Przejdź do głównej zawartości

Robert J. Szmidt "Szczury Wrocławia. Chaos" - opinia

Źródło: Lubimy Czytać




Na tę książkę napaliłam się jak łysy na grzebień. Usłyszałam o niej od znajomych, którzy dzięki polubieniu fp na twarzoksiążce mieli znaleźć się w niej jako postaci literackie. Czekałam więc w napięciu na premierę, licząc po cichu, że autor dzieła zrobi jakiś fajny konkurs i może wezmę w nim udział. No i nadarzyła się okazja, potem kolejna, i jeszcze jedna, a mnie szczęście jak na złość nie dopisywało. Z uporem maniaka udostępniałam na swojej tablicy wpis za wpisem, a „Szczury... „ nadal były poza moim zasięgiem. Już miałam zrezygnować i powiedzieć sobie: pal licho, kupię sobie po wypłacie, kiedy to poratował mnie mój znajomy, który nomem omen miał dosyć mojej fejsbuniowej nad aktywności w tym temacie. I tym sposobem „Szczury Wrocławia” wylądowały na moim biurku. Nie ukrywam, że ten niespodziewany prezent wprowadził mnie w cudowny nastrój. Wszak uwielbiam wszystko co z zombie. Od filmów, po komiksy zakończywszy na opowiadaniach i powieściach. Sama mam na konie „Ewakuację” opowiadającą o umarlakach, która pojawi się w grudniowym wydaniu „Widoku z Wysokiego Zamku” Białostockiego Klubu Fantastyki.


No dobrze koniec przechwałek.

Żeby tradycji stało się zadość, przybliżmy sylwetkę autora.
Pan Robert J. Szmidt, jest pisarzem, redaktorem, tłumaczem. Debiutował w latach osiemdziesiątych. Pisanie jednak nie było czymś czym się jedynie zajmował. Pracował w rożnych branżach, ale fantastyka zawsze była mu bliska sercu. Zatem nigdy o niej nie zapomniał. Po pewnym okresie „posuchy” pisarskiej wrócił do tworzenia. Stało się to na początku nowego tysiąclecia. Z jego inicjatywy powstało czasopismo „Science Fiction”, które po latach zyskało miano kultowego. Jest autorem siedmiu powieści oraz dwóch zbiorków opowiadań o tematyce post-apokalipsy. W 2003 roku wydał „Apokalipsę według Pana Jana”, która do dziś jest wydawana. Jest tez autorem pierwszej noweli opowiadającej o apokalipsie zombie, która nosi tytuł „Ognie w ruinach, Mały i Alpha Team”. Prywatnie lubi podróże. Przetłumaczył ponad sześćdziesiąt książek i kilkanaście gier komputerowych. Jest tez pomysłodawcą dwóch nagród branżowych oraz twórcą portalu www. fantastykapolska.pl – największej polskiej e-biblioteki science fiction. *

A o czym książka? By tradycji stało się zadość, wrzucę opis zaczerpnięty ze strony:

„Wrocław, sierpień 1963. W mieście szaleje czarna ospa. Milicjanci pilnujący izolatorium na Psim Polu są świadkami dziwnych incydentów – „odmienieni” pacjenci atakują przebywających w ośrodku chorych i personel. Wybucha panika. Do Komendy Wojewódzkiej docierają kolejne sygnały o „zmartwychwstałych” napastnikach. Sztab kryzysowy zmuszony jest podjąć zdecydowane działania. Do izolatoriów zostają wysłane oddziały KBW i ZOMO. Rozkaz jest prosty: opanować sytuację.
Szczury Wrocławia to pełnokrwista (w podwójnym tego słowa znaczeniu) polska apokalipsa zombie pióra znakomitego autora fantastyki, Roberta J. Szmidta. To również nowatorski eksperyment literacki – na kartach powieści giną rzeczywiste osoby, wylosowane przez Autora spośród kilkutysięcznej i stale powiększającej się rzeszy czytelników skupionych wokół poświęconego książce profilu społecznościowego. To wreszcie podróż sentymentalna do czasów obskurnego, siermiężnego i cuchnącego bimbrem PRL-u, który stanowi klimatyczne tło zmagań żołnierzy i zomowców z hordami nieumarłych.”*

Okładka. To ten typ obwoluty, która krzyczy do czytelnika. Daje zapowiedź świetnej lektury. Potencjalny kupujący patrząc na nią nie waha się, jest ona bowiem świetnym chwytem marketingowym. W ciągu chwili książka ląduje w rekach, a uszczęśliwiony łowca radośnie wydaje pieniądze i wraca do domu. Tak. Okładka jest świetna. Doskonale dobrane fonty, klimat. Grafiki dopracowane. Czyli nic dodać nic ująć. Mnie się bardzo podoba. Jeśli bym nie znała pozycji, a buszowałabym po księgarniach, nie tylko stacjonarnych, ale i internetowych zwróciłabym na nią uwagę. Nie ma tu amatorszczyzny i tandety. Zatem ukłony w stronę twórcy. Jestem pod wrażeniem.

Styl. I tu zaczynają się schody. Bo może i książka pisana jest językiem bardzo przystępnym to nie powala. Prawda jest taka, że spodziewałam się czegoś innego. I choć autor płynnie prowadzi narrację, przechodzi z wątku do wątku, a akcja biegnie niczym koń wyskoczy, to jednak coś mi zgrzytało. Zgrzytało i to głośno, bo zaczęłam w niektórych momentach mieć dość „Szczurów... „ i odkładałam je na parapet. Zaczęłam znajdować niedociągnięcia w tekście, ba literówki i jakieś dziwne przecinki. A może mam wybujałą wyobraźnię... cóż może tak być. Jednak tak mocno pragnęłam tej publikacji, że grzechem by było ją w połowie porzucić. Brnęłam więc dalej z nadzieją, że się to nie powtórzy. Niestety powtarzało się.

Pozwolę sobie na przytoczenie dwóch wątków które mnie i rozbawiły i wkurzyły. Chyba najśmieszniejsze były nieszczęsne kapcie. Wiecie, takie laczki, w których się chodzi po domu. Bez piętki. Bamboszki babci. Bohaterka ucieka przed krwiożerczą Małgorzatą Gwarą, niemalże wskakuje na drabinę prowadzącą na dach kamienicy. Łazi niezdarnie po tym dachu. Robi jakieś akrobacje godne gimnastyczki, a bamboszki nadal ma. Jednak kiedy próbuje zejść na balkon, gubi nieszczęsne obuwie, bucik zsuwa się leniwie z nadobnej stópki protagonistki. Zatrzymałam się wtedy na tym fragmencie i rozmyślałam przez pół godziny, jakim cudem nie zgubiła ich wcześniej? Wkurzające, rażące... jam pedant tekstowy.

Kolejnym jest kubek herbaty z prądem, który żłopie milicjant siedzący w namiocie, tuż przy zasiekach. Nie było by w tym nic złego, wszak wódę z herbatą pili chyba wszyscy. Garnuszek jednak w pewnym momencie z brzękiem ląduje na ziemi i zawartość wylewa się. Bo coś tam się dzieje, nerwy krzyki, jak to podczas apokalipsy zombie bywa. Nie będę spojlerować. Po czym po krótkiej rozmowie delikwent znów po niego sięga i jak gdyby nigdy nic pociąga sobie z niego tęgie łyki. Autorze. Serio? Dodam, że nie ma wzmianki o tym, że ktoś mu uzupełnił naczynie tym samym napitkiem.

Takich rzeczy znalazłam jeszcze kilka. Jeśli macie duszę tekstowego detektywa, szukajcie.

Sama historia jest tak bardzo nieprawdopodobna, że aż genialna. Wszystko wręcz ocieka krwią, śluzem i czym tam sobie trupim chcecie. Pan Szmidt stworzył zombie, które nie wbija się w kanon. Wychowana bowiem jestem na klasycznych umrzykach, człapiących niezdarnie przed siebie, charczących i wiecznie głodnych. Tu umarlaki są w miarę szybkie, choć nadal niezdarne, regenerują się, ich wnętrzności, ewentualnie oderwane kończyny ścigają nieszczęśnika do momentu aż ich w jakiś sposób nie zatrzyma lub unieszkodliwi. W pewnym momencie trąciło mi to przysłowiowa myszką, ale widać taki był zamysł, więc mnie nic do tego.

Zauważyłam, że trzymając tę książkę mogłabym bez przeszkód przemieszczać się po Wrocławiu. Autor doskonale zna topografię tego miasta. Pewnie do dziś nazwy ulic nie uległy zmianom. Czasem jednak odnosiłam wrażenie, że bardziej skupiał się na wpisywaniu nazw ulic, skrzyżowań czy peryferii, niż na samej fabule. W sumie to dzięki niemu nabrałam ochoty na wycieczkę do Wrocławia. Byłam tam zaraz po wielkiej powodzi. I w sumie, jak tak sobie myślę to, to miejsce pewnie wyglądało podobnie w trakcie apokalipsy jaką zafundował nam Pan Szmidt w swojej powieści.

Trupy. Sporo ich. Ba! Całe mrowie. Zaraza szybko się rozprzestrzenia i co chwila ktoś zostaje rozszarpany na drobne kawałeczki, po czym wstaje jako zombie idzie szukać czegoś ciepłego do skonsumowania. Nie było by w tym nic złego, ale znów mam to ale. Zabieg, który miał przyciągnąć fanów strupieszczenia. Wymienianie osób z imienia i nazwiska, po czym ukatrupianie ich w bardziej lub mniej wysublimowany sposób sprawiło, że nie wiedziałam czy ten lub ta bohaterka to główna postać, czy przypadkiem za kilka stron nie padnie łupem krwiożerczych bestii. Pan Robert nie daje się nam zżyć z kimkolwiek. Przynajmniej ja nie mogłam. Wiem, że to wszystko było częścią reklamy, fajnej reklamy dodam. Bo kto by nie chciał zostać bohaterem literackim? Ja tak, a Wy? Jednak ginących, jak na moje oko było za dużo.

Kolejna sprawa. Sam wirus. Jestem ciekawska. Lubie jak twórca wodzi mnie za nos i po kawałeczku odsłania karty. Lubię też mieć podane wszystko na tacy i rozkoszować się informacjami. Tutaj, mimo mojego bardzo uważnego czytania, nie doszukałam się etiologii wirusa. Skąd się wziął, z czego mutował, dlaczego tak szybko się ludzie przemieniali etc. Mam nadzieję, że w kolejnej części otrzymam porządny przeze mnie ochłap.

Docieram do końca mojego przynudzania i czepialstwa. I wbrew wszystkiemu nie jestem w stanie powiedzieć, że się zawiodłam. „Szczury... „ są lekturą niezobowiązującą, jak na mój gust łatwą do strawienia. Z akcją biegnącą na łeb na szyję. Postaciami migającymi nam przed oczami jak ogniki świętego Elma, które niegdyś na statkach były zwiastunem nadciągającej burzy. Dostajemy klimat PRL razem z jego przaśnością, skłonnością do bimbru, czaju i pacyfikowania wszystkiego co się da. Możemy z łezką w oku śledzić poczynania naszych znajomych, którzy próbują przetrać w chmurze popiołu z palonych zwłok. Oczywiście wiemy jak to się skończy. Tu zwycięża ciekawość, urzeka okładka, a marketing robi już swoje. Kupujemy, czytamy i albo jesteśmy zadowoleni, albo nie. Oczywiście czekam na drugi tom. Mam nadzieję, że nie będzie już w nim tych redaktorskich niedociągnięć, pośpiesznej korekty i wstrętnych literówek. A ja się w końcu dowiem cóż to za ustrojstwo niszczy nam ludzkość.

Żródła:

Opinia napisana w ramach wyzwania czytelniczego zorganizowanego przez:


Komentarze

  1. No mi to dupy nie urwało. I raczej nie sądzę, że sięgnę po kontynuację, wszystkie zarzuty, które tu napisałaś i ja je zauważyłam. Nic tylko zakrojona promocja, tryliard nazwisk, bo trzeba je wykorzystać i wyszło jak wyszło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ada! Ja czekam na książkę, która powali mnie na kolana. Ta była znośna, czytałam gorsze. Niestety moje oczekiwania przerosły rzeczywistość. No szkoda.

      Usuń
    2. Napiszemy własną książkę, która urwie dupę czytelnikom ? :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…