Przejdź do głównej zawartości

Wpis z cyklu: Radosna twórczość Stag - roboczy fragment najnowszej grafomanii.

Źródło: http://www.touchofart.eu/Stanislaw-Tobiasz/stob17-lany-zboza/


Ostatnimi czasy na bogu cisza jak makiem zasiał. Nie mam czasu na czytanie, a już tym bardziej pisanie. Przez pewien czas myślałam nawet, że ciąży nade mną jakieś fatum i raczej długo niczego nie nabazgrolę. A jednak. Zły omen przerwany za sprawą ultra cichej klawiatury. Niestety i ona ma swoje wady. Silikonowe klawisze nie są tak czułe jakbym tego chciała. I może nie budzę już stukaniem synka to i tak muszę się nieźle nadenerwować. Dlaczego? Bo z reguły piszę bardzo szybko, tu się zwyczajnie nie da. Bardziej skupiam się na wciskaniu guziczków, niż na pomysłach gnieżdżących się w mojej głowie. Ale do rzeczy. Prezentuję Wam wstępny szkic najnowszej grafomanii, jaką mam zamiar w najbliższym czasie zacząć pisać. Tytuł roboczy to „Równiny zapomnianych dusz” i będzie to lekki romans w kanonie fantasy. Takie mam założenia, wiem jednak, że plany, przynajmniej w moim przypadku, lubią ulegać drastycznym zmianom, i z lekkiej lekturki wychodzi mi krwawa jatka.

Kochany czytelniku. Tekst może zawierać błędy... wszelakie. Bądź zatem litościwy i daj mi się cieszyć tą chwilą.

Miłego czytania.

"Budził się nowy świt. Słowiki niosły swój trel ponad złotymi łanami zbóż. W oddali, zamazane jeszcze przez poranne mgły, majaczyło niewielkie, ciche miasteczko Roharion. Równina ciągnęła się po horyzont. Wszędzie dostrzec można było łany, kartofliska czy pola obsadzone marchwią i kapustą. Tam gdzie połaciami rosła zielona trawa, młode pasterki pasły gęsi, kozy i krowy. Okolica słynęła z produkcji wybornego sera. Szczyciła się również pięknymi wyrobami ze skór, metaloplastyką oraz cukiernictwem. Tamtejsi piekarze wypiekali cudownie, aromatyczny chleb i bułeczki tak chrupiące, że sam król zachwycał się nimi będąc w gościnie u wójta. Samo miasteczko miało coś w sobie, co pociągało do niego wędrowców i kupców. Może była to budowla dumnie nazywana „katedrą”, a może klimat i atmosfera panująca w tym miejscu. Budynki mieszkalne ustawiono blisko siebie, a kobiety latem wieszały pomiędzy nimi pranie. Dzięki temu przechodnie mieli nad głowami trzepoczący, wielobarwny kobierzec. Błękitne okna i drzwi domostw, kontrastowały z szarym kamieniem i rudymi dachami. Urocze wąskie uliczki usiano sklepikami i warsztatami. Na obrzeżach zaś przycupnęły niewielkie gospodarstwa rolne, w których od świtu do zmierzchu rolnicy uwijali się niczym pszczoły w gwarnym ulu. Miasteczko otoczono koroną drzew i sadów. Latem pachnących od dorodnych owoców, a wiosną pyszniące się wielobarwnym kwieciem. Trakt prowadził wędrowców wprost w ramiona spokojnego i nieco ospałego rytmu miasteczka. Wysokie i smukłe topole, rosnące po jego obu brzegach, rzucały długie cienie na piaszczystą drogę.
     Lecz nie zawsze tak było. Kilka wieków wcześniej, tą spokojną mieścinę pustoszył wir wojny. Spór toczył się o koronę i był tak zajadły, że wyginęła prawie połowa ludności. Nie tylko z rąk żołdaków, ale również dzięki chorobom. Rękę do klęski pospólstwa przyłożyli też magowie bezkarnie siejąc zarazę i śmierć. Było ich niewielu. W sumie w każdej z armii dało doliczyć się raptem kilku. Nikt nie wiedział skąd przybyli i kim tak naprawdę są. Twarze mieli blade, policzki zapadnięte, oczy zaś jarzyły się ogniem, lub przeszywały na wskroś niczym lodowym ostrzem. Ten kto stanął oko w oko z walczącym czarownikiem nie żył długo. Ginął okrutną śmiercią. Wojna zaczęła się w końcu kończyć. Wojska powoli przesuwały się coraz bardziej na południe, w stronę gór, a niedobitki szybko rozpierzchały się lub ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Krążyły plotki, że porywa ich tajemnicza zjawa mieszkająca głęboko w lasach Riohanii. Nikt jednak jej nigdy na oczy nie widział poza... druidem Variasem, który postanowił za wszelką odnaleźć sprawcę, który był niczym mgła unosząca się nad ziemią. Stare księgi donoszą, że udał się on w góry do jednego z klasztorów, by powrócić z stamtąd z garścią runicznych kamieni ukrytych w sakwie. Stary kapłan kazał potem wybudować wieżę, na samym środku równiny poświęconej bogini Armadii. Z solidnego kamienia, taką, która przetrwa setki lat. Długo szukał rzemieślnika, aż w końcu udało mu się nająć odpowiednią osobę. Mężczyzna wielki niczym tur, o twarzy smagłej i grubej, z dłońmi niczym łapy niedźwiedzia. Budowla powstała w ciągu jednego roku i mierzyła raptem dziesięć metrów. Kiedy stary Varias doszedł do wniosku, że jest wystarczająco gruba i solidna, zapłacił kamieniarzowi i odesłał go bez sowa wyjaśnienia. Ten przyjął zapłatę i wrócił do swoich dawnych, starych obowiązków. Nigdy też nie wspomniał o współpracy z druidem. Prości ludzie nie zadawali pytań, wiedzieli bowiem, że starzec ani kamieniarz im nie odpowiedzą. Kapłan znikał potem na jakiś czas, lecz wrócił odmieniony i bardzo słaby. Niebieskie żyły wypełzły na jego ciało niczym postronki, grube i poplątane. Bladość zagościła na jego licu. Oczy też straciły swój blask, jakby zapadły się głęboko w czaszkę zostawiając po sobie cień swojej dawnej świetności. Pogłoski mówią, że otoczył basztę ścianą ognia, a sam zamurował się w jej wnętrzu. Nikt nie pamiętał ile czasu tam spędził utrzymując płomienie. Jęzory ognia wzbijały się coraz o wyżej, aż w końcu otuliły całą wieżę. Podobno stoczył tam walkę z jakąś istotą, o mocy przewyższającej jego umiejętności. Stary mag długo nie odpuszczał, aż sam nie dał się wraz z monstrum pochłonąć przez magiczny żar. Od tego czasu budowla ta stoi tam nienaruszona, na samym środku równiny. Nie ma już na niej śladów sadzy ani ognia. Wokół rolnicy obsiewają ziemię, a na szczycie ptaki budują gniazda. Nikt tak naprawdę nie wie co znajduje się wewnątrz, i po co tak naprawdę powstała. Prawdą jest to, że trakty uspokoiły się, a ludzie odetchnęli z ulgą. O dziwnej istocie bardzo szybko zapomniano. Czasem jakiś wędrowiec lub przyjezdny kupiec zaciekawił się niezwykłą konstrukcją, szybko jednak i on tracił nią zainteresowanie, jakby obojętność była wpisana w jej istnienie. Często wokół bawiły niej bawiły się dzieci. Szczególnie latem, kiedy trwały zbiory. Czasem wczesną wiosną, jak obsiewano pola. A, że miasteczko rozrastało się i kwitło, coraz bardziej się do niej zbliżało. Teraz wystarczyło raptem piętnaście minut by stanąć w jej cieniu. Z tej okazji korzystały dziatwy, zakochane pary i wiejskie kundle. Często też przesiadywali tam drobni miasteczkowi pijacy, sącząc piwo i śpiewając do późnych godzin nocnych.
     Historię wieży opowiadały matki swojemu potomstwu, co rusz ubarwiając ją i dopisując własne zakończenie, tak by dzieciom nie znudziła się opowieść. Tym samym druid urósł do rangi bohatera oraz postaci tak mitycznej i boskiej, jak sama kapłanka tych ziem. Zapasiki tych wydarzeń znajdowały się w katedrze usytuowanej na samym środku Roharion. Podobno spisał je w kronice sam daleki krewny kapłana, bard o imieniu Zaharisz, który podczas wojny o sukcesję towarzyszył samem królowi. Miał on jednak złą sławę i wielu tak naprawdę nie wierzyło jego opowieściom. Katedra nie grzeszyła wielkością, ale za to była smukła i dostojna, a jedynym jej mieszkańcem Roderik. Gnieżdżący się w przybudówce wraz z kundlem Olegiem. Kulawym, białym psem, który podobno potrafił przepowiadać przyszłość. Starzec twierdził, że przemawia przez niech sama boska. Nikt jednak w te bzdury nie wierzył poza właścicielem zwierzaka. Zdarzało się, że mężczyzna wybiegał niespodziewanie ze swej siedziby, nie raz w samej bieliźnie, krzycząc o kolejnym objawieniu lub głosie, który każe mu czynić to lub owo. Spotykało się to najczęściej z ogólną wesołością. Dzięki temu zyskał miano dziwaka i moczymordy, bo czasem lubił sobie ociupinkę za dużo chlapnąć. Roderik jak i jego pies, utykał. Nosił poszarzały ze starości płaszcz i brązowe porcięta w pasie przewiązane parcianym sznurkiem. Butów nie lubił, to też jego stopy pokrywała gruba warstwa zrogowaciałej skóry. Dłonie za to miał zręcznie i wystarczająco silne, aby samemu dbać o katedrę. Wszyscy się dziwili, jakim cudem udaje mu się utrzymać w porządku tak spory budynek. Pytany odpowiadał, że to boska ręka bogini Armadii sprawia, że żyje tyle lat i jest silny jak sto wołów. Czasem w trakcie dożynek pomagały mu dziewczęta rumiane niczym wypiekany w tym mieście chleb. On zaś uśmiechał się do nich obnażając dziąsła już dawno pozbawione uzębienia. Katedra tonęła wtedy w kwiatach, kłosach i darach dla jedynej i słusznej królowej tych ziem, bogini płodności, rzemiosła, urodzaju i domowego ogniska Armadii."

cdn...





Komentarze

  1. Przyznam się, choć może nie powinnam, bo to trochę płytkie, ale już sam tytuł jest przyciągajacy i znając siebie sprawiłby, że zwróciłabym uwagę na książkę. Co do samej treści... poproszę więcej!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :) Sama jestem ciekwa jaki z tego nowy babol powstanie ;p Plan mam, teraz tylko prosić Odkupiciei lub samą boginię Armadię o czas i siłę:3

      Usuń
  2. Bogowie, jakie to piękne przeżycie! Znaleźć w sieci coś napisanego piękną, literacką polszczyzną. W flowem, melodią języka, rytmem opowieści.
    Dziękuję. To pierwsza rzecz, jaką przeczytałam po zwleczeniu się z łóżka w bezsenną noc i od razu mi lepiej. :)
    Miłego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być pochwaloną przez samą szefową ŚKF to zaszczyt. Dziękuję bardzo:)

      Usuń
  3. No i się zakochałam, co tam błędy:
    http://x3.cdn03.imgwykop.pl/c3201142/comment_jmwG8YYD83ZFG2ppeVrSvKbX3Hznp0t9.gif

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…