Przejdź do głównej zawartości

"Dziennik Pisarza" - opinia




Źródło: Lubimy czytać



Był sobie konkurs. Konkurs nie byle jaki, bo skusił mojego małżonka do wzięcia w nim udziału, a wierzcie mi, on raczej nie należy do grona osób, które uczestniczą w jakichkolwiek takiego typu zabawach. Masz ci los. Naskrobał biedaczek kilka zdań, podobno na szybko, jakoś tak od niechcenia i... wygrał. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na fp Polacy Nie Gęsi... zobaczyłam jego nazwisko na liście laureatów. Musiałam sobie usiąść, założyć okulary, po czym je zdjąć, przetrzeć oczy i znów zerknąć, gdyż zwyczajnie nie dowierzałam. Potem mi wyjawił, że wziął udział w konkursie tylko dlatego, że chciał wygrać ten kalendarz dla mnie. Urocze, prawda? Ucieszyłam się. Chciałam sprawić sobie to cudeńko. Nie dlatego, że nosi wdzięczną nazwę „Dziennik Pisarza”, ale dlatego, że zwyczajnie kończy się rok, a z nim mój terminarz połączony z kalendarzem traci swoją ważność. Uwielbiam notować, zaznaczać terminy, bazgrolić jakieś bohomazy. Tym sposobem zawsze zapełniam wolne miejsce. Piszę też plany opowiadań, czy choćby książek. Och, tak to dumnie brzmi. Pisarzem nie jestem, lecz grafomanem lubiącym się czasem wynurzyć z otchłani internetów wprost pod ostrzał rządnych krwi i sensacji blogerów i nie tylko.
Patrząc na cudo wyjęte z koperty postanowiłam napisać na jego temat kilka zdań. Może pomogę w dokonaniu wyboru. Wszak czytelników i autorów jest sporo, więc pewnie może ktoś skusi się na zakup kalendarza, lub tez nie. 


Fot: Prywatna

 
Na pierwszy rzut oka okładka i wygląd ogólny. To naprawdę bardzo ładnie wydana pozycja. Obwoluta twarda, starannie wykonana. Pokrywa ją zapewne matowa folia, która będzie chroniła kalendarz przed urazami i otarciami. Trzeba pamiętać, że takie rzeczy trzeba mieć zawsze przy sobie, nie wiadomo kiedy nas wena najdzie. Od noszenia w torebkach, plecakach czy innych rzeczach, bardzo często oprawy kalendarzy jak i książek się niszczą. Wiem po sobie. I sama się dziwię, że mój przetrwał dwa lata bez uszczerbku (miałam wymienne kartki). Na pierwszej stronie mamy nie za dużym drukiem wpisane „Dziennik Pisarza” i rok, któremu jest dedykowany, zaś na odwrocie są dane wydawcy. Na kolejnej możemy wpisać swoje dane oraz ulubiony cytat. Zaskoczeniem okazała się rubryczka pod nazwą; „Tytuł”. Wnioskuje, że chodzi o miano powieści lub opowiadania. Na szczęście jest tam sporo miejsca. Wnętrze nastraja pozytywnie, mamy tam bardzo duże pole do popisu, a raczej do zakreślenia. Na samym dole każdej kartki znajduje się króciutki cytat. Zaś u jej szczytu (nie na każdej stronie) wpisano: „Światowy dzień Pokoju”, czy „Dzień Dziwaka”. Papier jest dosyć cienki, nie wiem jak będzie się sprawował przy moim pisaniu piórem. Wiadomo atrament lubi przesiąkać na drugą stronę. Nie wspomniałam jeszcze, że dziennik jest szyty. To ogromny plus, nie trzeba się będzie martwić, że kartki zaczną nam „fruwać”. Otrzymujemy również zakładkę w formie brązowej tasiemki. 



Fot: Prywatna

 
Wrażenia ogólne.

Bardzo dobre. Powiem szczerze, że nie spodziewałam się tak ładnie wykonanego przedmiotu, który będzie mi służył przez okrągły rok, a może dłużej. Szkoda wyrzucać. Te cytaty są naprawdę bardzo fajnie dobrane. Nie zmienia to faktu, że ten uroczy notatniczek ma swoje wady. Na przykład jest strasznie ciężki. Po wzięciu do ręki odnosi się wrażenie jakby ujmowało się cegłę. Jest też dosyć spory. Nie każda pisząca kobieta ma dużą torebkę, więc może to okazać się kłopotliwe. Kolejną rzeczą, są cienkie kartki i jak już wyżej wspominałam, obawiam się przebijania atramentu na drugą stronę. Przyczepię się też cytatów. Czy ona aby przypadkiem nie powinny być w cudzysłowach? Może się mylę, cóż jestem przecież istota omylną. Brakuje mi miejsca, w którym mogłabym zanotować adresy oraz kilku pustych, nie kalendarzowych stron na tak zwane wolne notatki. Lubię też, jak terminarz zamykany jest na rzep lub gumkę, ten tego nie posiada. Nie ma tez miejsca na długopis lub pióro.



Fot: Prywatna


  Reasumując:

Plusy:

- Nowość,
- Starannie wykonany,
- Trwały,
- Przejrzysty,
- Dużo miejsca na notatki,
- Twarda okładka,
- Zszywane kartki,
- Inspirujące cytaty.



Fot: Prywatna

Minusy:

- Ciężki,
- Duży,
- Cienkie kartki,
- Brak kartek na zwyczajne notatki,
- Brak miejsca na adresy,
- Brak zamknięcia (zatrzasku, gumki),
- Brak miejsca na długopis.


Fot: Prywatna





Czy polecam? Oczywiście, że tak. Nie mniemam się pisarzem. I choć nazwa dziennika może okazać się myląca, to z powodzeniem mogę go polecić nie-autorom i nie-pisarzom. Myślę, że każdy lubiący terminarze i notatniki będzie zadowolony. Maniacy bazgrolenia i planowania powinni być bardzo usatysfakcjonowani. Ja w nim już dziś napiszę kilka punktów dotyczących pierwszych dwóch rozdziałów mojej najnowszej grafomanii. Po co czekać do stycznia, nie?



Dziekuję:  



Oraz







Komentarze

  1. Też próbowałam wygrać, ale się nie udało. Więc gratuluję mężowi. I Tobie! Miłego pisania :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam nie lubię takich rzeczy, przez pierwszy tydzień coś nabazgrzę a potem zapominam i rzucam w kąt :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja lubię. Jestem zapominalska. Planner zawsze mi pomaga. Tylko czemu ten jest taki ciężki :( Obecnie mam napakowany papierzyskami terminarz i jest połowę lżejszy od tego. No cóż, nie można mieć wszystkiego ;p

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…