Przejdź do głównej zawartości

"iZombie" - sezon pierwszy - opinia


Źródło: Filmweb


Moim życiem rządzą przypadki, szczególnie jeśli chodzi o oglądanie seriali. Osobiście wolę czas spędzać z nosem w książce, ewentualnie coś pisząc lub malując. Jednak zdarza mi się, że i to mnie potrafi zmęczyć. Kto by pomyślał, nie? Wtedy sięgam po zupełnie inny rodzaj rozrywki. Są nią filmy lub seriale. Te drugie raczej ciężej. Nie lubię przeciąganej fabuły lub co gorsza nudy. A ta mnie dopada ostatnio coraz częściej. Ostatnio ziewałam przy drugim sezonie The Walking Dead. Potem było ciut lepiej. Jednak jak już jesteśmy przy temacie zombie to niedawno na mojej fejsbuniowej ścianie zauważyłam wpis jednego z moich znajomych, który radośnie obwieszczał światu, że ogląda serial iZombie. Pomyślałam sobie wtedy: Trupy, tego chcę. Musiało jednak minąć sporo czasu zanim się za niego zabrałam. Wiecie: dzieci, teksty, domowe obowiązki i te wszystkie nudne rzeczy, które robią kury domowe. Odetchnąć od tego wszystkiego mogłam dopiero niedawno, kiedy to mój szanowny małżonek dostał urlop i przez dwa tygodnie byłam w stanie sobie pozwolić na coś więcej aniżeli to wszystko o czym wspomniałam wyżej. 


Źródło: Filmweb




Jakie wrażenia z serialu? Ambiwalentne. Zanim jednak dojdziemy do meritum to kilka słów wprowadzenia.



Serial po raz pierwszy wyemitowano tego roku. Czyli 2015 tym. Jego twórcami są: Diane Ruggiero i Rob Thomas. Premiera nastąpiła 17 marca. Pierwszy sezon ma 13 odcinków. Odcinki zaczyna pilot wprowadzający widza w specyficzny klimat filmu. Dzięki niemu poznajemy genezę zarażenia głównej bohaterki. Seria otrzymała też nominację do nagrody Teen Choice. Jednak po kolei.


Źródło: Filmweb





O czym serial?


Olivia "Liv" Moore (Rose McIver) to bardzo obiecująca i poświęcona swojej pracy studentka medycyny. Stroni od wypadów z przyjaciółmi. Zdecydowanie woli towarzystwo swojego chłopaka Majora (Robert Buckley). Pewnego dnia koleżanka zaprasza ją na imprezę, która ma się odbyć na łodzi. Na początku odmawia, jednak jej narzeczony nakłania ją na pójście. Twierdzi bowiem, że przyda się jej nieco rozrywki. Ulega mu i jeszcze tego samego wieczoru idzie się wyluzować. Pech chce, że na pozór niewinna zabawa kończy się krwawą jatką. W niewytłumaczony sposób imprezowicze przemieniają się w zombie. Na łodzi wybucha panika. Liv próbuje serwować się ucieczką, niestety podczas biegu przez łódź zostaje podrapana i tym sposobem zarażona. Budzi się na brzegu jeziora zapakowana w worek na zwłoki. Zaskoczonym policjantom tłumaczy, że nic jej nie jest. Jednak po tym zdarzeniu nabiera nieprzemożonej ochoty na konsumpcję ludzkich mózgów. W szybkim czasie zmienia się nie do poznania. Z uśmiechniętej brunetki przeistacza się w bladolicą i białowłosą kobietę, która rezygnuje z rezydentury w szpitalu i zatrudnia się biurze policyjnego koronera. Nadal próbuje normalnie egzystować, mimo że jej życie prywatne si e wali. Zrywa zaręczyny z mężczyzną swojego życia i alienuje się do społeczeństwa. Ten stan bardzo martwi jej matkę Evę (Molly Hogan), jak i przyjaciółkę Corrine (Elise Gatien), z którą mieszka pod jednym dachem. By zaspokoić swój głód, w tajemnicy wykrada mózgi zwłok, które przywożą do kostnicy. Kiedy sekret wychodzi na jaw zwierza się swojemu szefowi Dr Raviemu Chakrabarti (Rahul Kohli). Wspomina też o tym, że po zjedzeniu mózgu ma retrospekcje z życia zmarłych osób. Okazuje się to bardzo przydatne podczas rozwiązywania skomplikowanych zagadek kryminalnych. Zatem od tej chwili Liv zaczyna pracować z detektywem Clivem Babinaux (Malcolm Goodwin).


Źródło: Filmweb




Co przykuło moja uwagę? To nietuzinkowe podejście do tematu chodzących trupów. Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że zdechlaki są paskudne, cuchnące, charczą i rzucają się na wszystko co żyje. Na domiar złego ciało odpada im od kości, co do estetycznych raczej nie należy. Nie czarujmy się, one właśnie takie mają być. Takie wpisały się w pop kulturę. Tu mamy coś zupełnie innego. Myślące, egzystujące w społeczeństwie stworzenia, które jedzą sobie mózgi z makaronem obficie polane pikantnym sosem chili. Fajne? No pewnie, że tak. Jest to coś świeżego, coś, co sprawia, że się uśmiechamy. Coś, co jest pewnego rodzaju oswajaniem lęku jaki odczuwamy przed tymi kreaturami. Bo przecież stworzono je po to byśmy się bali. 

Na uwagę zasługuje też czołówka. Utrzymana w stricte amerykańskim stylu. Przywodzi na myśl klasyczne komiksy. To miła dla oka odmiana po wszystkich naszpikowanych efektami specjalnymi. Świetny zabieg, który tak bardzo mi się spodobał, że większość grafik jest właśnie częścią tej czołówki. Mam również cichą nadzieję, że spodobają się wam równie mocno co mi.


Źródło: Filmweb
 



Rose McIver, która kreuje główną postać bardzo dobrze porusza się w swojej roli. Raz jest urocza innym razem przerażająca. Innym razem znowuż mamy wrażenie, że obcujemy z wystraszoną dziewczynką, która zgubiła się w lunaparku. Każdy odcinek niesie ze sobą inną historię, która płynnie wplata się w tę, która stanowi podstawowy szkielet serialu. Jak już wcześniej wspominałam po spożyciu mózgu ofiary, Liv przejmuje cząstkę jej charakteru. Mamy zatem feerię zachowań z jakimi musi się zmierzyć. Od nastolatki, poprzez hakera internetowego czy dziewczyny kochającej adrenalinę. Bardzo podobały mi się te przemiany. Z przyjemnością obserwowałam jak płynnie przechodzi z jednej osobowości do drugiej ukazując tym sposobem plastyczność i umiejętność brylowania pomiędzy nią a tym kimś. 

Źródło: Filmweb
 



Twórcy serialu idą o krok dalej. Okazuje się, że Liv nie jest jedynym zombie grasującym w okolicy. O dziwo jest ich całkiem spora ilość. Wszystko dzięki pewnemu specyfikowi, ale o tym sza. Każdy z nich radzi sobie zupełnie inaczej w kwestii zdobywania potrzebnych dla siebie dawek mózgów. W pewnym momencie proceder ten jest tak posunięty, że rozkopywanie grobów czy praca w miejskim prosektorium już nie wystarcza. Nie chcę pisać spojlerów, bo nie o to chodzi. Jednakże chcę nadmienić, że to właśnie ta fabuła stanowi spoiwo serialu.



W iZombie, zombie zachowują się jak moralni ludzie. Jedzą, śpią, pracują, piastują wysoko postawione stanowiska i... miewają zachcianki. Cechuje ich jednak wspólny mianownik, po którym potrafią się rozpoznać w „tłumie”. Jest to wyżej wymieniona blada skóra i włosy. Posiadają jeszcze jedną cechę, o której warto wspomnieć. Sama Liv określa ją mianem „Zombie mode”, czyli coś w rodzaju pełnego trybu zombie. Następuje ona w momencie wystąpienia silnych emocji, takich jak lęk czy walka o przeżycie. Postaci momentalnie się przemieniają w krwiożercze monstra, których można się przestraszyć. Jak wyglądają? Zobaczcie serial.



Komu polecam? Nie widzę przeciwwskazań, choć dziesięciolatkowi chyba bym tego nie pokazała. Znając jednak nasze czasy myślę, że oglądają o wiele gorsze rzeczy w internetach. Serial ten jest dobrą rozrywką. Dostarcza i wzruszeń i trzyma w napięciu. Widz nie ma czasu na nudę. Akcja toczy się płynnie. Nie ma niepotrzebnych dłużyzn czy przeciągania fabuły. Wszytko ładnie się ze sobą łączy i zazębia w taki sposób, że kończąc oglądanie odcinka automatycznie załączamy kolejny. Po to tylko by dowiedzieć się co będzie dalej. Bohaterowie nie są płascy i bez wyrazu. Może czasem miałam wrażenie, że były narzeczony Liv, Major próbuje zgrywać na siłę bohatera. Nie jest to postać przy, której miałam klasyczne: och, ach, jaki przystojniak. Stworzony jest bowiem na ideał faceta. A jak wszyscy wiemy ideały są nudne. Moim zdaniem on taki jest. Ciepła klucha. Najbardziej polubiłam szefa tytułowej zombie, Raviego. Typ, który lubię. Nerdowaty doktorek grzebiący w zwłokach, ideał. Mężu nie czytaj!



Reasumując. Jeśli macie ochotę na coś, co Was rozśmieszy lub wywoła miły dreszczyk emocji to ten serial jest dla Was. Jeśli potrzebujecie mocnych wrażeń, niestety tu ich nie otrzymacie. Nie ma flaków latających pod sufit i rozrywanych ciał. Wszystko z pełną kulturką, mózg na pizzy polany gęstym sosem tabasco:)


Źródło: Filmweb




Miłego oglądania!













Komentarze

  1. Zastanawiałam się nad tym serialem, coś mi mówi, że muszę wreszcie go obejrzeć :D Skoro polecasz, to wiesz, nie pozostaje mi nic innego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to wielkie WoW, ale jest śmiesznie. To coś innego. Zawsze po pilocie możesz zdecydować czy Ci się spodoba :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…