Przejdź do głównej zawartości

Rafał A. Ziemkiewicz "Skarby Stolinów" - opinia

Źródło: Lubimy Czytać.


Biorąc udział w wyzwaniach czytelniczych człowiek zawsze się zastanawia co mu wpadnie. I nie to, że jego wybór pada na pierwszy lepszy egzemplarz jaki spoczywa na półce. Tu chodzi o świadomy i przemyślany krok. Krok, który sprawi, że będziemy bardzo zadowoleni z przeczytanej pozycji, lub zupełnie odwrotnie. Pozostanie niesmak wymieszany z wielkim zaskoczeniem... bo, bo, bo... to nie możliwe. Klasyk i takie zniesmaczenie? Ba, zawód na całej linii. I ja się właśnie zawiodłam, choć nie aż tak mocno, naprawdę. Nie będzie tu skrajnie negatywnej opinii. Jęczenia, złorzeczenia oraz tych innych rzeczy, które mogłabym wylać z siebie potokiem słów. Tu będzie tak sobie, zwyczajnie. I Może Gęsiowe wyzwanie czytelnicze już się dawno skończyło to ja idąc tropem, że to, co zaczynasz, to skończ. Postanowiłam napisać kilka słów o książce Pana Ziemkiewicza pod tytułem „Skarby Stolinów”.

Autor zacny. Człowiek, o którym chyba wszyscy słyszeli. Mający na swoim koncie sporą ilość książek oraz publikacji w gazetach. Jest dziennikarzem, który od trzydziestu lat funkcjonuje w mediach. Pisze felietony, powieści, opowiadania oraz książki publicystyczne. Karierę zaczął od pisania felietonów dla „Najwyższego Czasu”, potem dorabiał jako dziennikarz i publicysta radiowy.
W 1995 został stypendystą National Forum Foundation. Pracował również w krajowym biurze kongresowym amerykańskiej Partii Republikańskiej. Od 2013 roku związany jest z telewizją „Republika”. Laureat prestiżowej nagrody imieniem Janusza Zajdla. Otrzymał również wyróżnienia w plebiscytach czytelników fantastyki oraz Nagrody Kisiela za rok 2001, największą popularność zdobył sobie publicystycznymi książkami o meandrach naszej polityki i transformacji ustrojowej: Polactwo, Michnikowszczyzna. Zapis choroby, Czas wrzeszczących staruszków oraz Myśli nowoczesnego endeka. *

O czym „Skarby Stolinów”? Jest to zbór dwóch opowiadań, zamkniętych w cieniutkiej książeczce. Mini powieść fantasy w realiach, które bardzo przypominają naszą słowiańszczyznę z X wieku.

Okładka. Cóż mogę rzec. W latach '90 tych nie zwracano aż tak dużej uwagi na obwoluty książek. Większość miała gładkie okładki, inne zaś przedstawiały coś, co mogło potencjalnie zainteresować czytelnika. To były czasy gdzie nie liczyła się prezencja książki, a jakość oraz treść. Nie uświadczyło się wydawnictw self. Tu okładka przywodzi na myśl klasyczne choćby te, które możemy zobaczyć u Roberta Howarda, autora cyklu powieści i opowiadań fantasy „Conan”. Śmiem nawet wysunąć wniosek, że wszystkie publikacje z dziedziny fantasy miały wspólny mianownik. Bardzo podobne do siebie oprawy. Mam do tego bardzo ambiwalentny stosunek. Dlatego, że dzieła z tamtego okresu zawsze miały to coś. A zerkanie ukradkiem na wierzch książki, by tylko podsycić, już i tak wybujałą wyobraźnię nie należało do moich ulubionych zajęć. Reasumując. Okładka? Taki tam skąpany w czerwieni brzydal z niskogatunkowego papieru. Nic specjalnego.
Ta cieniutka pozycja składa się z trzech wątków. Dwóch opowiadań, które poniekąd się ze sobą łączą i Uwag tłumacza. W skład książeczki wchodzą: Herbor cudak, Skarby Stolinów. Powiem szczerze, że od pierwszego zdania rzucił mi się w oczy świetny warsztat autora. Pomyślałam wtedy, że sama chciałabym tak umieć snuć opowieść. Miałam wrażenie, że siedzi przede mną bajarz lub bard z dawnych czasów, odziany w łachmany i przy ognisku, gładko wplata w me myśli pięknie skomponowane zdania. Były one jak muzyka. To sprawiło, że ciężko mi było się oderwać od tej książki.

Jednak nie tylko świetny język cechuje tę pozycję. Jest nim... nuda. Tak, to to czego nie lubię w książkach fantasy. Fabuła się toczy. Toczy niczym koło wozu zaprzęgniętego w dwa muły. Herbor jest postacią romantyczną, rozgorączkowaną, pełną idei, które są dla niego jedynie przekleństwem. I choć na początku dowiadujemy się, że jest on naznaczony klątwa „kobiecego serca” to w duchu mamy nadzieję, że jego czyny podczas wędrówki sprawią, że los się odwróci, a litościwy demon mu odpuści. Niestety. Im dalej brnie przed siebie tym większą ciamajdą się staje. Dopiero pod koniec swego żywota zaczyna usilnie poszukiwać drogi swego istnienia. Chce odkupić winy i grzechy jakich się dopuścił. Skutek tego jest jaki jest. Nie będę pisała spojlerów. Generalnie podczas czytania nie obyło się bez ziewania.

„Skarby Stolinów” są nieco inne. Tu akcja jest żywsza, język równie bogaty i wciągający. Nadal ma się wrażenie, że słucha się opowieści. Człowiek ma ochotę czytać to na głos. W nim też możemy odszukać wzmianki o bohaterze poprzedniego opowiadania, o Herborze. Jednak są one odsunięte na dalszy plan. Czytelnik wie o kim mowa. Jest to duże ułatwienie. Wydarzenia te, można z powodzeniem nazwać „historycznymi”. Akcja toczy się na dworzyszczu Sternważa z rodu Astarharów. Pewnego dnia u jego wrót pojawiają się dwaj wędrowcy: Żegost i Blizbor. Wraz z Harszem z Tragżych postanawiają spędzić u Sternważa zimę. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Wszyscy ucztują, gawędzą, bawią się. Wszytko zostaje przerwane, kiedy u wrót pojawia się stolin. Na domiar złego ranny. Sternważ zaraz traci humor. Okazuje się, że złożył mu kiedyś obietnicę, czas zatem ją wypełnić. Wycieńczony stolin niebawem umiera. Gospodarzowi przyjdzie udać się do wspomnianej krainy ukrytej w podziemiach i zmierzyć się z pradawnym złem, tym sposobem dokonując przyrzeczenia.

Opowiadanie to zapachniało mi czymś, co znam. Czyli klasycznym, tolkienowskim wzorem opowieści fantasy. Nie podobało mi się to. Choć przyznam, że zamysł mógł być przedstawiony w o wiele lepszej formie. Podobnie jak historia Herbora po pewnym czasie zaczęła mnie nudzić. Jedyne, co mi się spodobało to nakreślone, bardzo wyraźne postaci. Tu się nie zawiodłam.

Dla kogo ta książka? Ciężko rzecz. Po raz pierwszy mam zagwozdkę i to niezłą. Bo to niby klasyk, bo Ziemkiewicz, bo kawał dobrego, choć nudnego fantasy. Jeśli jednak lubicie wydumane dialogi, wiedźmy, pierdołowatych bohaterów i łażenie po dzianych miejscach powinno się Wam spodobać. To bardzo cieniutka książeczka. Liczy raptem ledwo sto siedemdziesiąt dwie strony. Nie jest to jednak lektura łatwa. Przypuszczam, że młodszy czytelnik nie przebrnie nawet połowy. Ba, prawdopodobnie porzuci ją po kilku pierwszych stronach. Nie zdziwię się. Nazewnictwo i słownictwo nie należy do tych najłatwiejszych. Jednak do odważnych świat należy. Jeśli ktoś pokusi się o poczytanie pewnie będzie mógł sam wysnuć wnioski.





Książka przeczytana w ramach wyzwania czytelniczego zorganizowanego przez:






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…