Przejdź do głównej zawartości

Michalina Kłosińska-Moeda "Kochaj i jedz, Brazyliszku" - Recenzja

Źródło: Wydawnictwo Replika



Ostatnio jest u mnie cicho. Nie myślcie, że spoczęłam na laurach... w sumie, mogło by to tak wyglądać. To prawda, że z czytaniem jest gorzej, to fakt. Za to obdarzono mnie ogromnym zaufaniem i powierzono niemały stosik tekstów do zredagowania. Zatem tkwię przed komputerem, skrzętnie wyłapując drobne uszczerbki, jakie pozostawili autorzy powierzonych mi opowiadań, fragmentów książek, czy artykułów. Konkluzja z tego taka, że nadal jestem pochylona nad literkami. Ja to lubię, więc chyba jest dobrze. Nie mniej, jak każdy książkoholik, jestem zawsze łakoma na nowe pozycje wydawnicze. I tym oto sposobem, po raz kolejny, udało mi się pozyskać coś miłego i odprężającego do poczytania. Oczywiście szczota. Na papierek będzie mi dane poczekać. Nawet nie wiem, czy mi się należy. To wydawnictwo zadecyduje. Książeczka, może i skromna objętościowo, przerobiona przeze mnie na PDF (wybaczcie prywatę), wydała mi się ciekawą. Z twórczością Pani Moedy miałam już styczność przy okazji czytania komedii romantycznej „Kota lubi szanuje”. Ta niezobowiązująca lekturka umiliła mi dwa wieczory. Z tą było podobnie. Raczej nie spodziewałam się literatury wysokich lotów. Wręcz przeciwnie. Powieść miała mnie odprężyć i wprowadzić w dobry nastrój, a nie wpajać uniwersalne wartości wprost pod czaszkę. Publikacja nie jest bez wad. O tym w dalszej części opinii. Lecz nie zrażajcie się proszę, bo w sumie nie ma czym. 


Źródło: Wydawnictwo Replika


Oczywiście okładka. Klasyka gatunku. Cóż tu wiele o niej mówić. Prezentuje się niczego sobie. I jest żółta. Brr. Tak to kolor przeze mnie równie znienawidzony, co róż. Ale to ja, więc się proszę nie zrażać. Ten odcień ma się kojarzyć ze słońcem i latem oraz ma wprowadzać czytelnika w miły, odprężający, wakacyjny nastrój. Konie usytuowane na drugim planie obwoluty, są tego doskonałym przykładem. Przecież teraz tak modne są wczasy agroturystyczne, gdzie spragnieni kontaktu z naturą mogą odpocząć od miejskiego zgiełku. Komary gratis (nie mogłam się powstrzymać ;p). Nie zmienia to faktu, że przyciąga to uwagę i jest miłe dla oka. No i nie zapomnijmy, że pozycja jest z gatunku literatury kobiecej, więc raczej to do czegoś zobowiązuje. Miłośnicy tego typu książek zapewne się ze mną zgodzą, że taka okładka to strzał w dziesiątkę. Zatem nie ma się do czego przyczepić. A odbiór oprawy graficznej jest wyłącznie moim odbiorem subiektywnym... no nie wybrzydzajmy.

To teraz kilka słów o autorce. Strasznie nie lubię się powtarzać, więc jeśli pozwolicie zrobię kopię mojego ostatniego tekstu. Tak dla przypomnienia oczywiście. Bo coś mi się zdaje, że raczej życiorys naszej literatki nie uległ zmianom. (Tekst jest mój)

„A kim jest Pani Michalina. No właśnie kobieta enigma. Przekopałam nieszczęsne internety w poszukiwaniu choć odrobiny informacji na jej temat i co? Brzydko powiem - jajco. Nie znalazłam niczego prócz informacji na jednym z blogów literackich, że nasza kochana autorka lubi czekoladę i koty... Już ją lubię. Na pomoc przyszła mi jedna z blogerek, która ma autorkę w znajomych na Facebook. Uf - pomyślałam sobie to bardzo ułatwi mi zadanie. Literatka odpisała, i takim oto sposobem mam kilka zdań na jej temat. Pani Michalina pochodzi z Krakowa, studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Emocjonalnie związana jest z Warszawą. Uwielbia gorzką czekoladę, dachowce i Brazylię. Seriale i ogląda w oryginale, a kraj ten sprawia, że czuje ciepło na sercu. Nie lubi też myślenia stereotypowego i uważa, że powieść jest ważna, a nie sam autor. Jej dwuczłonowe nazwisko również kryje w sobie tajemnicę. Ponieważ słowo „Moeda” to Portugalsku moneta. Mamy tutaj zatem kolejną autorkę ze zgrabnym pseudonimem. Coraz częściej się z tym spotykam. Tylko mnie zastanawia jedno. Dlaczego tak robią? Na niektóre pytania udało mi się uzyskać odpowiedzi, a na niektóre nie. Nie bawmy się zatem w detektywa i zostawmy to tak jak jest. „Kota lubi szanuje” nie jest pierwszą powieścią pisarki. Zatem nie mamy tutaj do czynienia z debiutantką. Pierwszą książką jaka wyszła spod pióra Pani Michaliny są „Miłosne kolizje” Niestety nie czytałam, może kiedyś się skuszę, któż to wie. „

A teraz opis powieści zaczerpnięty ze stron wydawnictwa Replika:

„Edyta pracuje jako kelnerka w Copacabanie – jedynym barze znajdującym się w maleńkiej miejscowości, w której mieszka. Szara rzeczywistość nie przeszkadza dziewczynie w snuciu kolorowych marzeń o barwnej Brazylii, jej gorącym klimacie, atmosferze korowodów, tańcach i strojach z piór i cekinów. Marzy, że pewnego dnia spotka przystojnego Latynosa, który zabierze ją do nieśmiertelnego Rio de Janeiro.

Nieoczekiwanie okazuje się, że sny Edyty mogą się spełnić. Pewnej zimy miejscowość przeżywa prawdziwy najazd Brazylijczyków – syn właściciela Copacabany bierze ślub z poznaną w Niemczech Brazylijką niemieckiego pochodzenia.

Edyta poznaje nieziemsko przystojnego Césara i tajemniczego Marka. Obaj mężczyźni są zainteresowani Edytą. A jakie szanse ma dawno odrzucony przez Edytę miejscowy chłopak z sąsiedztwa, Piotrek?”

Tak jak wspominałam książkę czyta się bardzo szybko. Pierwsze wrażenie sprawiła dość swojskie, i w sumie ta swojskość pozostała do końca. Postaci są przaśne, jakby wyjęte z zupełnie innej epoki, mimo że w tle rozbrzmiewają dźwięki z „Ona tańczy dla mnie”. Pani Moeda bardzo zgrabnie ujęła wątek brazylijski. Na tyle ciekawie, że sama mnie zainteresowała nie tylko kulturą, ale i mentalnością rodowitych Brazylijczyków. Oczywiście fanką seriali i potraw nie zostanę, lecz na pewno zainteresuję się literaturą z tamtych, jakże gorących regionów świata.

Poziom i styl bardzo podobny do „Kota...”, ale jednak czegoś mi tu brakowało. Odczuwałam pewnego rodzaju niedosyt, jakby autorka pisała tę książkę za szybko. Niby wszystko dobrze. Tekst dopracowany, przemyślany, z pewną dozą przewidywalności oczywiście jak to w tego typu powieściach bywa. A jednak było coś co mi zgrzytało. Doskonale zdaję sobie sprawę, że jest to literatura, która ma czytelnika wprowadzić w romantyczny, lekko frywolny nastrój, jednak według mnie napisana jest zbyt prosto. Wątki, których nomen omen jest nawet sporo, można by było rozwinąć nieco szerzej. Rozpisać postaci, sprawić by były bardziej interesujące. W sumie, szczerze powiedziawszy to tak naprawdę, byłam jedynie w stanie sobie wyobrazić Brazylijkę Edwiges lub może powinnam napisać spolszczoną wersję jej imienia, Jadzię. Nie podoba mi się to. Takie rzeczy jakoś mnie odrzucają. Już wolałabym osobiście nazwać ją Edzią niż Jadzią, ale może zostawmy ten temat.

Nasza główna bohaterka, Edytka. Miałam wrażenie, że jest to dziewczyna pozbawiona wyobraźni i może od połowy książki zaskakuje nas kreatywnością i nietuzinkowością swoich pomysłów to, jest płaska nijaka i bezbarwna. Stanowi szare tło. W sumie, mogło by jej nie być. Drażnił nie tylko sposób bycia, ale i infantylne, godne gimnazjalistki okrzyki „Jaa-cie”. Nie znam nikogo, kto by w tych czasach tak się wysławiał. Nie jestem również stałą bywalczynią małych miasteczek, ale śmiem wątpić, że i tam tego typu powiedzonka są stosowane. Zaskakuje mnie też kwestia seksualności rzeczonej dziewoi. Jestem w szoku, ponieważ jest... dziewicą. Pani Moeda tym faktem wbiła mnie w fotel. Nie wiem, czy pozytywnie czy nie, gdyż nadal się zastanawiam jakim cudem. Niby jest to fajny zabieg, z drugiej strony, jak na naszą rzeczywistość, jakoś mocno naciągany. No i ten jej stosunek do mężczyzn rodem z brazylijskich seriali. W niektórych momentach miałam wrażenie, że połamie sobie nogi (dosłownie) uciekając przed facetami.

Ogromnym plusem powieści, a raczej powiastki, jest jej oryginalność. Może nie czytam wielu książek obyczajowych, tym bardziej komedii romantycznych to i tak z czystym sercem mogę powiedzieć, że mi się podobało. Na duże brawa zasługuje wnikliwość autorki, a mowa tu o niczym innym, jak zmyśle obserwacji. Strzałem w dziesiątkę okazało się bardzo szczegółowe ukazanie małomiasteczkowej sielanki, poprzetykanej wątkami plotkarskimi. Wszędzie znajdzie się osoba, która pożywia się pomówieniami i snuje domysły. Wydarzenia splatają się w jedną, spójną całość, tym samym wciągając w nie czytelnika. W pewnym momencie nie można tak po prostu odłożyć książki, ciekawość nas zżera. Trzeba dobrnąć do końca. I choć nie jest to lektura, która na długo pozostaje w pamięci, to pozwala nam na chwilę odsapnąć od otaczającej rzeczywistości. Nie ma tu monotonności i zastoju akcji. Wszystko ma swoje miejsce i czas, splata się ze sobą tworząc przyjemną fabułę. Mieszkańcy są barwną falą podrygującą w takt „Lambady”, przetykaną drinkami z palemką, urodziwymi brazylijskimi młodzieńcami i „szlachtą polską” pijącą pod monopolowym wina „patykiem pisane”. Czyli nic innego cud miód i orzeszki... nerkowce oczywiście.

Komu polecam? Wszystkim. Spodoba się i kurom domowym, i kobietom ciężko harującym w osiedlowych marketach. Znajdą też coś dla siebie młode dziewczęta, spragnione romantycznych, niekoniecznie frywolnych uniesień. Zawiodą się ci, którzy lubią wszechobecny w książkach seks. Nie ma go. Są za to zmysłowe pocałunki, krówki na pastwiskach, urocza bazylika w kowbojkach i ciamajdowata główna bohaterka, którą w sumie da się lubić, gdyż jest odzwierciedleniem typowej małomiasteczkowej dziewuchy. Całość okraśmy jeszcze soczystymi sokami z arbuza i ogórka i oto mamy przepis na fajne danie. Na końcu lektury czytelnicy dostają specjalny upominek od autorki. Mnie osobiście bardzo zaskoczyła, pozytywnie dodam. Na pewno skorzystam. Co to? Nie powiem, niech to będzie niespodzianka. Przeczytajcie i dajcie się porwać brazylijskiej sambie. Polecam:)

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję wydawnictwu:

Komentarze

  1. Jestem skłonna skusić się na nią, ale specjalnie polować nie będę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toto taka wakacyjna książeczka. Drink, parasolka i słoneczko, plus właśnie ta książeczka:)

      Usuń
  2. Książkę właśnie już skończyłam i mam podobne odczucia ;)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio trafiłam na program z panią Pieńkowską, i byłam w szoku, to była jakaś śniadaniówka, i pani poważna redaktor nagle wydobyła z siebie komentarz 'WOW", serio. Był to komentarz do jakiejś książki o modzie. To może tu autorka trochę ironizuje nie tyle co z małych miasteczek ale z tej "góry" właśnie... ;). Ciekawe, a może ta Pani Moeda to jakiś facet? ;) Może się skuszę, szukam książka do pociągu w upał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to fakt, zabawa ironią ostatnimi czasy jest wszechobecna. Pani Michalina to na 100% Pani:) Nie mniej okrzyk "Jaaa cie" mnie bardzo rozbawił. Przypomniały mi się lata '90te, kiedy będąc nastolatką używałam go czasem, oczywiście jak mnie coś na prawdę zadziwiło;)

      Usuń
  4. Nie wiem dlaczego ale nie mogę przekonać się do tej autorki i jej książek.. Może kiedyś się to zmienia ale na dzień dzisiejszy zrezygnuję..

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…