Przejdź do głównej zawartości

Mirosław Tomaszewski "Marynarka" - Recenzja

Źródło: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/194377/marynarka


Na wstępie pisania tej opinii chciałam podziękować za zaufanie oraz przekazanie w moje ręce tej powieści. Chciałam również przeprosić za tak długi okres oczekiwania. Niestety bycie mamą trójki dzieci wcale nie jest łatwe, a zajmowanie się latoroślami bywa niezwykle wyczerpujące. Szczególnie teraz, kiedy zaczął się okres przeziębień, wizyt w szkole i innych, związanych z dzieciakami rzeczami. Niemniej do powieści jako takiej miałam lekko sceptyczne nastawienie. Nie dlatego, że to e-book, bo w końcu czytnik posiadam, a pozycje wydane w formie elektronicznej są dla mnie takimi samymi książkami jak inne, ale z racji takiej, że wydarzenia, jakie zawarł Pan Tomaszewski w publikacji, zbytnio mi nie leżały. Postanowiłam jednak przełamać niechęć do opisywanego okresu historycznego i przeczytałam. Na początku szło mi to niebywale opornie. Odrywana co chwilę od lektury, musiałam nieraz wracać do poprzednich stron i zaznajamiać się z nimi od nowa. I w sumie właśnie w taki sposób przebrnęłam przez lekturę, może słowo „przebrnęłam” jest tutaj źle użyte, niemniej w moim przypadku tak to właśnie wyglądało. Nie mówię również, że powieść jest zła, nie spodziewajcie się psioczenia i kłapania jęzorem, zwyczajnie tak obecnie czytam. Po fragmencie, ponieważ tyle czasu dla siebie mam... czyli minimum.

O samym autorze wiem bardzo niewiele, prócz tego, że ma kochaną żonę, która zadbała o to, by książka trafiła do szerszego grona czytających. Target wybrała różny. Od młodych blogerek po takie starocie jak ja. I powiem, że czytając opinie tej powieści widzę duże zróżnicowanie i to mi się bardzo podoba. Pan Tomaszewski jest autorem kilku innych książek, między innymi: „Ugi” czy „Pełnomocnika”. Pierwsza opowiada o domniemanym spisku na globalna skalę, który jest dziełem wielkich korporacji. Druga zaś jest napisana w kanonie powieści sensacyjnej i opiewa losy bohatera upadłego. Autor tworzy również scenariusze filmowe. Pan Mirosław obecnie mieszka w Gdyni.

Okładka. No tak. E-book, jaki otrzymałam jest jej pozbawiony. Ma jedynie białą stronę z tytułem i stopkę. Niemniej papierowe wydanie już ją posiada. Mogłam obwolutę zobaczyć dzięki popularnemu portalowi lubimyczytac.pl. Muszę przyznać, że jest dosyć prosta, ale i przykuwa uwagę. Tło jest białe, w oddali dostrzegamy żurawie. Prawdopodobnie są one elementem stoczni, być może nawet Stoczni Gdańskiej. Na pierwszym planie zaś główny bohater. Fonty również mi się podobają, są dosyć wymowne. Uważam, że twórca okładki miał dobrze przemyślany ten projekt. To da się zauważyć. Jestem jak najbardziej na tak.

A o czym powieść. Klasycznie już zrobię kopię opisu:
„Sylwester 2004 roku, Warszawa. Umierający na raka mężczyzna ogląda w samotności telewizję, kiedy do jego mieszkania włamuje się dwóch bandytów. Nie chcą pieniędzy. Szukają tajemniczej koperty ZO171270. Gospodarz nie domyśla się, dlaczego jej zawartość stała się cenna. Kiedy napastnicy dostają to, po co przyszli, zabijają świadka.

1 kwietnia 2005 roku, Trójmiasto. Wydaje się, że sześćdziesięcioletni Karol Jarczewski, właściciel prosperującej firmy Karo, szanowany mieszkaniec Gdyni, ma tylko jeden problem. Jest nim Witek, którego zatrudnił dziesięć lat wcześniej. Chorobliwie ambitny chłopak, mąż córki Jarczewskiego, wyraźnie dążący do przejęcia całego przedsiębiorstwa.

Pewnego dnia redaktor naczelny ,,Głosu Bałtyckiego", erotoman i marzący o sławie niespełniony pisarz, dostaje od Witka propozycję - ma napisać książkę o wydarzeniach grudnia 1970.

Marynarka to intrygująca powieść współczesna, w której centrum znajduje się bolesny epizod historyczny i świeże jeszcze rany. Tomaszewskiemu udało się ominąć rafy taniej moralistyki i politycznego zaślepienia”

Muszę przyznać, że nie jest to typowa powieść. Cały czas otrzymujemy coś, co zaskakuje czytelnika. Pan Tomaszewski stworzył dzieło wielowątkowe, które wprowadza czytelnika w świat, który może odbiorca i zna z kart historii, niemniej autor wplata w tekst bohatera nietuzinkowego i godnego uwagi. Adam jest personą na pierwszy rzut oka bardzo prostolinijną. Potem jednak możemy dostrzec, iż jednak posiada on drugie dno. Bywa rozczulający, by za chwilę zirytować i zdenerwować czytelnika. Gburowaty ex-lider zespołu punkrockowego „Amnezja” robi wszystko by zapomnieć. Na jego charakter i zachowanie mają wpływ wydarzenia z roku siedemdziesiątego, kiedy jego życiem wstrząsnęła tragedia. Jego ojca zastrzelono, a jedynym wspomnieniem jakie mu pozostało jest obraz marynarki rodziciela. Zmieni się jednak w momencie, kiedy pozna dziennikarkę Ninę. Człowiek, którego ulubionym zajęciem jest użalanie się nad sobą w końcu zaczyna dostrzegać sens swojego życia, coś na wzór przebudzenia z długiej śpiączki. Nina jednak jest kobieta niebezpieczną. Za sprawą pisania książki o wydarzeniach z lat 70tychdziennikarka wszystkimi możliwymi sposobami próbuje rozwikłać zagadkę feralnego 17tego grudnia. Tym sposobem rani Adama dotkliwie. Lecz to nie koniec jego problemów. Ścieżkę życiową bohatera przecina człowiek o imieniu Karol. Jest dla niego miły i uprzejmy, wręcz traktuje go bardzo łaskawie. Jednak ma w tym swój ukryty cel. Cel, który mnie samą zaskoczył.

Postaci u Pana Mirosława są bardzo wyraziste. Cechuje je przede wszystkim nieprzewidywalność. Jednak i ta ma swoje granice. Dostrzegamy je z dwóch stron. Jako pasywną i agresywną. Czytelnik w pewnym momencie miota się pomiędzy jednym a drugim, nie mogąc tak na prawdę odnaleźć punktu zaczepienia. Niemniej może po czasie dokonać własnego osądu. Autor w sposób prosty, a zarazem intrygujący wrzuca nas w wir wydarzeń.

W trakcie lektury balansowałam na krawędzi rożnych emocji. Raz byłam zrelaksowana, innym razem napięcia sprawiały, że mięśnie tężały pod skórą. Wątki historyczne, które literat umieścił w swej pozycji, doskonale odzwierciedlają okres. Czasem jednak otrzymywałam tylko strzępki, co powodowało niedosyt i lekką frustrację. Czasem jednak jest tego za dużo, co układa się wielobarwny miszmasz, który zakrawa na groteskę, a nawet pastisz. Styl, jakim posługuje się pan Tomaszewski też mnie nieco zbił z pantałyku. Bo raz tekst czyta się gładko, innym razem mam wrażenie jakbym czytała pracę zupełnie innej osoby. Trzeszczy i zacina się, denerwując przy tym niemiłosiernie. Oczywiście zauważa się polepszenie stylu im jesteśmy bliżej końca książki. Niemniej była to chyba jedyna rzecz, która mnie w powieści irytowała, czyli brak spójności.

Czy polecam? Tak, jednak raczej młodszy czytelnik będzie miał lekki problem z tą lekturą. Czyta się ją jednak dosyć płynnie i jest wciągająca. Ja niestety zmuszona byłam zagłębiać się w niej po fragmencie, chyba nie jestem w stanie ocenić jej tak, jakbym sama sobie tego życzyła. Wydarzenia z lat '70tych wywierają piętno na ludziach. Publikacja jednak taka nie jest. Daje nam chwile wytchnienia i zmusza do refleksji. „Marynarka” trzyma czytelnika w przyjemnym napięciu od początku aż do końca. I choć jest to lektura raczej w targecie męskim, to z czystym sercem mogę powiedzieć, że i płeć piękna znajdzie w niej coś dla siebie. 


Za możliwość zapoznania się z książką dziekuję Pani Marii Tomaszewskiej.
Zapraszam też tutaj:)  tomaszewski.edumuz.pl

Komentarze

  1. Z przyjemnością przeczytałam Twoją recenzję, bo choć ja ubrałam moją w inne slowa, to wyczuwam w Twoich podobne emocje towarzyszące mi przy lekturze "Marynarki".
    Pozdrawiam Cię ciepło i życzę Ci byś tych chwil dla siebie miała jak najwięcej :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…