy brzegiem pluszczących wód, czy słuchamy świergotu ptaków. Krajobraz się zmienia, od nasyconych głęboką zielenią dolin, przez bagna, które są mroczne i spowite pewnego rodzaju mistycyzmem, po suche i skaliste regiony upstrzone rosochatymi krzakami. Natykamy się na groty i jaskinie, a także porozrzucane po całym rejonie szczątki i ruiny dawnych Tevinterskich fortyfikacji, zamków i warowni. Oczywiście co rusz natykamy się na wrogo nastawionych Hakkonitów, upierdliwie, jadowite pająki, jaszczury i inne cudactwa. Jednak pośród tego wszystkiego najbardziej podobały mi się obozy rozbijane na drzewach. Jeśli ktoś jest romantyczny i marzył jako dziecko o domku na drzewie, widok punktów orientacyjnych usytuowanych wysoko nad ziemią powinien go usatysfakcjonować. A widoki stamtąd? Bajeczne. Musicie mi uwierzyć na słowo. 



 
Podziwianie krajobrazów oraz rozgrywka i rozwiązywanie zagadek wprawnemu graczowi powinno zająć około siedmiu godzin. Mnie zajęło dziewięć, ale to ja. Lubie się zgubić, ewentualnie pobiegać sobie w kółko, bo mi się gdzieś spod nóg w magiczny sposób wyparuje dróżka.


Kolejnym elementem, który nazwać można nieodłączną częścią tego DLC, jest historia miejsca, po którym się poruszamy. Choć podziwiane widoki mogą sprawić, że o tym na chwilę możemy zapomnieć. Akcja skupia się na poszukiwaniu ostatniego Inkwizytora. Ślad prowadzi do Kotliny, gdzie rzeczony zaginął jakieś osiemset lat temu. Inkwizytorka dołącza do orlezjańskiej ekspedycji, mającej na celu odnalezienie jegomościa. Składa więc okruchy i strzępki wspomnień z zapisków i podań w jedną spójną całość. Dzięki czemu zapuszcza się w dzikie rejony, eksploruje jaskinie i rozwiązuje zagadki logiczne. Jednak cała historia jest jakaś miałka. Scenariusz nie zachwyca i może dopiero pod koniec dynamika ulega poprawie, jednak podczas gry jest monotonnie, a odkryte tajemnice jakoś nie poruszają i nie ciekawią do tego stopnia, żeby mocniej wczytywać się w kodeks. Główni protagoniści też nie są zbyt rozmowni. Udaje się nam z nimi zamienić raptem kilka zdań, reszty domyślaj się sam. Chyba najbardziej gadatliwa jest Harding oraz przywódczyni pokojowo do nas nastawionego plemienia Awarów. Nikogo też nie da się za bardzo ciągnąć za język. Czyli... nudy. Więc jeśli szukacie wartkich dialogów i głębokich emocji, zawiedziecie się.

Kolejnym fajnym aspektem tego dodatku jest możliwość poszerzenia swojego zbioru minerałów i ziół. Wpadają nam też ciekawe itemy i schematy, z których można wykuć w Kazamatach i nie tyko, całkiem solidne pancerze i ostrza. Do tego z zabijanych stworzeń uzyskujemy skóry i gruczoły. Zaś z zamykanych szczelin często wypadają rzadkie artefakty i biżuteria o zwiększonej mocy. O odłamkach nie wspominam. Zwieńczeniem, a może wisienką na torcie, jest unikatowa i całkiem miła dla oka smocza zbroja. Więc nic dodać nic ująć, bieganie po Kotlinie Mroźnego Grzbietu jest dla gracza opłacalne.




Rozgrywka. Tutaj jest podobnie jak w pełnowymiarowej grze. Dynamika nie ulega raczej diametralnym zmianom. Wszystko jest wyważone. Może nam się na początku wydawać, że atakowane przez nas stworzenia lub Hakkoni są nieco trudniejszymi przeciwnikami. Aczkolwiek tak nie jest. Bije się ich jednak nieco dłużej, są odporniejsi i nieco szybsi. Trzeba uważać na niektóre postacie, mogą nam dać popalić, szczególnie łotrzykowie. Wszystko skupia się wokół odporności na lód, więc jeśli z uporem maniaka ładujecie w broń te właśnie runy, pomyślcie o czymś innym. Starcie z samym Hakkonem też nie należy do jakiś wielkich wyczynów. Jednak o tym nie będę wspominać, zostawmy nieco tajemnicy. 


Reasumując: jeśli macie na zbyciu grosik i chcecie sobie rozszerzyć nieco ulubioną gierkę, nic nie stoi na przeszkodzie, by sobie zakupić ten dodatek. Więcej w nim plusów niż minusów. Gra się płynnie, ciekawość jest sukcesywnie podsycana kolejnymi ciekawostkami oraz wzmiankami historycznymi. Otrzymujemy kilka wątków pobocznych oraz możliwość zmierzenia się w na arenie wraz z zaprzyjaźnionymi wojownikami z górskiego plemienia Awarów. Do złudzenia przypomina to starcia na Arenie Prób z Origin. I może nie ma tam brodatych krasnoludów i Mistrza Prób, to i tak gwarantuje nam to porządną rozrywkę. Nałogowi zbieracze minerałów, ziół i innych rzeczy, jak na przykład odłamków, też znajdą coś dla siebie. Miłośnicy astrariów dostaną kolejną dawkę łamigłówek. Skolekcjonujecie całkiem spory zbiór broni, zbroi i schematów. Napełnicie kiesę kolejnymi złotymi monetami i być może przeprowadzicie sąd... na niedźwiedziu. Na pewno skóry na nim dzielić nie musicie. Osobiście polecam.




Za możliwość zagrania w DLC dziękuję: Przystani Szarego Strażnika oraz EA Polska.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…