Przejdź do głównej zawartości

Epickość Vs Bugi, czyli opinia gry Dragon Age: Inkwizycja

Źródło: Przystań Szarego Strażnika


Na tę grę czekałam całą wieczność. Odliczałam dni do premiery. Nie mogłam usiedzieć. Nie dziwcie mi się. Świat Thedas od bardzo dawna jest dla mnie pociągający. I jakby ktoś mnie zapytał w jakim miejscu chciałabym żyć, bez wahania wskazałabym właśnie to. Z zapartym tchem śledziłam wpisy na fp Przystań Szarego Strażnika. Niektóre rzeczy sama poprawiałam i sugerowałam to i owo, bo - jak większość wie - skromnie pomagam w tym projekcie. Wszystko wydawało się bajeczne, nieosiągalne. Czas zaś nieubłagany, wlekący się niemiłosiernie. No i stało się. Na Origin w końcu można było zakupić grę. Nareszcie! Przedpremierowo, z dodatkami, z muzyką... za koszmarnie wysoką cenę. I tu mina mi zrzedła. Przetarłam oczy i usiadłam na tapczanie wielce zasmucona. Wiadomo, w portfelu zamiast pieniędzy tylko kurz i wspomnienia. O taka bogata jestem. Niestety - powiedziałam do siebie. I zabrałam się za kreatywne myślenie. Każdy coś ma, co da się spieniężyć. Ja też miałam. Poszło zaskakująco szybko. Nie pytajcie co poczyniłam. Bo serce boli mnie do dziś, taką sobie stratę zafundowałam... Nie, nie sprzedałam nerki. Pieniążki radośnie wydałam na wymarzoną grę. Tydzień przed premierą zakupiłam i w napięciu czekałam. Wybiła godzina dwunasta TAK, Tak, TAK! Stag siedzi przed kompem i odpala Inkwizycję... i co? Jajco. Sterownika nie ma. Mąż taki obudzony, ba nawet zły nie był, chyba się spodziewał tego. Ale sterownik jest, grać można. Przegoniłam ślubnego ze stołka i z wypiekami na twarzy zaczęłam kreować postać. I tu czas zacząć pisać opinię:)

Źródło: Zbiory prywatne. Moja Inkwizytorka.


Fabuła:
I tu będzie sporo do powiedzenia. Ci, którzy znają uniwersum, wiedzą mniej więcej co i jak. BioWare tym razem jednak daje nam smaczny kąsek, czyli gigantyczny świat, który jak zawsze trzeba uratować i to MY to uczynimy. Na początku jednak wszystko toczy się bardzo jednostajnym tempem. Przygotowano bowiem całkiem zgrabny tutorial, który przechodzimy w około godzinę. Dzięki niemu przyzwyczajamy się do nowego sterowania. Tak, w Inkwizycji jest nieco inaczej niż w poprzednich produkcjach. I choć na początku bardzo brakowało mi aktywnej pauzy, którą zastąpił Shift lub klepsydra na środku paska narzędzi, szybko się przyzwyczaiłam. Wracając jednak do samej fabuły. Rzecz dzieje się po pladze. Świat powoli wraca do normy, ludzie i inne istoty stąpające po Thedas, zaczynają powoli zapominać o nieustającym zagrożeniu, jakie niosły hordy pomiotów. Ruiny zostają odbudowane, wsie tętnią życiem. Podobnie miasta i trakty. I może gdzieniegdzie jakiś pomiot się natrafi, to jednak szybko ginie od ostrza przypadkiem napotkanego woja czy wieśniaka. Jeśli gracz nie zna uniwersum, zasadniczo nic się nie stało. Dlaczego? Dlatego, że podczas gry występuje masa przesłanek, dialogów oraz odnajdujemy dużą ilość korespondencji, która naprowadzi i zobrazuje sytuację zaistniałą przed powstaniem Inkwizycji. Gracz może zatem bez przeszkód wdrożyć się w specyficzny klimat. Pomaga też Dragon Age Keep, dzięki któremu można wykreować swój obraz uniwersum. Ogromnym plusem są „starzy znajomi”, czyli postaci, które mieliśmy już okazję poznać. Tutaj ewoluują i przybierają nieco inny wymiar. I, podobnie jak w Origin i II, lubimy je lub nie. Mają dla nas niespodzianki, niekoniecznie te pozytywne. Cała akcja rozwija się powoli. Nic nie galopuje, ani tym bardziej nie stresuje gracza. Po prostu gramy. Rozmawiamy z towarzyszami; oni, podobnie jak w poprzednich częściach, mają dla nas questy związane i ich historią czy wydarzeniami, które chcą wyjaśnić. W sumie każdy z nich po bliższym poznaniu ma dla Inkwizytora zadanie do wykonania. Jedne są bajecznie proste, inne nudne, a inne robi się ze sporym zaangażowaniem. Myślę, że wszystko zależy od tego, jak bardzo dany charakter polubił gracz. Wróćmy ponownie do fabuły. Wszystko zaczyna się od dziury w niebie, jeśli miałabym kolokwialnie to nazwać. Wyłom okazuje się niczym innym, jak szczeliną prowadzącą do pustki, przez która wyłażą rożne ustrojstwa... patrz demony. Wybuch niszczy świątynię Świętych Prochów zabijając przy tym Boską. Jedyną ocalałą osobą jest nasz charakter, czyli jeszcze niedoszły Inkwizytor, którego nomen omen o to oskarżają. Dowodem winy rzekomo ma być znamię, jakie utworzyło mu się w następstwie wybuchu. Niestety protagonista za cholerę nie wie co się stało i co to za dziadostwo mu mruga na dłoni. Nie wierzy mu nikt. Musi zatem udowodnić swoją niewinność. I nie tylko. Będzie musiał odbudować wraz ze znanymi nam z poprzednich części postaciami zapomnianą już instytucję, mianowicie Inkwizycję. By uniknąć spojlerowania, więcej nie napiszę. Dodam tylko, że akcja faluje. Buduje napięcie. Czasem, kiedy nie spodziewamy się niczego niezwykłego, otrzymujemy bardzo zaskakujący zwrot akcji. Często mamy do czynienia z drobnymi wątkami pobocznymi, które nierzadko są ciekawsze od fabuły. Dzięki temu możemy odczuć, że Thedas nie jest tylko płaskim obrazem, że jest czymś więcej. To żyjący i pulsujący energią świat pełen elfów, krasnoludów i... demonów. Nie brakuje dramatyzmu i chwil wzruszeń. Nie brakuje też momentów, które nudzą. Na przykład dla mnie niewyobrażalnie nużące były lokacje, na których wiele się nie działo. Czasem zbyt ciemne, klaustrofobiczne miejsca nasycone budującą napięcie muzyką bardzo mocno oddziaływały na wyobraźnię... i smoki. Wyzwanie dla gracza. Tych bestii znajdziemy aż dziesięć. Każda inna i każda na swój sposób wyjątkowa. Musimy pamiętać, że lokacje posiadają rożny stopień trudności i nie na każdej sobie poradzimy. Ogromnym plusem dla twórców jest zaznaczenie tego przy wyborze opcji. Gra pyta się, czy na pewno chcemy tam się udać. Patrząc na swój poziom, możemy ocenić własne możliwości. Przy poziomie jedenastym raczej nie warto iść w miejsce, gdzie przeciwnicy są na dziewiętnastym. Zwyczajnie dostaniemy tam po nosie. 

Źródło: Przystań Szarego Strażnika
 

Kreowanie postaci:
Jest inaczej. Twórcy gry poszli o krok dalej. Gdzie w Origin i II była bardzo podobna baza, tak tutaj zaszaleli i dali graczowi niemałe pole do popisu. Sama byłam w lekkim szoku. Bo co innego oglądać trailery, a co innego samemu działać. Powiem szczerze, że zrobienie mojej Inkwizytorki zajęło mi około godziny. Musiałam wypróbować wszystkie możliwości, schematy i warianty, czego efektem był brzydal do wywalenia. Tak kombinowałam, że przekombinowałam. Czyli nic nowego. Niemniej, jeśli ktoś lubi zabawę przy tworzeniu charakteru, będzie ją miał. Nie znam nikogo, komu by nowy system się nie podobał. Nawet mój mąż spędził przy tym nieco dłużej. Wybór ras mamy podobny jak w Origin. Dochodzi nam smaczek pod postacią Qnari. Możemy zatem bez przeszkód majstrować przy wyglądzie. EA daje nam również dwa modele głosowe, gdzie w dwójce, jak pamiętacie można było wybierać jeden. Oczywiście w Origin dostaliśmy ich chyba sześć, nie pamiętam. Możecie mnie poprawić. Zatem zabawa jest, nie znam nikogo niezadowolonego z nowego kreatora. Dla mnie bomba.

Grafika:
Nie jestem ekspertem, a jedynie szaraczkiem, który nie mógł się doczekać Inkwizycji. Pewnie użyję tutaj mnóstwo kolokwialnych i górnolotnych słów, wybaczcie, inaczej nie potrafię. Jest inaczej niż w dwóch pierwszych wydaniach. Wszystko jest dopracowane i zapięte na ostatni guzik. Tekstury, pasma zieleni, jaskinie. Natężenie światła. Zmiany pogody, które mają wpływ na rozgrywkę. Ruchy wody, powietrza, czy niesionego wiatrem piasku. Wszystko jest bardzo realne, co sprawia, że można wczuć się w klimat danego miejsca. Dodam, że Dragon Age: Inkwizycję zbudowano na silniku Frostbite 3, którego technologia pozwala właśnie na budowanie wielkiego i bardzo szczegółowego świata. Dzięki niemu gracz może podczas walki niszczyć różne przedmioty, nierzadko tym sposobem torując sobie przejścia, na przykład tunelach. Postaci mają bardzo bogatą mimikę. Każdy z towarzyszy otrzymuje swój specyficzny charakter. Nie gramy już „kukiełkopodobnymi” istotami, są one żywe i pewne ekspresji. Twórcy gry projektując ekrany przejścia z lokacji do lokacji, czy z questa do questa, stanęli na wysokości zadania. Cały czas towarzysza nam wskazówki, fragmenty kodeksu, czy informacje dotyczące obecnej sytuacji politycznej. Jeśli wejdziemy w okno wyboru towarzyszy, od razu zauważymy, że pojawiły się piękne grafiki ilustrujące kreacje. Jest inaczej niż w poprzednich częściach. Karty zmieniają się z czasem, ponieważ każda z nich ewoluuje na naszych oczach i to my decydujemy, w którą stronę to się będzie odbywało.

Źródło: Przystań Szarego Strażnika


Rozgrywka:
Tutaj od początku muszę wspomnieć, że twórcy gry zaszaleli. Nadal możemy korzystać z opcji widoku taktycznego, nadal nasza postać może wydawać towarzyszom rozkazy, które bardzo przydają się podczas walki z trudniejszym i bardziej wymagającym przeciwnikiem. Natomiast EA tym razem postanowiło usatysfakcjonować wszystkich. I miłośników akcji i taktyków. Wszystko mamy spójne. Gracz może za pomocą skrótów klawiszowych kontrolować sytuację. Nadal jestem zachwycona możliwością aktywnej pauzy. Pozwala ona na szybkie i „bezbolesne” niwelowanie wrogów, którzy w Inkwizycji bardzo często stanowią dobrze zorganizowane grupy. Nasi towarzysze po przydzieleniu pakietu odpowiednich skilli koszą demony, aż miło. Gracz może się też bezpośrednio skupić na swoim bohaterze, po cześć zapominając o towarzyszących mu. Im może automatycznie dostosować w pasku narzędzi ciąg ataków, z których dany charakter będzie korzystał. On zaś może eksperymentować podczas walki, tym sposobem wybierając swój ulubiony system wykańczania wroga. Nie mogę zapomnieć o stole narad. Pierwszy raz w historii tej gry możemy w taki sposób kierować organizacją, której jesteśmy członkami. Pomagają nam doradcy. Stół podzielony został na Ferelden i Orlais. Gracz przemieszcza się po Thedas klikając na mapę. Kiedy znajdujemy się już w wybranym miejscu, możemy swobodnie go eksplorować. Doradcy zaś wykonują zlecone im prace, których na mapie mamy mnóstwo. I w miarę rozszerzania się wspływów inkwizycji tych pozycji jest coraz więcej. 

Źródło: Przystań Szarego Strażnika
 

Decyzje:
Gra Dragon Age od początku swojego zaistnienia na rynku stawiała gracza przed wyborem. Musiał on zaufać swojemu instynktowi i wybrać taką drogę, która według niego jest najlepsza. Tak jest i tutaj. Jednak w przypadku Inkwizycji nierzadko wybory są trudne. Stajemy bowiem przed dylematami nie tylko natury moralnej, ale i politycznej. Niedokładnie sprecyzowano dobro czy zło, gdyż nawet postaci, które jawią nam się jako skrajnie negatywne, mogą być kimś odmiennym. Od nas będzie zależało jak je potraktujemy. Ekipa EA umożliwia nam wydawanie wyroków. Możemy uniewinniać, włączać do Inkwizycji, czy nawet osobiście wykonywać egzekucje. Nasze działania kształtują rzeczywistość, w której się poruszamy. Do nas będzie należeć rozwój oraz zasięg Inkwizycji. Poruszając się po świecie Thedas możemy werbować agentów, którzy pomogą w zrozumieniu lub pozyskaniu cennych źródeł, artefaktów i materiałów. Budujemy również pozytywne lub negatywne relacje z towarzyszami. Lecz nie otrzymujemy od razu pakietu przyjaciół. Sami decydujemy, czy przyjąć ich pomoc, czy też odrzucić. Ten system został już wykorzystany w poprzednich częściach gry, zatem nie jest nowością. Wielbiciele romansów znajdą coś dla siebie. Jest uroczo, doskonale budowane napięcie między postaciami jedynie podsyca chęć pogłębiania relacji Inkwizytor... (tu wpisz sobie charakter, z którym romansujesz). Jak już wyżej wspominałam, twórcy gry postarali się o różnorodność. Stosunki interpersonalne są bardzo naturalne, dojrzałe, a czasem znów niepoważne i frywolne. Możemy to zaobserwować śledząc sceny seksu. W sumie ciekawskich odsyłam na YT. Dzięki budowanym relacjom gracz może zrozumieć motywy oraz cele działania swoich przyjaciół. Na podobnym schemacie działa „rozgryzanie” wrogów. Poza tym od stosunków w grupie będzie zależało, czy nasz protagonista stanie przed ostatnim bossem z pełnym składem drużyny, czy też nie. Towarzysz niezadowolony z prowadzonej polityki przez Inkwizycję, zwyczajnie może nas opuścić. 

Źródło: Przystań Szarego Strażnika
 

Towarzysze:
Tu nic nie uległo zmianie. Tak samo jak w Dragon Age: Origin czy Dragon Age II, bohaterowi towarzyszą trzy osoby, które może ze sobą zabrać by przeżywać przygody. W Inkwizycji możemy przebierać. Mamy postaci do koloru, do wyboru... dosłownie. Dziewięć różniących się charakterów, żaden nie podobny do siebie, każdy wyjątkowy. Większość z nich to nowe twarze. Ekipa EA postarała się, by już wcześniej zapoznać z nimi graczy, prezentując ich na targach gier i nie tylko. Lecz pośród nich odnajdujemy i starych wyjadaczy, za którymi, nie ukrywam, zdążyłam się stęsknić. I są nimi między innymi Varric, Cullen, czy Leliana. Za Cassandrą nie przepadałam, lecz w grze udowodniła, że nie ma lepszej wojowniczki od niej. Ponownie do drużyny dołącza Qunari i jest nim Żelazny Byk. Jak pamiętacie, w jedynce był Sten, wielki, szary olbrzym, wiecznie naburmuszony i nieufny. Tym razem jest inaczej. Byczek jest otwarty, zabawny i do bólu szczery. Nierzadko jego dialogi z Serą doprowadzały mnie do łez, ze śmiechu oczywiście. Biorąc pod uwagę rasę Qunari, wygląd bardzo ewoluował. Od - nazwijmy to - postawnego mężczyzny bez rogów, po postać potężną i mocną z okazałymi rogami. Nieodzowny element mojej drużyny. Wspomniałam o Serze, drobnej elfiej łuczniczce o urodzie podlotka i zadziornym charakterze. Jest też Cassadra, harda wojowniczka kochająca literaturę, niekoniecznie tą najlepszą. Varric, ulubiony krasnolud, bajarz, psiarz i kusznik. Mistrz ciętej riposty i dobrego żartu. Dorian, och Dorian. Uroczy, do przesady przesłodzony mag. Gej pełna gębą, ale za to jaki. Solas, wieczna maruda, przynajmniej ja go tak odebrałam. Znawca pustki i demonów, uwielbia moralizować i rzucać frazesami. Cole, duch. Wszędzie go pełno. Nie wiadomo gdzie tym razem go spotkasz. Świetny łotrzyk. Vivienne, niewyobrażalnie ambitna i sztywna, ma jednak serce i bywa bardzo czarująca. Trzeba z nią rozmawiać. Blackwall, Szary Strażnik z mroczną przeszłością, doskonały wojownik i dobry kompan. Do nich dochodzą doradcy inkwizycji, z którymi - podobnie jak z towarzyszami - możemy rozmawiać, romansować i podejmować najważniejsze decyzje. Świeżą twarzą pomiędzy Lelianą a Cullenem jest Josephine. Dla mnie postać przegadana, dosłownie. Niewyobrażalna pleciuga, za to przemiła i pomimo jej wiecznie niezamykającej się buzi, jest moją ulubienicą. Warto też wspomnieć, że postaci, które tworzą naszą drużynę, mają swoje kaprysy, preferencje seksualne oraz przeszłość, nierzadko bardzo barwną.

Kazamaty:
Pamiętacie Bodahna i Sandala? Ich już nie spotkamy w trzeciej odsłonie Dragon Age. Nie ukrywam, że stęskniłam się za nimi. Liczę więc po cichu, iż studio kiedyś, gdzieś tam, wciśnie ich przy najnowszych produkcjach. Oni po prostu nie mogli umrzeć, no nie mogli! Ale do czego zmierzam. Ci dwaj w poprzedniczkach Inkwizycji mieli bardzo ważną rolę. Zaklinali broń (mowa tu o Sandalu) i posiadali sklepik, w którym można było zaopatrzyć się w runy, czy choćby inne rzeczy. I tu dochodzimy do meritum. Nie ma Bodahna i Sandala. Zatem co jest? Są Kazamaty. Miejsce w Podniebnej Twierdzy, gdzie gracz po raz pierwszy w historii Dragon Age sam stworzy broń, zbroję, ulepszy oręż, oprzyrządowanie oraz pancerz. Ale to nie wszystko. Dzięki pozyskanym w trakcie wędrówek materiałom, jego twory będą wyjątkowe. Nie tylko pod względem mocy danego przedmiotu, ale także zalśnią kolorem. Ulepszymy Biankę, dorzucimy do kosturów uchwyty i ostrza, zwiększymy celność łuków oraz rozlew krwi podczas ciosów nożem. W sumie... elegancko i z klasą zatłuczemy wroga. W Kazamatach czeka też na nas niespodzianka, która przywędruje aż z fereldeńskiego Kręgu. Jest nią Dagna. Tę postać mieliśmy okazję poznać w pierwszej części sagi. Nadal jest pomocna, lekko zadziorna i słodziutka. W tym niezwykłym miejscu znajdziemy też sklepik oraz miejsce, gdzie udoskonalimy Twierdzę. Do wyboru mamy naprawdę masę opcji. Wszystko zatem w naszych rękach: od okien, po tron, a nawet wystrój sypialni. To, czego nie uda się nam zrobić zaraz na początku, po czasie stanie się prostsze, bo przecież cały czas jesteśmy zbieraczami receptur, wzorów, etc.

Źródło: http://grejestr.blogspot.com/2014/12/dragon-age-inkwizycja_27.html


Wierzchowce:
Tu bardzo króciutko. Po raz kolejny mamy coś, czego nie było. A jest tym własny wierzchowiec. Żeby go zdobyć, musimy zyskać sobie przychylność nadwornego koniuszego. Dostaniemy od niego kilka bardzo prostych zadań, z którymi uwiniemy się w trymiga. Potem pozostanie już tylko dosiąść wierzchowca i cieszyć się wiatrem we włosach i... muchami w zębach. Konno szybciej przemierzymy lokacje wzdłuż i wszerz. Szczególnie jak czegoś zapomnimy z niej zabrać, tak mnie się zdarzyło. Jedyna wadą jest to, że podczas dosiadania rumaka znikają towarzysze. Było to dla mnie na początku dosyć dziwne. Jednak i do tego da się przywyknąć. Zwierzaków, które możemy dosiąść, jest więcej. Zakupimy je w Podniebnej Twierdzy. A jeśli mamy zakupioną edycję specjalną, dostaniemy bonusowo coś jeszcze. Jest nim Jednorożec z bagien, urocze stworzenie. Wierzcie mi na słowo.


Muzyka:
Na początku miałam problem z oswojeniem się. Nie żeby była zła. Zwyczajnie musiałam do niej przywyknąć. Bardzo żałowałam, że Inon Zur i tym razem nie współpracował z ekipą EA. Jestem jego fanką, więc takie wieści bywają nieco łamiące. Niemniej muzyka jest genialna. Trevor Moris stworzył ścieżkę tak klimatyczną i wciągającą, że czasem nie miałam ochoty opuszczać gry. Strasznie się cieszę, że mogłam ją zakupić wraz z edycją specjalną. Teraz zabieram wszędzie, słucham podczas edycji tekstów lub usypiam nią mojego synka. Naprawdę, on uwielbia „Orlais Theme”. Do niej po krótkim czasie dołączyło wydanie zawierające piosenki z tawern. Nosi ona tytuł „Tawern Song” i można ją było ściągnąć z oficjalnej strony EA za darmo. Cóż mogę powiedzieć, jest epicka. 

Źródło: Przystań Szarego Strażnika.
 

Patrzę teraz na ten tekst i jestem w szoku. Taki długi. Kto to przeczyta? Zatem czas już na podsumowanie mojego radosnego zrzędzenia, bo znając życie pisałabym więcej i więcej. Trudno mi to wszystko ogarnąć, bo naprawdę jest wiele rzeczy, o których warto wspomnieć. I pośród tego wielkiego "WoW" i zachłyśnięcia się grą, są babole i to srogie. Nie ma idealnie. Jednak te bugi, mam nadzieję, zostały już nieco wygładzone, bo irytowały mnie dosyć mocno. Mówię tu o zatrzymaniu postaci podczas bicia bossów. Nagle jakby zwyczajnie się zacięły. Niby grasz, bijesz to coś, ale postaci się nie ruszają. Boss zabity, załącza się filmik i już jest wszystko porządku. Siedzisz sobie zatem przed monitorem i robisz klasyczne "WTF". Bardzo mnie to wkurzyło i zdarzyło mi się dwa razy. Kolejny złośliwy chochlik to... zacinanie się gry w nieodpowiednim momencie. Nie wiem, czy była to wina mojego komputera, ale to też sprawiło, że się odechciewało. Do tego dochodzą lśniące, niczym naolejowane fryzury oraz brody naszych protagonistów. Ja wiem, że silnik, na którym oparta jest Inkwizycja, ma bardzo skomplikowaną animację, ale na litość grzyba czemu służy ten tandetny zabieg? Bardzo mi się to nie podoba. Mam wrażenie jakbym grała Kenem, serio. Kilka razy wpadłam pod tekstury. Kilka razy wlazłam w dziury, z których nie potrafiłam wyjść. Ale to ja. Zawsze lubię chodzić swoimi ścieżkami. Dużym zaskoczeniem okazał się również limit mikstur. Nie przypuszczałam, że ilość toników może mieć tak ogromne znaczenie... a jednak. W pakiecie startowym otrzymujemy osiem buteleczek, w tym pięć dodatkowych na manę czy inne. Mój pierwszy wypad na smoka zakończył się fiaskiem, dzięki właśnie temu limitowi. Niewyobrażanie irytujące są pozamykane drzwi. I nie mówię tutaj o takich, z którymi bez kłopotu upora się byle łotrzyk. Mówię o takich, które zdradzą nam swoją zawartość po wykupieniu skilla, który umożliwi łotrzykowi odblokować talent. Więc włamywacze z nas raczej mierni. I nierzadko dzięki temu zabiegowi musiałam wracać się z powrotem na lokacje. Taki ze mnie gracz... niestety. 
Podsumowując, jest to rozrywka warta wydanych na nią pieniędzy. I, mimo że czasem naprawdę miałam dosyć to nie zmienię zdania. Postaci są dopracowane, lokacje dopieszczone, questy robi się płynnie, przeżywa się wszystko tak, jakby był to prawdziwy świat. Muzyka tworzy niepowtarzalny klimat, który czasem powoduje gęsią skórkę. Jesteśmy zdani na własną intuicję, słuchamy, walczymy i rozszerzamy wpływy. Niszczymy chordy demonów, zamykamy szczeliny i ubijamy wielkie gady, nieumarłych, czy czerwonych templariuszy. Pomagamy uciśnionym, budujemy twierdzę i przede wszystkim niesiemy nadzieję na lepsze jutro. Jeśli nadal Was nie przekonałam, to będzie mi smutno. Zagrajcie, a jeśli się spodoba to łapka w górę.

Opinia napisana na potrzeby Przystani Szarego Strażnika:

Komentarze

  1. Nie gram w gry, ale faktycznie brzmi ciekawie i kusząco, by spróbować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto spróbować czegoś nowego:) Polecam:)

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…