Przejdź do głównej zawartości

Piotr Adach "Paranoia" - opinia

Źródło: Piotr Adach, autor


Ileż to czasu minęło, kiedy to na tym blogu pojawiła się opinia książkowa? Oj bardzo dużo. Może za dużo, a może w sam raz. Niemniej powolutku bez zbędnej spiny i nerwówki, wracam. Nie jestem też w stanie powiedzieć z jaką częstotliwością będą pojawiały się wpisy, ale mogę obiecać, że coś tam na jakiś czas odnotujecie. Mam bowiem stos książek, które tylko czekają by odkryć ich tajemnice. Górka, która niestety lub stety powiększa się systematycznie z miesiąca na miesiąc. Mam taki nawyk, że lubię sobie chomikować tytuły, które kiedyś mi przepadły, nowości czy coś, co ktoś mi polecił. Jestem mistrzynią w wyszukiwaniu okazji, więc książki się gromadzą.

Ale do rzeczy. Niedawno odezwał się do mnie młody twórca z prośbą o zrecenzowanie jego dzieła. Nie był pierwszym w tym roku i pewnie nie ostatnim. Sami jesteście blogerami, vlogerami i wiecie jak to wygląda. Miałam go zignorować. Zapachniało mi to selfem. A jak wiecie czkawką dobijają mi się tego typu książki. Ileż można czytać pozycji upstrzonych setką błędów? No właśnie. Nawet najtwardszy wymięknie. Powiedziałam sobie basta, odchrzańcie się, nie czytam tego. Przeczytałam grzecznie maila i mnie tknęło. Opis. Kurcze super - myślę sobie. - Młody chłopak pokusił się o napisanie fantasy. Wykreował intrygujący i tajemniczy świat, w który chcę wejść, chcę go poznać. Biorę! No i odpisałam, że z przyjemnością zapoznam się z książką. Pan Piotr się ucieszył i chwilę potem miałam trzy wersje lektury. Mój czytnik zwarty i gotowy zaakceptował jedną, sukces. Czasem nie akceptuje żadnej. To musiał być znak. Jeszcze tego samego dnia zabrałam się za czytanie. Fakt, zapoznałam się jedynie z prologiem, ale otwarłam i zerknęłam. Lecz za nim zabiorę się za pisanie opinii przybliżę Wam nieco sylwetkę autora, opis książki oraz popsioczę na okładkę. Czyli to samo co zwykle.

Kim jest zatem Pan Piotr? To uczeń Warszawskiego liceum im. Jana Kochanowskiego. Ma osiemnaście lat i pierwszą swoją pisaninkę ukończył w wieku siedemnastu lat (no proszę). Potem zajął się dopracowywaniem i wygładzaniem tekstu. Jest otwarty na sugestię oraz krytykę, uwielbia tworzyć i kreować nowe światy. Wierzy również w to, że ludzka wyobraźnia nie zna granic. Fajny młody człowiek, nie? A prywatnie? Z tego co wywnioskowałam z maili: lubi polemikę, chętnie dyskutuje i bywa uparty. To dobre cechy... tak myślę.

A o czym "Paranoia"? Tu jak zwykle będę posiłkowała się opisem zaczerpniętym z Lubimy Czytać:

"Paranoia jest pierwszym, niedoskonałym światem wykreowanym przez Stwórcę. Jej wschodnią część dzielą dwie odwiecznie ze sobą skłócone krainy.

Zapomniane Równiny zamieszkują żywe szkielety, panujące na bezkresnych pustkowiach.

Organiczna Dżungla, będąca lasem ociekających krwią kończyn, stanowi dom dla gustujących w kościach bestii.

Pewnego dnia, święty mur oddzielający zwaśnione krainy rozpada się. Myśliwy z plemienia Jeleni wysłany zostaje na niebezpieczną misję, od której zależeć będzie los Zapomnianych Równin.

Jeśli mu się nie powiedzie, nad szkieletami Ankharów ucztować będą Kościożercy.

Gwiazdy jaśniejące na nocnym niebie zwiastują nadchodzący koniec. Z każdym kolejnym dniem czające się w ukryciu zło przybiera na sile.

Już niebawem, jego cień zdusi wszelki blask..."


No to lecimy z okładką. Przyznam szczerze, że po raz pierwszy nie zwróciłam na nią uwagi. Interesował mnie wyłącznie opis książki. To bardzo dobrze świadczy. Jednak jak już doszło do tego, że musiałam w końcu się z nią zapoznać, usiadłam i zrobiłam oczy jak spodki. Patrzałam i patrzałam, i im dłużej poświęcałam temu czas, tym bardziej klarowało mi się, że gdzieś już to widziałam. Bo widziałam. Tak moi mili. Dawno, dawno temu, istniał lub może nadal działa, zespół o nazwie Die Toten Hosen. Nagrali oni utwór o dziesięciu jeleniach. Zapamiętałam klip. Puszczano go bardzo często, kiedy to jeszcze na MTV leciała muzyka, a nie nastoletnie ciąże, czy jakoś tak. Więc dla Was klip, a ja skrobię dalej.






Obwoluta i zaskoczyła i rozśmieszyła. Wydała mi się bardzo dziecinna. Za bardzo dziecinna, jak na książkę, w której występuje krew oraz przemoc. Gdzie bohaterowie walczą o każdy skrawek ziemi na której żyją. Niemniej do mnie trafia. Może dlatego, że książkę sklasyfikowałam jako target 15+. To ten wiek, kiedy młodzi ludzie fascynują się przemocą, odrzuca się dogmaty religijne, buntują się etc. Generalnie jedyną rzeczą jaką bym w niej zmieniła to fonty. Są paskudne, serio. Zupełnie nie współgrają z całością. Pobawiłabym się inną czcionką. Jednak skoro autorowi się podoba, niech tak zostanie. Reasumując. Tragedii nie ma choć mogło być o wiele lepiej.

Styl. Muszę przyznać, że miło mnie zaskoczył. Nie dlatego, że jest dojrzały, nie. Autor balansuje pomiędzy tym dobrym i tym złym. Widać jednak, że pracuje nad tekstem oraz, że stara się rozwijać. To się czuje. Książkę można podzielić. Dostrzega się, że pisana była w rożnych okresach. Mogę się mylić. Jednak nie ma tutaj spójności. Akcja się posuwa, wciąga. Czytelnik bardzo naturalnie zżywa się z bohaterami, co sprawia, że mimo wszystko przymyka oko na niedociągnięcia i błędy, szczególnie te interpunkcyjne. Jednak chyba największą wadą tej powieści jest niewyobrażalna ilość powtórzeń. I nie są to tylko słowa czy imiona, powtarzane niczym mantra. Czasem autor wpada w coś w rodzaju słownej pętli, jakby chciał czytelnikowi wpoić i utrwalić pewien schemat. Jest to niewyobrażalnie drażniące. Bywały momenty, w których musiałam odsapnąć, odłożyć tekst i zająć się czymś innym.

Kolejną rzeczą, której nie mogłam znieść to powiedzonka, wkładane w usta (no dobra postaci ust nie mają, ale mniejsza o to) kreacji. Są nimi na przykład: "Niech mnie kule biją!". Lekko mnie to przystopowało, gdyż jest to powiedzonko zupełnie nie na miejscu. Wyrwane z kontekstu i może pasuje do danej chwili to koli w oczy. Nikt przecież tam nie posługuje się bronią palną. W ruch idą dzidy, oszczepy i inne. A tego jest naprawdę o wiele więcej. Na: "Do diabła." już machnęłam ręką, gdyż gdzieś tam ta ingerencja katolickiego Boga jest, więc pal licho.

Następne moje czepialstwo tyczy się kreatur i postaci. Tutaj nawet pokusiłam się o wysłanie maila do autora prosząc o lekkie wyjaśnienie. Oczywiście je dostałam. Pisze mi, tu już w skrócie, nie chcę tworzyć spojlerów: że gdyby miał od podstaw opisywać każde z nich, do teraz pewnie by nad tym siedział. Po części ma rację, a po części nie ma jej wcale. Dlaczego? Jak się tworzy swój własny, niepowtarzalny świat, postaci nie znają takich pojęć jak: krokodyl, słoń czy lew (no, chyba że mamy do czynienia z naszą rzeczywistością, tą ziemską). Nie ważne jak dobre intencje ma autor, jak bardzo chce odciążyć biednego czytelnika. To nie ma znaczenia. Takich rzeczy mu robić nie wolno. To nie jest ziemia, to nawet nie jest jej namiastka. Jedyną wspólną cechą z Paranoią ma taką, że występuje tam piach, skały i kości, a kreacje posiadają swoją świadomość i wolną wolę. Oczywiście nie wszystkie. Mogłabym się jeszcze przyczepić pojęcia czasu, gdzie po raz kolejny przebywamy w naszej strefie czasowej. Są minuty, godziny sekundy. Dni etc. Jednak to zostawmy w spokoju. Czasem litościwym trzeba być.

Lecimy dalej: nieścisłości, niedomówienia i brak wytłumaczenia niektórych zjawisk, pochodzenia przedmiotów czy ras. Piszący nie daje nam wskazówek, których tropem podąży nasza wyobraźnia. Nagle okazuje się, że to po prostu jest, ale skąd się wzięło? Autor zapytany o to odpowiedział mi, że: Paranoia jest nieskończenie wielka, że "te rzeczy" pochodzą z jej najodleglejszych zakątków. Ok - myślę sobie. - Ale dlaczego do licha o tym nie wspomniał w swojej powieści, tylko prywatnie? Najlepszą jednak rzeczą, jaka zbiła mnie z pantałyku była... kobieta! Niestety tu nie napiszę nic więcej, dlaczego? Bo musiałabym opisać połowę książki, a tego bardzo nie chcę. Ci, którzy mają w rękach tę pozycję, a czytają w tak dużym skupieniu jak ja, będą wiedzieli co mam na myśli. Bowiem jest to postać pojawiająca się na około setnej stronie. Niewyobrażalna gaduła. Reszty Wam nie zdradzę.

No to teraz może o pozytywach. Jest ich również dosyć sporo, choć pewnie zamieszczę je w jednym akapicie, a nie w trzech. Zacznijmy od samego pomysłu. Dla mnie super. W życiu bym nie wpadła na coś takiego. Pan Piotr wykazał się nie lada kreatywnością i wytrwałością w tworzeniu swojego dzieła. To jest coś świeżego, na co warto zwrócić uwagę, nie sugerując się w ogóle opiniami innych. To trzeba zwyczajnie poczuć na własnej skórze, a może trafniej by zabrzmiało - na własnej wyobraźni? Bez wątpienia wciąga. Czytelnik chce więcej i więcej, nawet jeśli ma ochotę czasem rzucić czytnikiem o ścianę. To przechodzi. Za chwilę wraca się do lektury i dalej brnie w Paranoie. Zwycięża ciekawość. Myślę, że to super sprawa bo Panu Piotrowi udało się osiągnąć pewien pułap. Zaintrygowany czytelnik zawsze chętnie sięgnie po następną publikację. Zatem co tu ukrywać, literat pisać będzie i dzięki temu znajdzie swoją niszę i grono wiernych odbiorców.

Czy polecam? Młodemu czytelnikowi rządnemu krwi... owszem. Ci, którzy lubią już kolokwialne: Przed wyruszeniem w drogę zbierz drużynę. Otrzymają to. Masa dynamizmu, masa ciekawych zwrotów akcji. Postaci nie są płaskie, każda z nich ma swój niepowtarzalny i barwny charakter. Wszystko owiane tajemnicą i mgiełką mistycyzmu. Zgrabne wplatanie religii katolickiej z egipską. Mówię to o bogu Ankhu. Znalazłam też masę wskazówek dotyczących słowiańszczyzny i mitologii nordyckiej. To są zajawki, ale są. Szybko prowadzona narracja, czasem dialogi są lekko napuszone, ale w końcu to młodzieżówka, więc można wybaczyć. Przy tej książce nie da się nudzić. Osobiście czekam na inne prace tego autora. Myślę, że mnie nie zawiedzie. I osobiście życzę mu, by kolejną książkę nie wydawał jako self. A wykazał się cierpliwością i godną swojego talentu determinacją w szukaniu wydawnictwa. Być może ktoś go odkryje i zrobi z niego gwiazdę na miarę Tolkiena.

Za książkę dziekuję autorowi.

Komentarze

  1. Warto dać szansę, jak widać (;
    A okładka upiorna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka fajna. To debiut, więc jest troszkę zgrzytów. I jak na self jest całkiem przyzwoicie :).

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…