Przejdź do głównej zawartości

Z cyklu: Radosna Twórczość Stag. "Ewakuacja" czyli ciąg dalszy.

Dawno, dawno temu. Napisałam „Ewakuację”. Opowiadanie utknęło w martwym punkcie. Niby były chęci na rozwinięcie wątku z zombie, ale nie było motywacji. Tak, to chyba ostatnimi czasy jest mi bardzo potrzebne. Nie, że stałam się „leniwą bułą”, po prostu czasem się tak dzieje. Nie mam zamiaru się nikomu tłumaczyć. Zwyczajnie moje myśli skierowane były na zupełnie inne tory. Wracając jednak do opowiadania. Poleżało sobie na dysku i dojrzało. Ciąg dalszy wyraźnie wyklarował się w mojej głowie. Merytorycznie bardzo podobnie. Jeśli miałam wątpliwości, pytałam. Więc tu podziękuję Kamilowi Muzyka, za podpowiedzi, sugestie i objaśnianie niektórych kwestii. Bardzo mi pomogłeś, dziękuję. Wspomniałam o motywacji. Tak, ta się pojawiła. Odezwał się do mnie Pan Grzegorz Kozubski, szukał grafików. Niestety nie rysuję, poleciłam mu Sowińską (Asia pewnie wybaczy mi wyzywanie się po nazwisku ;p.). Od słowa do słowa i... Polcon mówi coś Wam? Zapewne. Pan Grzegorz jest redaktorem w faniznie „Widok z wysokiego zamku” http://kfubik.pl/ (dodam, że nie tylko w tym). Jest to kwartalnik, który ukazuje się od 1998 roku. Zaproponował mi napisanie opowiadania do jednego z numerów, który będzie do nabycia właśnie na Polconie. Takiej okazji nie można zaprzepaścić. Postanowiłam rozwinąć właśnie „Ewakuację”. W duchu liczę, że tekst się spodoba i zostanie przyjęty, trzymajcie kciuki.

Miłej lektury. 



Grafika: Joanna Sowińska








 
Ewakuacja


- Uch, moja głowa. – Stęknęłam, podnosząc się z łóżka. Za oknem szarzało, jednak część horyzontu przesłaniała jakby czerwona łuna. Co u licha? Zerwałam się z posłania i podbiegłam do okna kiedy powietrze przecięło kilka helikopterów, robiąc niewyobrażalny hałas. – Jak ja mogłam spać przy takim harmidrze? – Zastanawiałam się. No tak, śpię przecież jak kamień. Rozglądałam się nerwowo przyciskając nos do szyby. Obrazy docierały do mojego umysłu wolno, zbyt wolno bym mogła je ogarnąć świadomością, która jeszcze wyciągała się rozkosznie w wygrzanej mym ciałem pościeli. Szybko otrzeźwiałam, jak gdyby mi ktoś oblał mnie kubłem zimnej wody Znów te dźwięki. Położyłam dłonie na uszach, próbując ze wszystkich sił stłumić wrzask syren. Wyły tak wściekle, że myślałam iż bębenki w uszach mi porozrywa. W głowie pojawiła się myśl o rozpętaniu trzeciej wojny światowej... Przecież to niemożliwe. Komorowski nie jest tak głupi, by zadzierać z Ruskimi. A może jednak? Moją uwagę przykuło coś jeszcze. Wojsko. Wszędzie wojsko. Mężczyźni w szarych mundurach z hełmami na głowach, dzierżący karabiny i gestykulujący w dziwny sposób. Ludzie biegali w tę i we w tę chaotycznie, jakby im ktoś w tyłki powtykał rozżarzone pręty. Starłam sen z oczu. Przylepił mi się do dłoni. Strzepnęłam nadmiar na podłogę. O mało nie potknęłam się o próg idąc do łazienki... Aaa jeszcze radio. Lubię słuchać audycji i wiadomości, gdy myję zęby. Cisza. Naciskam pstryczek. Światło się nie zapala, radio nie działa. Robię minę na wzór tych z Internetu, wyrażającą WTF. Na upartego włączam i wyłączam, nieistniejące światło. Nie dociera do mnie, że go nie ma, przecież zawsze było. Chyba że szczury przegryzły przewody albo złomiarze poczęstowali się kablem – zawsze to jakaś atrakcja. Myję te nieszczęsne zęby zimną wodą, bo prądu nie ma, to i woda nienagrzana. Nie znoszę takiej. Burczę coś niezrozumiałego pod nosem i jak widmo przedzieram się przez mieszkanie szukając czystych ubrań. Zakładam, co popadnie. Muszę wyjść i dowiedzieć się, co się tam wyprawia do cholery. Przezornie chowam sztylet w bucie, tak na wszelki wypadek. Zawsze to robię, gdy czeka mnie wyprawa w miejsce, którego nie znam. Brzydki nawyk z wojska. W korytarzu słyszę szuranie i drapanie. Kurczę, wielkie te szczury,a deratyzację mieliśmy pół roku temu. Zerkam przez judasza. Najpierw nie dowierzam i odsuwam ciekawskie oko od wizjera, by za sekundę znów je do niego przytknąć, świdrując otoczenie. Po korytarzyku kamienicy łazi człowiek, sekundkę, chodzi dziwnie, nie widzę jego twarzy, jest zwrócony do mnie tyłem. Odbija się do drzwi sąsiada, słyszę tylko łup, łup, łup. Dłońmi znów przecieram powieki. Chyba za dużo tych filmów i seriali o chodzących trupach. Zerkam jeszcze raz i to, co dostrzegłam, potwierdza się. Przede mną chwieje się i potyka istota ubrana w podomkę ciotki Kryśki z ostatniego piętra. Niewyobrażalnie podarta i posklejana ciemną substancją. W lot pojmuje, że musi to być krew. Cofam się przerażona, uderzając kolanem w szafkę – KURWA MAĆ! – wrzeszczę i przysiadam na tylnej części ciała. Zatykam sobie ręką usta powtarzając w myślach, że zaraz się obudzę, a to co widzę to tylko sen. A teraz walnę się w drugie kolano, tak dla równowagi i wszystko wróci do normy. Oddycham ciężko i zaczynam czuć na plecach strugi potu. Czuję jak przenikają mnie dreszcze. No dobra. Zbieram się z podłogi. Kolano pulsuje nadal, przypominając mi, że jeszcze żyję. Skradam się po cichu do drzwi. Dla pewności znów zerkam przez judasza. Odskakuję, bo to, co widzę, wprawia mnie o wywrócenie bebechów na drugą stronę. Ciotka Kryśka to nie ciotka Kryśka, a raczej gapiące się w moje drzwi monstrum, z którego odpadają skrawki ciała. Na dokładkę cuchnie. Odór przełazi przez szczeliny w starych drzwiach i wdziera mi się w nozdrza z upierdliwością godną akwizytora. Rozsiada się wygodnie pod czaszką jak na wygodnej sofie. Dusi. Otrząsam się, kiedy słyszę znów kolejne łup, łup, łup. Tym razem ciało uderza w moje drzwi. Słyszę, jak paznokcie drapią lakier. Muszę się stąd wydostać. Tylko którędy? Oknem nie wyjdę. To drugie piętro, cholerne drugie piętro, zapyziałej katowickiej kamienicy! Podbiegam do okna. Z impetem otwieram je na oścież, stare szybki brzęczą w ramach.
      - Ej! – Wrzeszczę do ludzi na dole.
     Nie słyszą mnie. Ponawiam więc krzyk, mając nadzieję, że do kogoś dotrą moje słowa. Na zewnątrz hałas jest ogromny, a każde zdanie niknie w nim bez śladu. Wściekam się. Muszę wyjść na zewnątrz. Widziałam na końcu ulicy kilka opancerzonych wozów oraz grupę ludzi tłoczącą się przy nich. Radio, mam w komórce, radio. Może coś nadają, może coś powiedzą, może to, co widzę, tak naprawdę nie istnieje, a trup drepczący po korytarzyku to nic innego jak maskarada na Halloween. Super, mam prawie całą baterię! Załączam. Coś trzeszczy i stęka. Tylko szumy. Chwila, coś jest. Przytykam telefon do ucha. Chyba złapałam falę, to nie radio. Do cholery jasnej. Słucham jednak dalej, trzęsę się coraz mocniej. Zarażeni – słyszę. – Uważajcie na nich! – Ktoś krzyczy . – Nie dajcie się ugryźć! Wszyscy umrzecie! Sierżancie!? Trzaski i tak jeszcze przez dłuższą chwilę. Znów ten sam głos przerywany jakby dyszeniem – Kwarantanna! Cywile! Lotnisko! Tam już czekają! Spieszcie się! Długo nie damy rady powstrzymywać sztywnych! Nie dajcie się... – cisza, słyszę tylko zgrzyty. No kurwa, nie jestem nad morzem, żeby się upajać szumem fal! Trzęsę telefonem. Nic to nie daje. Czas zebrać się do kupy. Przetrząsam szafy. Gdzieś tu miałam maczetę... Dygocącymi rękami odsuwam pomniejsze noże. Do niczego mi się nie przydadzą – za małe, za miękkie...W końcu wyszarpuje z samego dołu upragnioną zdobycz. Mocuje przy pasie replikę francuskiego bagnetu i wkładam w dłoń maczetę, którą dostałam od znajomego podróżnika. Znał mój gust chłopak. Robię kilka wymachów, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Ścinałam nią gałązki w lesie, a nie ludzkie głowy. Nadgarstki mi drżą. Podchodzę do drzwi. Znów to łupu cup. No nie, to już jest irytujące. Orientuję się, czy aby nie przybyło tropów głodnych mego ciała. Oddycham z ulgą. Nadal ciotka w poplamionej podomce z miazgą zamiast twarzy. Szczerzy do mnie ząbki osadzone w czarnych dziąsłach. Rozkład szybko postępuje. Stoję jeszcze przez chwilę, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Nie wiem, czy tego chcę. Wyjść trzeba. Odjadą beze mnie, a ja tu utknę z cioteczką na wieczność. Kopniakiem otwieram drzwi, trup odbija się od ściany, lecz nie upada. Warczy na mnie i wyciąga w moją stronę cuchnące łapska. Jest powolny, mam przewagę. Biorę zamach i wbijam maczetę w sam środek zgniłej głowy. Wchodzi jak w masło, lekko, nawet nie musiałam się zbytnio wysilać. Wyrywam narzędzie z ciała osuwającego się u mych stóp. Słyszę soczyste mlaśnięcie i dostrzegam kawałek mózgu przylepiony do ostrza. Fuj – krzywię się na ten widok, próbując go zrzucić. Uparty skrawek trzyma się jednak i nie daje za wygraną. Rozglądam się nerwowo wokół. Cicho. W końcu nachylam się nad zwłokami i wycieram maczetę w podomkę trupa. Czuję lepkość na palcach. Mam mdłości, chyba zwymiotuje. Nic nie jadłam. W żołądku się kotłuje, Postanawiam być twarda i dotrzeć każdym możliwym sposobem do konwoju stojącego u szczytu ulicy. Zbiegam po skrzypiących schodkach. Czuję swąd palonego drewna. Dom po drugiej stronie płonie. Jęzory ognia, liżą zażarcie mury. Niegdyś beżowa fasada pokryła się warstwą sadzy. Uderza mnie żar. Widzę ludzi. Zmierzają w stronę konwoju. Ktoś krzyczy, inni machają rękami. Wyczuwam zachętę do podjęcia biegu. Coś mi w głowie szepce, bym się odwróciła. Czynię to, widok zwala z nóg. W moją stronę wlecze się w grupa truposzy. Mlaszczą i charczą jak chorzy na gruźlicę. Idą noga za nogą nie patrzą na nic, w końcu nie mają oczu. Węszą, obracając zdeformowane głowy w stronę żywych. Zaczynam biec, czując na sobie ich odór. Znów wdziera mi się pod czaszkę. Nie mam na niego ochoty. Marzę o czarnej kawie i fotelu. Może być do tego książka, nawet harlequina przeczytam! Tylko na litość grzyba, weźcie to cholerstwo ode mnie jak najdalej! Docieram zdyszana do konwoju. Przestraszony żołnierz patrzy to na mnie, to na maczetę uwalaną czerwoną mazią.
Tak, zatłukłam jednego po drodze – wypalam. Świdruje mnie wzrokiem, sprawdzając czy nie mam żadnych zadrapań lub ugryzień.
      - Nic mi nie jest – dyszę.
      - Kwarantanna – pokazuje mi ciężarówkę, na której siedzi kilka osób.
     Strzały przecinają powietrze. Grupa zdechlaków doczłapuje do żołnierzy. Szybko ich likwidują. Pokazują mi wnętrze samochodu. Gramolę się na pakę. Czuję pod siedzeniem wibracje silnika rozklekotanego wojskowego Jelcza. Ruszamy. Jeszcze raz omiatam wzrokiem okolicę. Nikogo nie ma, prócz towarzyszy mojej podroży. Czuję jak towarzystwo ukradkiem lustruje mnie. Nie jestem wątłą dziewczyna, co to to nie. Mam silne ramiona i wysportowaną sylwetkę. Za to moja twarz... no cóż. Przypomina buzię dojrzewającej dziewczyny. Piegowata, z zadartym nosem i wielkimi czarnymi oczami. Niektórzy faceci na to lecą, szkoda tylko, że ja na nich nie lecę. Grzebie po kieszeni spodni. Po chwili udaje mi się wyciągnąć gumkę do włosów. Zbieram niesforne kosmyki z twarzy a resztę spinam w koński ogon. Utrapienie z tymi kudłami. Kiedyś je obetnę, kiedyś. Nie wiem gdzie mnie zawiozą, ale po ciuchu liczę, że powitają nas ciastem i wojskową grochówką. W sumie pomarzyć dobra rzecz. Płaszczę więc kanciasty tyłek i rozmyślam o jedzeniu. Ludzie, którzy ze mną jadą, milczą. W milczeniu wyczuwam strach, wibruje i tworzy gęstą, i lepką atmosferę. Mówiąc wprost wieje koszmarną nudą. Postanawiam podziwiać widoki, ale i to po chwili mnie męczy. Klekotanie silnika usypia. Postanawiam się zdrzemnąć. Rzucam okiem na resztę i widzę, że nie tylko ja taka „odważna”. Jednak po chwili rezygnuję z tego pomysłu. Sen jak na złość nie przychodzi. W głębi, na pace siedzi dwóch żołnierzy, głowy się im kiwają, śpią. Obok nich matka z dzieckiem, na moje oko trzyletnią dziewczynką, łypiącą na wszystkich bardziej zaciekawionym niż przerażonym wzrokiem. Naprzeciw niej usytuował się dresiarz, łysy jak ten facet z Mr. Propera. Aż mam ochotę zakrzyknąć, czy do polerowania czachy używa Cliffa, ale się powstrzymuję. Z doświadczenia wiem, że toto takie drażliwe bywa. Jest jeszcze starsze małżeństwo trzymające się za rękę, zaiste uroczy widok. Jegomość głaszcze żonę po dłoni uspokajając ją. Ta chlipie coś pod nosem. Wiele nie słyszę, ale docierają do mnie słowa pocieszenia, które są stare jak świat: „Będzie dobrze, zobaczysz”. Ta jasne – myślę sobie. Chyba gorzej już być nie może. Opieram zrezygnowana brodę na wierzchu dłoni i liczę mijane drzewa. Za miastem nie ma już takiego chaosu. Przedarcie się przez ulice Katowic w sumie też nie było trudne. Raczej wszystko wygląda tak, jak przedtem. Bilbordy, markety, stacje benzynowe. O dziwo nie ma ruchu, czasem samochody pojawiają się na autostradzie. To mnie właśnie dziwi, spodziewałam się niezliczonych trąbiących pojazdów i rozgorączkowanych kierowców, a tu nic. Cicho i głucho. Chwilę potem przez myśl mi przebiega stwierdzenie: po cholerę tłuczemy się na lotnisko? Nie lepiej wysadzić gdziekolwiek i zamknąć. Przeżyjemy albo powyrzynamy się, co za różnica. Kwarantannę można robić wszędzie. Wojsko zrobi swoje, ale nie, ubzdurali se lotnisko. Nie daje mi to spokoju. Moje doświadczenie aż krzyczy. Podnoszę więc dupsko i przepycham się na tyły. Jakoś nikt nie zwraca na mnie uwagi. Każdy zajęty jest swoimi myślami, no i dobrze. Przecież nie zgrywam bohaterki, tylko chce pogadać, dowiedzieć się czegoś konkretnego. Lekko, ręką szturcham żołnierza. Nic. Próbuje znowu mając nadzieję, że się obudzi. Nadal nie reaguje. Wkurzam się. Kobieta z dzieckiem patrzy na mnie jak na ufo, dresiarz drapie się za uchem. No ja pierdziele, wy tak serio?
      - Ej! Słyszycie mnie!? - Krzyczę do ucha jednego z wojskowych.
Nadal nic. Obaj już od tego mojego wrzasku powinni dawno się obudzić. Towarzystwo przerwa swoje ciche rozmowy i znowu lustruje mnie wzrokiem. Wzbudza to we mnie podejrzenia. Odsuwam się o pół kroku, pochylam by wydobyć nóż, który ukryłam w bucie. Wszystko robię instynktownie, nie mam pojęcia dlaczego się tak zachowuję i w sumie to mam to gdzieś. Teraz nie czas ma myśli egzystencjalne. Kobieta jeszcze mocniej przycisnęła dziecko do siebie. Przy tym wydaje z siebie zduszony pisk. Mam wrażenie, że z ciśnienia zaraz młodej gały wyskoczą z orbit. Czubem glana kopię delikatnie dresa i ruchem głowy wskazuje na śpiącego. O dziwo załapał. Teraz mam kogoś, kto będzie ubezpieczał moje tyły. Nadal w mojej głowie rośnie dziwny niepokój. Muszę sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Dotykam łagodnie policzka śpiącego. Jest wilgotne. Ciężko mi określić czy ciepłe, czy zimne. Po prostu wilgotne. Jednak coś mi nie pasuje. Łapię delikwenta za mundur i lekko popycham. Słyszę coś w rodzaju bulgotu i z ust szeregowca zaczyna sączyć się jakaś maź. Słyszę pomiędzy stękaniami silnika jak reszta bierze głęboki wdech. Mam wrażenie jakby czas się zatrzymał. Żołnierz pod wpływem mojego nacisku opiera się bezwładnie o plandekę. Już wiem, że jest martwy. Precyzyjnym ciosem wbijam mu ostrze w skroń. Ciało nagle prostuje się, po czym niczym kukła osuwa na podłogę. Kobieta zasłania dziecku oczy i sama odwraca głowę. Dostrzegam wyraz obrzydzenia odmalowujący się na jej bladej twarzy. Jeszcze jeden. Z nim się już nie patyczkuję, nie robię żadnych podchodów. Chwytam go za włosy, ale ku mojemu zaskoczeniu facet się budzi i łapie mnie palcami za nadgarstki wytrzeszczając przy tym gały. Kurde... zasnął. Zasnął do cholery! Automatycznie puszczam go. Już mam zamiar coś powiedzieć, kiedy zaczyna rąbać w tył szoferki. Zatrzymujemy się. Silnik cichnie. Otacza nas tylko półmrok cuchnący ropą i spalinami oraz wszystko to, co jest na zewnątrz.
      - Co jest kurwa! - Kierowca wnętrza kabiny daje upust swojemu niezadowoleniu.
      - Mamy sztywnego! - Odkrzykuje szeregowiec.
     Wszyscy słyszymy jak drzwi otwierają się po obu stronach. Po chwili pojawiają się dwaj jegomoście, którzy raczej nie mają zbyt inteligentnych wyrazów twarzy. Przypominają rzeźników, jakich można zobaczyć na filmach. Przełykam ślinę i wyskakuję na asfalt, by zejść na pobocze i wytrzeć nóż uwalony krwią. Typy mi się za cholerę nie podobają. Mamusia zawsze powtarzała, że nie ocenia się ludzi po wyglądzie, a ja byłam dobrym dzieckiem i jej słuchałam. Zatem i tym razem nie oceniam. Stopują mnie, jakbym miała dać dyla. Tak, wiem... Kwarantanna kurwa!
      - Co tam się do cholery stało!? - Odzywa się niższy, drapiąc się po łysiejącej czaszce.
      - A bo ja wiem. Pewnie podczas ostatniej akcji jakiś sztywny go ugryzł lub zadrapał, nie przyznał się. Nie wiem. Ta go zaciukała. Spałem. Jej pytaj - odezwał się młodzik.
Wszystkie oczy znów wlepione we mnie, czuje się jak eksponat w jakimś pieprzonym muzeum. Stoję więc i czekam.
      - Jak to spałeś? Miałeś ich pilnować!
      - Kurwa! Całą noc wozimy ludzi, strzelamy do sztywnych, zmęczyłem się. Czego tu pilnować!?
Jestem bezpieczna, nie gapią się już. Może teraz uda mi się ich wyminąć. Dupa, zatrzymują mnie po raz kolejny. Wydobywam z siebie dźwięk niezadowolenia. Czuje lepkość krwi na palcach. Po chwili i mnie zaczynają wypytywać. Cudnie, tak bardzo lubię się uzewnętrzniać publicznie.
      - Te młoda – odezwał się wyższy, mający jeszcze nieco włosów na czubku głowy. - Skąd wiedziałaś jak wyeliminować jednostkę.
      - Tylko nie młoda, dobra? - odszczekuję.
Patrzę im w oczy, nie mam na to ochoty, ale niech wiedzą, że nie jestem jakąś miękką cipką
      - Nie pyskuj tylko gadaj, kto cię nauczył likwidować sztywnych – wcina się niski łysol.
      - Jak tak będziesz mielił jęzorem to ci gówno powiem. Grzeczniej proszę. – Mam ochotę zasadzić kolesiowi soczystego kopa w jaja.
      - Na grzeczności to już jest nieco za późno! - odgryza się.
Wzdycham. Po cholerę mam się wdawać w dyskusję z jakimś półmózgiem.
      - Filmy oglądałam - rzucam sucharem.
      - Tak? Śmieszne w chuj! - gadaj. - Skąd masz maczetę i nóż? Jeszcze mi powiesz, że pamiątka rodzinna, z posagu po babci – zaśmiał się.
      - Moje!
      - Gdzie się szkoliłaś? - wypala, nie przestając lustrować mnie wzrokiem.
W końcu podnoszę oczy. Nasze spojrzenia krzyżują się i czuć iskrzenie. Wiem, jak polskie wojsko traktuje takich jak ja. Nazywają nas zdrajcami narodu, plugawym robactwem i m wiele różnych epitetów związanych z moją pracą, czy jak to mówią służbą dla Francji.
      - W Legii cudzoziemskiej - odpowiadam po chwili namysłu.
      Zapadła cisza. Facet gapił się we mnie niczym w świętą figurę. Przestąpiłam więc z nogi na nogę czekając na rozwój wydarzeń. Przezornie wzrokiem odszukałam mój sprzęt, tak na wszelki wypadek, gdybym musiała go użyć. A ten co? Ta pieprzona łajza uśmiechnął się do mnie obnażając przy tym żółte zęby.
      - Dobra robota – wypalił, zrobił krok w moją stronę i wyciągnął rękę.
      - Witaj w drużynie. Przyda się nam ktoś, kto ogarnia.
      Gapiłam się na niego tępo. Pewnie wyglądałam dosyć śmiesznie. Żadna tam filmowa poker face. Podaje mu rękę z lekkim ociąganiem. Wiem, że łapska lepią mi się od krwi, dopiero co zlikwidowanego sztywnego. Facet zerka na te moje czerwone paluchy i lekko krzywi się z obrzydzeniem.
      - Chyba to sobie jednak podarujmy. - nie dziwie mu się. Sama bym sobie wtedy ręki nie podała.
Posyłam mu krzywy uśmieszek i zerkam od niechcenia na pustą jezdnię. Potem na pobocze. Jest cicho, tak wkurwiająco cicho. Wymijam ich i idę na pobocze. Jakie to szczęście, że tuż obok płynie ściek. Cuchnąca woda kręci wiry zaraz przy brzegu. Wkładam w jej nurt upaprane ręce, potem nóż. Chwilę męczę się z zaschniętymi plamami, ale jakoś daje radę. Wycieram się w spodnie. Kiedy wracam żołdak wraz z tym wyższym taszczą ciało z samochodu. Rzucają je bezceremonialnie do rowu. Starsza pani wychyla się z wozu i drżącym głosem woła:
      - Jak to tak? Bez szacunku, bez pochówku i księdza?
Patrzymy na nią to na siebie i w sumie nie wiemy co jej odpowiedzieć. Chyba nasze zmieszanie dostrzega jej małżonek, bo obejmuje ją drżącym ramieniem i coś szepcze do ucha. Kobieta wraca na swoje miejsce chowając twarz w dłoniach. Wszyscy wiemy, że płacze. Robi mi się jakoś nieswojo, potem przykro. Chciałabym coś powiedzieć, ale co. Nigdy nie byłam dobra pocieszycielką, może dlatego też nie miałam przyjaciółek. Moim najlepszym pocieszycielem jest Jack Daniels z lodem i paczką podłych, ruskich fajek. W sumie to bym sobie zajarała.
      - Ej! - zaczepiam dresika.
Ten opiera brodę na pięści i zagląda mi prosto w oczy:
      - Michał – wypala.
Na chwilę mnie przystopowało, po czym ogarnęłam fakt, że koleś mi się przedstawił. Teraz to chyba ja powinnam powiedzieć mu jak mam na imię. Przełykam ślinę. Boże, Jezusicku kochany, jak ja nienawidzę swojego.
      - Agnieszka... miło mi. Masz fajkę?
      - Nie mam, nie palę – odpowiada.
      - Serio?
      - Serio.
      - Zajebiście.
Siadam na ziemi i bawię się nożem. Czekam aż kierowca i jego kompan skończą o czymś dyskutować. Wracają po chwili i bez słowa, ruchem ręki pokazują mi, że mam wdrapywać się z powrotem na pakę. Jeden z nich bardzo bacznie mi się przygląda, ale kij z tym. Jarać mi się chce.
      - Macie fajki?
      - Masz! - rzucił mi jeden. Zbierajmy się stąd, bo jeszcze nas noc zastanie. Jak się ściemnia to te kurwy robią się szybsze.
      Unoszę brew słuchając tego, co właśnie powiedział. Zaczynam się domyślać, że facet wie więcej, niż mogłam się spodziewać. Niższy daje mi papierosa i zapalniczkę. Ładuje się na wóz i odpalam fajkę. Dres kiwa głową z dezaprobatą. Mam go gdzieś. Dziewczynka odrywa się od matki i piskliwym głosikiem informuje, że musi na siusiu. Teraz? Naprawdę? Nie mogła wcześniej? Dzieci... Zamiast ruszyć się z miejsca czekamy. Mała nie ma ochoty wracać. Zachciewa się jej zbierać mlecze, które rosną na poboczu. W głowie widzę scenę z „Epoki Lodowcowej”, kiedy to dwa nosorożce, czy cholera wie co to było, zjadają właśnie te kwiatki. „Mleczyk, ostatni w tym sezonie”, rany. Wróciły. Dziewczynka w małej piąstce trzyma główki żółtych kwiatków i wydaje się być najszczęśliwszym dzieckiem na ziemi. Niespiesznie wdrapują się na pakę. Po chwili silnik znów zaczyna warczeć i stękać, gruchot zaczyna się toczyć po szarym asfalcie, wyrzucam peta przez otwartą pakę. Zaczynam poznawać przesuwające się przed oczami krajobrazy. Lotnisko jest już niedaleko, raptem może z piętnaście minut drogi. Byłam na nim ze dwa razy w życiu. Preferowałam Okęcie. W sumie nie wiem dlaczego. Może dlatego, że w Warszawce mieszkało kilku moich dobrych znajomych, u których można było zaczepić się na kilka dni. Potem „Sen Pszczoły”, jazz i zielsko. Na koniec jakiś nocny, bułka z pasztetem do tego tanie chipsy i piwo. Zakończone wszystko urokliwym spacerem brzegiem Wisły. Tak, mój sen o Warszawie. Cholernie drogi sen.
      Dojeżdżamy. Wokół masa samochodów. Większych, mniejszych. Wyglądają jak rozsypana mozaika. Stoją gdzie popadnie. Budynek lotniska jest ciemny. Nie pali się żadne światło. Z oddali dostrzegam kilku wojskowych przechadzających się z karabinami. Cywile pewnie są w środku. Przeciskamy się wąską droga dojazdową, coraz bliżej miejsca docelowego naszej podroży. Bramki są otwarte, a szlabany uniesione. Chyba najbardziej podekscytowana tym wszystkim jest matka z dzieckiem. Zaskakująco ciche przez całą drogę.
      W końcu wyszliśmy z auta. Przywitał nas nie wysoki chuderlawy człowieczyna w białym kitlu, ze stetoskopem uczepionym żylastej szyi. Towarzyszy mu dwóch osiłków w mundurach, z karabinami zwieńczonymi bagnetami. Ostrza uwalone są czymś brązowym, pewnie krwią. Karol, nasz kierowca wymienił z nim kilka zdawkowych zdań, po czym z drugim kolegą zniknął w szoferce i odjechał. Żadnego no to cześć, czy pocałujcie mnie w dupę. Zostaliśmy więc z cherlawym kolesiem i jego pieskami. Jakoś mnie to nie wzruszyło. Żwawym krokiem postanowiłam dołączyć do ludzi zamkniętych w terminalu. Zanim zrobiłam kilka kroków, drogę zastawił mi wojskowy:
      - Przejścia nie ma! – powiedział ostrym tonem pewnie mając nadzieję, że go posłucham. Peszek, jestem bardzo niepokorną dziewczynką i robię co chcę. Czuje też jego wzrok na sobie, a konkretnie to na mojej maczecie wciśniętej niedbale za pas.
      - Dlaczego niby? - spytałam.
Odpowiedzi udziela mi sam doktorek, który zdążył już ręką wskazać przeciwną stronę.
      - Tam są zarażeni.
      - Czyli zamknęliście trupy w budynku portu lotniczego? - dziwię się.
      - To trochę skomplikowane – kładzie ręce na biodrach. - Wiemy tylko, że to coś atakuje ludzi, którzy mają grupę krwi Rh plus. Jeśli macie krew o odczynniku ujemnym możecie czuć się bezpieczni. No, chyba że ktoś was zje, rozumiecie, co mam na myśli.
Patrzę na gostka i nie dowierzam. Że co? Że jak mnie jakiś skurczybyk ugryzie to mi nic nie będzie? Zadaje mu to pytanie, a ten mi się w gębę śmieje i każe iść we wskazaną przez niego stronę. No dobra no to lezę za nim z całą resztą kółeczka wzajemnej adoracji. Tylko staruszkowie coś zostają w tyle. Na szczęście ich „tyły” ubezpieczają uzbrojeni żołdacy. Dochodzimy na miejsce. Naszym oczom ukazują się dwa rzędy szarych, polowych namiotów. Kręcą się pomiędzy nimi różni ludzie: cywile, służba mundurowa i medyczna. Mnie jednak najbardziej interesują fakty. Pytam więc lekarzynę, kto mi udzieli wyczerpujących informacji na temat obecnego stanu rzeczy. Ten kiwa głową:
      - Wszystko w swoim czasie. Teraz zapraszam do namiotu medycznego, tam was zbadają. Tam też może pani zapytać o wszystko lekarza dyżurnego.
      Brzmi uczciwie, nie mam nic przeciwko wbijaniu igieł w ciało. Pobieranie krwi to nic strasznego. Jednak widać nie dla wszystkich, bo dziecko zaczyna płakać i tulić się do matki, że nie chce piku. Ta próbuje jej coś tłumaczyć. Mała idzie w zaparte. Im bliżej namiotu, tym bardziej zaczyna się jej wyrywać. Patrzę na to z lekkim niepokojem. Cholera wie gdzie smarkula pobiegnie kiedy już zdoła się uwolnić z ramion matki. Jak pomyślałam, tak też się stało. Kilka kroków przed miejscem docelowym, dziewczynce udało się wyswobodzić, i w te pędy zasuwa na małych nóżkach w stronę, z której właśnie przyszliśmy. Kobieta biegnie za nią, mała jednak jest szybsza. Skręca w lewo i wpada na żołnierza stojącego na warcie. Ten łapie ją za kołnierz, ale i jemu się wyrywa wbijając swoje małe ząbki w nadgarstek. Znów jest wolna. Nie wytrzymuję i biegnę za nią. Po drodze krzyczę na matkę żeby została na miejscu, bo i tak nic nie poradzi. Cholera, znów się bawię w bohaterkę, co za gówno. Ma sporą przewagę czasową, do tego prowadzi ją strach. Widziałam już takie przypadki. W duchu się cieszę, że nie mam dzieci, same z nimi utrapienia. Kiedy w końcu udaje mi się ją zatrzymać, musimy się zwijać. W naszą stronę człapie kilku zdechlaków. Charczą dokładnie tak samo jak „ciotka Kryśka”, cuchnąc przy tym jeszcze koszmarniej. Chwytam małą pod pachę i uciekam. Ta mnie gryzie i drapie, na szczęście tylko przez chwilę. Po chwili zaczyna przeraźliwie piszczeć. Dźwięk jej głosu przyciąga kolejnych zombiaków, na szczęście są zamknięci w budynku. Teraz ich dostrzegam. Przyklejają się do szyby niczym monstrualne glonojady i tak prawie na całej długości. Wartownicy w mig dostrzegają zagrożenie. Mają broń w gotowości. Mijamy ich i wtedy zaczynają strzelać. Strzały są ciche, ledwo słyszę gwizdy, odwracam więc głowę i widzę, że do karabinów mają przytwierdzone tłumiki. Sprytne bestie. Powietrze przecina tylko świst kul. Garstka sztywnych pada, a ja oddaje piszczącą latorośl zapłakanej matce. Ta przyciska dziecko do siebie dygocąc na całym ciele niczym osika. Wszystko dobrze się skończyło, tylko ja się spociłam. Całą scenę z zaciekawieniem ogląda starszy facet w mundurze. Pali długiego, cienkiego papierosa dym unosi się z jego ust tworząc ładne chmurki. Generał. Idę do namiotu, by dać się kłuć. Panuje tam całkiem przyjemna atmosfera. Jest kilka pielęgniarek i młody lekarz, w sumie całkiem przystojny. Siadam wygodnie i czekam na rozwój wydarzeń. Nie zagaduję, jak podejdą zasypie ich gradem pytań. Niska kobieta, okrągła niczym piłka szykuje dla mnie strzykawkę. Bez słowa. Przyglądam się jej. Teraz dostrzegam, że jest bardzo zmęczona. Podkrążone oczy zdradzają ten stan. Pracuje bez zbędnego gadania. Kiedy w końcu jest po wszystkim, podaje lekarzowi próbkę do analizy. Podchodzę do niego i przyglądam się jak robi wymaz i inne rzeczy z mojej krwi. Szybko się nudzę i zaczynam go wypytywać:
      - O co chodzi z tą grupą krwi?
Podnosi na mnie wzrok, teraz zauważam, że ma piękne błękitne oczy.
      - Osoby z ujemnym Rh są silniejsze, a przynajmniej odporniejsze na wirusa – odpowiada. - Ci, którzy mają dodatnie szybko umierają po zetknięciu się bezpośrednio z zarażonymi. Nie wiemy dlaczego się tak dzieje. Odkryliśmy to zupełnym przypadkiem, dziwne.
      - Czyli jak mnie jakiś dorwie, a mam RH minus a nie uda się mnie zabić to co, przeżyję?
      - Nie, nie przeżyjesz. Umrzesz. Wirus zabija w ciągu kilku godzin od ugryzienia lub zadrapania.
      - Dobra, nie czaję. Skoro umrę, to po co te pierdolenie, że grupa krwi ujemna lepsza od dodatniej? - Wzruszyłam ramionami.
Doktorek wlepił we mnie te swoje śliczne oczęta i odrzekł:
      - Nie przemienisz się. Umrzesz i będziesz trupem. Jeśli masz grupę krwi dodatnią, będziesz chodzących zdechlakiem. Ślepym i niemrawym, za to z bardzo dobrym słuchem, węchem oraz ogromną siłą w zgniłych łapskach. Kontynuować?
Przytaknęłam. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem:
      - No dobrze. Zdechlaki mają swój metabolizm, w sumie nie wiemy jak on działa. Epidemia rozszerza się stosunkowo szybko, więc to, co wiemy to jedynie wynik pobieżnych obserwacji. Jeśli nie jedzą stają się coraz wolniejsze, gniją bardzo szybko. Średnio na głodzie funkcjonują kilka tygodni potem padają na ziemie i pełzają, w końcu nieruchomieją. Te, którym udało się podjeść, w dziwny sposób się regenerują, jakby odzyskują siły. Procesy rozkładu też posuwają się u nich inaczej. Coś na wzór zatrzymania się, oczywiście do czasu, bo jak nie będzie delikwent jadł, to stanie się kolejnym zgniłkiem. Te bestie mają instynkt, instynkt przetrwania. Cały czas szukają mięsa, ale musi być świeże, nie koniecznie ludzkie. Zeżrą dosłownie wszystko co żyje. Tyle wiemy, usatysfakcjonowana?
      Kiwam głową, że pojęłam ten bełkot. W sumie nie do końca rozumiem, ale kto by rozumiał. Rano obudziłam się i zbiegiem okoliczności zostałam wrzucona w wir dziwnych zdarzeń. Zdarzeń, które prawdopodobnie trwają od jakiegoś czasu. Stop. Coś mi tu nie gra. Mam przecież internet, słucham radia. Zerkam na przystojniaczka, unoszę brew, po czym wypalam:
      - Czekaj, coś mi tu nie pasuje.
      - Co takiego? - Pyta.
      - Mówisz o tym czymś, jakby działo się to od minimum kilku tygodni.
      - Wiem – odpowiada.
      - Racz mi wyjaśnić skąd ta wiedza – upieram się.
      - Prowadziłem badania nad tym wirusem.
      - Badania? Jakie badania? Skąd się to cholerstwo wzięło?! Dlaczego wylazło poza laboratorium? Bo przypuszczam, że właśnie stamtąd wyszło.
      - Powoli – przerywa mi. - Nie wolno mi zdradzać tajemnic państwowych. Mogę jedynie powiedzieć, że pracowaliśmy nad nowa bronią biologiczną - rozejrzał się czy nikt nas nie słucha. - Tyle że badania, jakby to ująć, wymknęły się spod kontroli.
      - Czyli co? Wyszły drzwiami?! - irytuję się.
      - Ciszej... Jest w tym nieco racji. Skradziono nam próbki z zakażoną krwią. Tu na lotnisku, wojsko przechwyciło złodzieja.
      - Co takiego zrobił?
      - Zaraził kilka osób w drodze na lotnisko. Prawdopodobnie zakłuł igłą.
      - Media milczały? Dlaczego? - pytam dziwiąc się w duchu że mi odpowiada.
      - A co miały robić? - unosi brew. - Wybuchłaby panika. Chciano wszystko zatuszować. Zamknięto terminale. Rannych przewieziono do szpitali, martwych zapakowano do worków i umieszczono w chłodni na lotnisku, a ci... ożyli. Zarażeni w centrum cywile zostali przewiezieni do placówek, zmarli, potem ożyli i się zaczęło. Trwało to raptem trzy doby. Teraz mamy ulice pełne chodzących, wiecznie głodnych zdechlaków i masę przestraszonych ludzi, którzy są smacznym kąskiem dla trupów. Pogryzieni przemieniają i zasilają szeregi sztywnych i kółeczko się zamyka. To chciałaś wiedzieć? - odwrócił się widocznie zdenerwowany i wrócił do badań..
Przyglądałam mu się z rosnącym zainteresowaniem. Wszystko robił z jakąś nieznaną mi elegancją. Otrząsnęłam się. Zauważył moje dziwne zachowanie.
      - Wszystko w porządku? - zapytał.
      - Tak, tak... chyba jestem zmęczoną. Nie, to nie to – poprawiłam się. - Chyba jestem głodna. Tak, jestem głodna jak wilk. - Uśmiechnął się do mnie.
      - Też jestem głodny. W tych próbkach niczego nie widzę. Czyli wszystko ok. Grupa ujemna.
      - To prawda, ujemna – przytaknęłam.
W duchu pomyślałam – A teraz zaproś mnie na obiad, a będę twoim deserem. Ech, co mi się dzieje. Dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa:
      - Kuchnię polową umieszczono w ostatnim namiocie po lewej stronie. Dają tam całkiem znośne żarcie, ale kawę paskudną. Proszę, tu są wyniki. Trzeba je zanieść generałowi, to ten stary wiecznie z papierosem w gębie.
      - Domyśliłam się – wypaliłam. - Widziałam go chwilkę temu.
      - Doskonale. Powodzenia.
      Wstał, ominął mnie i podszedł do jednej z pielęgniarek. Coś do niej powiedział, a ta wyszła z namiotu, by po chwili wrócić z kolejną osobą do przebadania. Tym razem był to Michał alias „Dresik”. No, czyli nici z deseru. Zrobiłam lekko skwaszoną minę i opuściłam namiot. Powiodłam wzrokiem po miejscu i postanowiłam odszukać generała. Znalazłam go bardzo szybko. Stał dokładnie w tym samym miejscu co przedtem, tylko tym razem pił kawę z metalowego kubka.
      - Miałam to panu oddać – wyciągnęłam wyniki badań w jego stronę.
Przyjął je z lekkim ociąganiem, jakby zasadniczo mu to zwisało czy jestem zdrowa, czy zakażona.
      - Dziękuję odrzekł, po czym wcisnął sobie papierzyska w kieszeń od spodni.
      - Nie przeczyta pan? - spytałam.
      - A po co? Żyjesz, tak? Stoisz, tak? To proszę sobie grzecznie znaleźć jakieś zajęcie, a nie plątać mi się pod nogami.
Osz ty dziadu – pomyślałam sobie. Generał z dupy.
      - Nie dostałam przydziału – wypaliłam zaciskając przy tym pięści.
      - Zobacz – pokazał wolną ręką na rozstawione namioty. - Wybierz sobie któryś. W każdym jest przydział koców i śpiworów. Znajdź sobie wolne miejsce. Jedzenie wydają tam, po lewej.
No dobrze, niech mu będzie. Najpierw zjem, potem pójdę spać...
- Ej! Zaczekaj!
      Usłyszałam za sobą stukot obcasów. Obróciłam się i zobaczyłam Michała, który biegł w moją stronę. Odruchowo zerknęłam na jego stopy i od razu się skrzywiłam. Nosił paskudne, brązowe mokasyny, że ja tego wcześnie nie zauważyłam. Serio? Takie buty do dresu, jeszcze na dokładkę podbite?
      - Co ty masz za buty? - pokazałam paluchem na jego stopy.
Stanął i wlepił wzrok w swoje obuwie.
      - Ojca są – tłumaczył się. - Nie zdążyłem założyć adaśków. Kazali szybko się ewakuować, więc założyłem pierwsze z brzegu.
      - Gdzie ojciec?
      - Zeżarły go. Dopadła nas grupa przy drzwiach, jak wychodziliśmy.
Zauważam jak drga mu dolna warga. Od faceta emanowała rozpacz i miałam wrażenie, że zaraz zacznie płakać. Twardo bierze się w garść, ale więcej już nic nie mówi.
      - Przykro mi – bąknęłam pod nosem.
      - Mnie też.
Szybko zmieniam temat, nie lubię gadać o śmierci.
      - Tam jest jadłodajnia – wskazuję ręką. - Zjedzmy coś zanim one zjedzą nas. - Próbuję żartować. Wyszło kulawo, ale facet się uśmiechnął, więc to chyba dobrze.
      - Tak, zjedzmy – odpowiada.
      Przyszło mi spożycie posiłku z dresem, dresem smutasem w mokasynach. Rany Boskie. Zamiast ciasteczka z namiotu medycznego, mam pączka z narodowego.
      Szybko zostajemy „obsłużeni”. Pajda chleba z masłem do tego jakaś zupa. Siwa kobieta pyta czy chcemy coś do picia. Dres bierze kawę, a ja przezornie herbatę, która okazuje się słodzonym świństwem. Jestem spragniona. Jedzenie w sumie ujdzie. Michał narzeka, że mało. Pouczam go, że teraz nie będzie jadał jak u mamy, schudnie biedaczyna. Dostałam w zamian za to kuksańca w żebra i zalotne skrzywienie warg, które chyba miało oznaczać: Mam cię na oku maleńka... brrr. Próbuję się pozbyć wielkoluda, ze skutkiem raczej mizernym. Lezie za mną jak szczeniaczek. Zaczynam się śmiać, że chyba mam własnego bodyguard'a. Znajdujemy w końcu wolne miejsca, na szczęście w bezpiecznej odległości od siebie. Nie będzie mi zawracał dupy. Nareszcie! Zawijam się w koc i leżę. Nic się nie dzieje. Ludzie tłoczą się w namiocie jakby te cienkie ściany miały ochronić ich od całego zła, jakie panuje na zewnątrz, boją się. Ja nie odczuwam strachu. Brałam udział w groźniejszych misjach, nauczyłam się zabijać bez mrugnięcia okiem. Unicestwianie sztywnych nie sprawia mi kłopotów. Z nimi jest łatwiej. W tych monstrach wystarczyło nie dostrzegać tego, że były to kiedyś żyjące jednostki osobowe. To nawet nie byli ludzie. W końcu udaje mi się zasnąć.
      Chyba mi się coś śni, tak na pewno mi się coś śni. Obudził mnie koszmarny hałas. Otwieram więc oczy, by się zorientować co się do cholery dzieje. Unoszę się na łokciach i zaspanym wzrokiem lustruje otoczenie. Części osób już nie ma w namiocie. Na miejscu zostali jedynie staruszkowie i matki z dziećmi. Siadam i zakładam buty. Wszystkie rzeczy mam na swoim miejscu. Nikomu nie chciało się mnie okraść. Cóż za porządni ludzie mi się trafili. Od niechcenia szukam wzrokiem Michała. Nie widzę go. Doprowadzam się do ładu. Nie mam pojęcia co się do cholery dzieje. Dopiero po opuszczeniu lokum dociera to do mnie. Wojsko stworzyło coś na wzór kordonu i blokuje dostęp do prowizorycznego obozowiska. Naciera na nich spora grupa sztywnych. Nie wiem skąd się wzięli. W oddali dostrzegam doktorka, który coś krzyczy w stronę generała. Nie słyszę co, ale wiem, że muszę się czynnie włączyć do obrony. Ujmuję w dłoń moją przyjaciółkę maczetę i powoli idę w kierunku żołnierzy. Po zaledwie kilku krokach czuję czyjąś dłoń na ramieniu. Odwracam się gwałtownie. Obok mnie stoi dresik, umazany we krwi. Uśmiechnięty od ucha do ucha.
      - Szyba pękła – wypala.
      - Co? Jaka szyba?
      - Z terminalu. Sztywni tak napierali, że trzasnęła. Teraz wyłażą dziurą, a ci z przodu próbują ich wystrzelać – nadal z ust nie schodził mu uśmieszek.
      - Co cię tak cieszy? - pytam, nie spuszczając wzroku z radosnej podkówki malującej się na jego wielkiej gębie.
      - Zajebałem kilku. Czaisz? Oni są tacy pierdołowaci, wystarczy mocniej jebnąć a się przewracają, lebiegi takie. Potem wystarczy przywalić w łeb kamieniem.
      - Pierdo... co? Nieważne. Doświadczenie widzę masz.
      - Chodziło się na mecze, nie?
      - Na ustawki chyba. Dobra, idę – macham na niego ręką. - Zobaczę może do czegoś się nadam. Omijam go i podbiegam do kordonu. Jeden z żołnierzy odpycha mnie od siebie krzycząc, że cywile mają się odsunąć i nie robić problemów. Ja ci dam cywila żółtodziobie ty – pomyślałam i wcisnęłam się w szereg. Widzę jak w naszą stronę wlecze się kilkunastu sztywnych. Charczą i sapią. Z ust sączy się im brunatna maź. Ujmuję mocniej maczetę, po czym robię dwa kroki w kierunku zdechlaków. Ktoś coś krzyczy. Biorę zamach i pierwsza głowa oddziela się do tułowia. Łatwo poszło. Kątem oka widzę jak pozostałe trupy przesuwają się w naszym kierunku. Odwracam się w stronę żołnierzy jakby skrywających się za mną. Zaczynają łamać szyk. Kolejna fala zgniłków pojawia się w polu widzenia. W tym czasie rozprawiam się z pozostałą dwójką. Przez nieuwagę jeden z nich prawie zatapia cuchnące zębiska w moim przedramieniu. Dostaje jednak solidnego kopniaka i przewraca się, dobijam go. Próbuję dostrzec wyrwę, niestety nadal nie wiem, w którym miejscu pękła szyba. Mam wrażenie, że zombie otaczają nas z każdej strony. Wojsko strzela już na oślep. Marnują naboje, ale co zrobić, nie każdy trafiony trup pada. Panika i strach wisi w powietrzu. Mnie też zaczyna się to udzielać, powoli kieruję się w stronę obozu. Niektórym martwiakom udało się przebić przez kordon. Zombiaki włażą gdzie popadnie. Ci, którzy wcześniej nie serwowali się ucieczką zaczynają padać jak muchy. W pewnym momencie coś mnie tknęło i postanowiłam pobiec w kierunku centrum, poszukam Michała, może znajdę go jeszcze żywego. Silny jest. Przydłoby się też zerknąć do namiotu medycznego. Żywy lekarz w takiej sytuacji jest cenniejszy od złota. Przebijam się. Po drodze zabijam kilku sztywnych. Na moich oczach pięciu dopada pielęgniarkę i zanim ta zdążyła krzyknąć jeden z trupów pożera jej twarz. Na ziemie spływa miazga skóry, mięśni i rozerwanych gałek ocznych. Po chwili wieniec jelit wylewa się z rozerwanego brzucha. Powietrze napełnia się smrodem gnijących zwłok i świeżej krwi. Odpycham sztywnego, dobijam go ciosem w głowę. Po chwili zauważam lekarzynę. Cieszę się, choć jest to dziwny rodzaj radości. Facet jest zielony ze strachu, ale stara się coś działać. Omiatam szybko otoczenie i niedaleko dostrzegam wóz. Popycham go w stronę ciężarówki i w ostatnim momencie uchylam się przed kolejnym atakiem. Szarpię drzwi szoferki. Otwarte, cóż za ulga.
      - Właź! - krzyczę, pokazując wnętrze samochodu.
Słucha mnie. Chwile później siedzi na miejscu kierowcy, zatrzaskuje drzwi. Drę się w jego stronę:
      - Siedź tam! Poszukam kogoś! Nie waż się ruszyć! Zaraz wracam!
     Widzę, że się waha. Mam w dupie jego rozterki, ma być żywy. Wracam na pole walki. Cześć żołnierzy już nie żyje, a trupy łapczywie szarpią ich jeszcze ciepłe ciała gromadząc się przy nich niczym sępy. Po chwili zostają jedynie kości ogryzione doszczętnie z mięsa. Gadziny przeżuwają głośno wyrywając sobie nawzajem co smaczniejsze kąski. Wszystko wygląda paskudnie... Nerwowo rozglądam się. Szukam dresa, gdzieś ten obwieś musi być. Nie mam ochoty ratować wszystkich. Przedzieram się do namiotu medycznego. Mój mózg zaczyna pracować na silnej dawce adrenaliny. Koszę jednego po drugim. Będę potrzebowała leków, wody i żarcia. Zauważam porzucony plecak. Wybornie, przyda się. Kucam przy nim i wyrzucam zawartość na ziemię. Kiedy się podnoszę czuję jak ktoś łapie mnie za włosy. Po czym ląduje z impetem na plecach. Próbuje się wyswobodzić, ale moje zabiegi nie przynoszą rezultatu. Sztywny zbliża swoją cuchnącą gębę do mojej twarzy nie puszczając mojej czupryny. Nachyla się i bulgocze płynem zebranym w płucach. Cholera, pieprzona chwila nieuwagi! Jedną ręką odpycham go od siebie, a drugą grzebię przy bucie. Po drodze zgubiłam sztylet. Klnę na siebie, próbując nie stracić twarzy... dosłownie. Monstrum jest coraz bliżej. Widzę nad sobą na wpół zgniłą twarz. Oczy ma białe jak u ślepca. Wygląda to co najmniej przerażająco. Nie wiem czy mam się już modlić, czy jeszcze mam szansę. Bez walki się nie poddam. Cały czas szamotam się i wyrywam. W końcu dosięgam noża. Niestety wypada mi z rąk. Mam mokre palce od trupich śluzów i zakrzepłej krwi. Kurwa! - krzyczę. - Idź zdechnij! Oczywiście moje wrzaski i toczenie piany nie robią na nim najmniejszego wrażenia. Odpycham się i jednym szarpnięciem przekręcam na brzuch. Głowa mnie boli od ciągnięcia za kudły. O dziwo pomaga, sztywny nieco odpuszcza. Chyba mam szczęście, bo jest tylko jeden, z kilkoma to bym sobie już nie poradziła. Teraz mogę spokojnie dosięgnąć noża. Z ogromna ulgą zaciskam pieść na rękojeści i ostatkiem sił popycham trupa. Zachwiał się, ale nie upadł. Padam na niego całym swoim ciężarem i przygwożdżam ostrzem do ziemi. Koniec. Żyję. On już nie. Łapię w biegu plecak i gnam do miejsca docelowego. Wewnątrz panuje bałagan. Sprzęt, pomoce medyczne i inne, leżą rozsypane na ziemi. Na szczęście w namiocie nikogo nie ma. Zbieram pospiesznie bandaże, gaziki, i kilka buteleczek wody utlenionej. Znajduje też maść z antybiotykiem i kilka opakowań paracetamolu. Niewiele, ale to zawsze coś. Znów słyszę charakterystyczne charczenie. Za mną wyrasta jak spod ziemi potężny sztywny odziany w kraciastą koszulę. Krew gotuje mi się w żyłach. Robię dwa kroki potem potężny zamach i trup pada. Nawet nie zdarzył do mnie dostatecznie blisko podejść. Chyba nabieram wprawy w eliminacji wroga. Kiedy opuszczam namiot nadal rozglądam się w poszukiwaniu dresa, nie widzę go nigdzie. Zaczynam powątpiewać w to, że nadal jeszcze żyje. Znów muszę przedzierać się w stronę ciężarówki. Tym razem postanawiam obejść miejsce naokoło. W centrum obozowiska wrze. Jestem zmęczona i spragniona. Kreci mi się w głowie. Samochód z doktorkiem stoi lekko na uboczu. Mam nadzieje, że ten nie wpadł na głupi pomysł i nie opuścił szoferki. Z daleka widzę, że jednak nadal jest tam, gdzie go pozostawiłam. To dobrze. Rozsądne ciasteczko. Powolutku, przesuwam się w kierunku ciężarówki. Drogę zastawia mi kilku zdechlaków. Robię uniki i je wymijam. Nie mam sił i tak mnie nie dogonią. W końcu jestem przy wozie. Otwieram drzwi szoferki i wskakuję na miejsce pasażera. Mężczyzna patrzy na mnie z niedowierzaniem.
      - Mam trochę opatrunków i paracetamol – pokazuję mu plecak. - No co? Myślałeś, że już nie wrócę?
Kiwa głową dając znak, że właśnie tak myślał. Po czym stuka palcem w tył szoferki. Ściągam brwi i obracam się, aby zerknąć na tyły przez niewielką szybkę. I co widzę? Na pace siedzi dresik z jakąś kobietą.
      - Szukałam cię cholero! - wypalam.
      - Cieszy mnie to – odpowiedział. - Jedzmy już, co? Tu za chwilę będzie gorąco.
      - Taki mam zamiar. Doktorku odpalaj.
Spojrzał na mnie i znowu bez słowa pokazał mi stacyjkę. Nie ma kluczyka. Przecież to nie problem. Gmeram po schowkach i znajduje śrubokręt. Zamieniam się z nim miejscami i zaczynam majstrować przy kablach, widzę jak z uwagą mi się przygląda:
      - Kobieta wielu talentów – kwituje moje poczynania.
      - Nawet nie wiesz jak wielu – puszczam mu oko jednocześnie łącząc dwa kabelki.
Silnik załapał. Możemy jechać. Zerkam na wskaźnik baku. Jest prawie pełny. Super. No to w drogę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…