Przejdź do głównej zawartości

Mateusz Sękowski "Dziedzice Krwi" - Recenzja

Źródło: Wydawnictwo Novae Res



Przerywam ciszę na blogu, na jak długo? W sumie nie mam pojęcia. Teraz, kiedy urodził mi się syn, nie mam czasu zupełnie na nic. Myślałam, że będzie inaczej, niestety na „myśleniu” się skończyło. Międzyczasie, jak dziecko mi zasypia, próbuję nadrabiać zaległości. Z jakim skutkiem? No raczej miernym. Tak słabym, że czytam po jednej stronie czasem po dwie. Z „Dziedzicami Krwi” udało mi się zapoznać już jakiś czas temu, a to za sprawą mojej wizyty w szpitalu, jeszcze przed narodzinami najmłodszej latorośli. Może i książeczka nie należy do cieniutkich, nie mniej fabuła jest tak prowadzona, że kartki przewraca się bardzo szybko, no i nauczyłam się szybciej czytać. To kolejny plus bycia molem książkowym. Pan Mateusz swoje naczekał się na opinię. Oczywiście zapoznałam go ze swoimi uwagami, tak pokrótce, po przeczytaniu powieści. Opinia zatem jest formalnością. Oczywiście w ferworze zdarzeń, jakie mi ostatnio towarzyszą, przegapiłam urodziny bloga. Chyba serio nie jestem rasowym blogerem. Nic nie szkodzi. Nie mniej z „dumą' mogę powiedzieć, że 15 lipca minął rok od założenia tego nieszczęsnego, lub szczęsnego tałatajstwa, na które o dziwo ludzie wchodzą i czytają moje grafomańskie wypociny. Dziękuje zatem za to. Może warto dalej to ciągnąc... któż to wie.

O autorze wymienionej wyżej powieści jest w internetach raczej niewiele. Pokusiłam się zatem o zapytanie go, kim jest i skąd pochodzi. Pan Mateusz zgodził się odpowiedzieć na kilka prostych pytań, zatem wklejam Wam jego słowa. Mówi o sobie tak:

„Jeżeli chodzi o biografię, nie mam zbyt wiele do napisania. Urodziłem się w 1996 w Oslo, aktualnie kończę V LO Poniatowskiego w Warszawie. Czytam praktycznie wszystkie gatunki, choć najbardziej preferuję fantastykę. Jeżeli chodzi o powieść, z większości książek które czytałem wyciągnąłem coś, co wpłynęło na jej finalny obraz. Szczególnie inspirowałem się Sapkowskim, Piekarą, nieco Prachettem. Interesuję się literaturą, psychologią, muzyką, medioznastwem, kaligrafią. Lubię też oglądać filmy. Moje teksty ukazały się min. w Magazynie "Fanbook" oraz "Materiały Niezamówione". Obecnie kończę drugą cześć Dziedziców. później zamierzam poświęcić czas na trochę inny projekt. „

… A o czym „Dziedzice krwi”? Tradycyjnie już zrobię kopie opisu powieści:
„Ćwierćelf Aerdin Veske przebywa długą drogę, chcąc wypełnić dawno obiecaną zemstę - ukarać tych, którzy kiedyś wymordowali jego bliskich. Gdy dociera do Wisielczych Marnot, a najlepszy handlarz informacji derveńskiej ziemi podsuwa jedynie stary trop, nie pozostaje mu nic lepszego, niż za nim podążyć.
Nie okazuje się to jednak wcale proste, zważywszy na to, że już dwa dni później czeka na śmierć w więziennej celi, skazany przez jaśnie Pana Kircholma.

Przedzierając się między szeregami najemniczej armii Czarnych Słońc wędrowiec dociera na bitwę pod Gwerną i wkrótce uświadamia sobie , że Kircholm był tylko małym elementem znacznie większej tajemnicy, która pociągnie za sobą więcej, niż komukolwiek mogło by się wydawać...

A skąd to wiem? Uwierzcie mi przyjaciele, że za skromny mieszek złota można wiele się dowiedzieć.

A ja wiem wszystko, co wiedzieć warto.

Znajomy

Koniecznie pozdrówcie ode mnie Jego Wysokość Dejmara!”
Źródło: Wydawnictwo Novae Res

Jak zawsze słów kilka o okładce. Czy mi się podoba? Raczej mam mieszane uczucia. I się podoba i nie. Coś mi w niej nie pasuje. Jakby gryzło się z moją prywatną wizją tej oprawy. Może dlatego, że raczej spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Jest w niej jakiś element, który mnie drażni. Może to te spojrzenie rzeczonego bohatera, a może nasycenie barw. Sama nie wiem. Nie mniej jest to okładka, która przyciąga wzrok i może się podobać. Dobrze też oddaje charakter postaci. Wszak nasz Aerdin to taki protagonista bardzo pewny siebie, ale o nim za chwilę. Podobają mi się za to fonty oraz ich rozmieszczenie. Tak samo czcionka. Dzięki niej oczy się nie meczą i czyta się książkę płynnie i szybko. Lubie też tą gramaturę papieru, więc cud miód. Ogólnie wszystko jest ładnie i starannie dopracowane. Pozycja jest leciutka (wagowo). To kolejny plus. Wydawnictwo jest znane z pięknie opracowanych okładek, zatem w tym przypadku kończę moje psioczenie.

Od pierwszych stron powieści rzuca się nam w oczy postać głównego bohatera. Nie ma w tym nic niezwykłego, przecież główna kreacja musi być wyraźna. Nie mniej, w tym przypadku dostajemy zakochane w sobie książątko. Szczerze nie lubię tej postaci. Jest irytujący, wpatrzony w siebie, przeświadczony o swojej nieomylności, za każdym razem podkreślający fakt, że należy do arystokracji. Ja się pytam czemu? No „dlaczemu”, no? Podobno jego misja ma być dyskretna, że zemsta, jaką ma dokonać na zabójcach jego rodziców, ma stać się kwintesencją jego istnienia, iż nie spocznie dopóki nie dopnie celu. Kroczy więc dumnie po świecie i robi rzeźnię. Dosłownie. Nie ma strony w tej książce, na której nie padł by choć jeden trup finezyjnie położony ostrzem naszego arystokraty. Aż mi się na usta ciśnie odrobinę sarkastyczne zdanie: Że Pan Martin to pewnie ukradkiem łzy obciera. Bo więcej tam trupa niż w całej „Grze o tron”. Koniec uszczypliwości. Nie zmienia to faktu, że jedyna postacią, która wydała mi się fajna jest Letho. Nie piszmy jednak o nim. Czytelnicy samo go sobie odnajdą na stronach powieści.

Styl. No i tu jest raz dobrze, a raz bardzo źle. Doszukałam się masy błędów, ale to jestem ja. Niektóre rzeczy są bardzo nieprzemyślane i rzucają się oczy. Biorąc pod uwagę fakt, że zwracam uwagę na zupełnie inne kwestie niż większość, niektórych baboli pominąć się nie da. Jak choćby wyżej wspominana pędząca na łeb na szyję fabuła. Szczerze przewidziawszy brakowało mi opisów czegokolwiek. A jak się już pojawiały, potraktowane były bardzo po macoszemu. W sumie to sama nie wiem, jak wyglądają niektóre postaci spotkane na drodze zemsty naszego Aerdina. Są jakby cieniami, które przemykają nam przed oczami. Zlewają się z tłem i szybko o nich zapominamy. Nie ma tam nic wyraźnego poza zadufaniem w sobie głównym bohaterem. Moim zdaniem książkę o takim nasyceniu akcji, dało by się rozpisać na minimum dwa tomy i to spasłe tomiszcza. Walka też jest raczej słaba. Tu świśnie miecz, a tam głowa potoczy się po zwilżonej rosą murawie. Brak jakiegokolwiek przygotowania bohatera do niektórych wątków, tam zwyczajnie wszystko się dzieje, a wszyscy wiedzą to i owo, a czytelnik nie wie nic. Może tutaj jestem zbyt ostra i powinnam debiut potraktować nieco łagodniej, ale przychodzi mi to z trudem. Pan Mateusz zna moje zdanie na temat jego książki i chyba jestem usprawiedliwiona.

Plusy? Owszem są. Przede wszystkim historia. Może i wydaje się banalna, ale jest na tyle interesująca, że zmusza czytelnika do zagłębiania się w lekturę, nawet jeśli dostrzega masę drażniących rzeczy. To nie zmienia faktu, że chce się znać zakończenie. Można sobie nawet dla zabawy wklejać karteczki albo robić zakładki, i liczyć te nieszczęsne gęsto ścielące się trupy. Autor nie daje wytchnienia, wodzi za nos. A jeśli już fabuła zwalnia to raczej na sekundę. Kolejny plus powieści to wprowadzenie takich ras, jak krasnoludy, elfy. Mamy zmiennokształtnych, magów, potwory oraz duchy. Pojawiają się nawet sukuby. Te mnie zaskoczyły. Powieść napisana jest też bardzo specyficznym językiem, do którego trzeba przywyknąć. Krasnoludy operują charakterystyczną dla nich, nazwę to gwarą. W niektórych momentach usta same wykrzywiają się w uśmiechu. Ci krępi i uparci wojownicy są prześmieszni, nawet jeśli na daną chwilę są wyjątkowo poważni. Romantyczne dusze otrzymają wątek romansowy, choć wydaje mi się, że Pan Mateusz powinien jeszcze popracować nad opisywanymi relacjami damsko-męskimi. Moim zdaniem nieco suche i pozbawione napięcia.

Mimo tego całego mojego jazgotania i psioczenia książka wywarła na mnie dosyć pozytywne wrażenie. Wiem, że twórca ma przed sobą długą drogę i musi jeszcze się wiele nauczyć, ale wiem też, że z odrobiną chęci oraz posiadając motywację osiągnie swój cel. Ja osobiście ostatnio jestem bardzo surowa, ale zaczynam mieć już mocno sprecyzowany pogląd na niektóre rzeczy, stąd moje opinie takie, a nie inne. Pozycja spodoba się młodszemu czytelnikowi. Myślę, że spokojnie mogłabym tu podać target piętnaście +. Mawiają: nie ryzykujesz nie żyjesz. Ta lektura była dla mnie pewnego rodzaju ryzykiem, gdyż jakoś nie przepadam za wydawnictwem w jakim została wydana. Jeszcze mi się nie zdarzyło abym nie znalazła tam błędów w publikacjach tego wydawnictwa. No, ale ja to ja. Doskonale zdaje sobie sprawę, że sama nie jestem krystaliczna, więc dajmy sobie margines błędu i doskonalmy się wtedy kiedy tylko mamy na to sposobność. Polecam wszystkim tym, którzy lubią debiuty oraz fantasy z elfami, krwią i niebywale wartką akcją.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi oraz wydawnictwu:






Komentarze

  1. Zgadzam się w prawie całej rozciągłości :-) Mnóstwo błędów językowych. Dla mnie fabuła była nudna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie czytałem, ale chyba jednak sobie daruję. Nie znoszę błędów w pisowni. Noi jak nuda to nuda. Mam ostatnio trochę czasu na czytanie bo trafił mi się druk wielkoformatowy Wrocław to moje miasto i szukam głównie wśrod lokalnych autorów ale chętnie sięgnę po coś innego.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…