Przejdź do głównej zawartości

Anna Głomb "Śmierciowisko" - recenzja

Źródło: Wydawnictwo Videograf


Czasem trzeba przeczytać coś, co nie jest egzemplarzem recenzenckim. Coś, na co ma się ochotę już od dłuższego czasu. Coś, co jest debiutem, a zarazem czymś świeżym, zawieszonym na pograniczu. Bo tak naprawdę jest to książka, której nie można przypisać do jakiegokolwiek gatunku. To tym mocniej mnie do niej przyciągnęło. Lubię rzeczy nietypowe, magiczne. I ta pozycja taka właśnie jest. Ogromnym plusem również jest to, że być może dane mi będzie poznać autorkę, gdyż jest członkinią ŚKF. Na pewno będę próbowała zdobyć autograf. Pani Anna debiutowała w tym samym roku co ja, czyli w 2012, lecz dla mnie ten debiut był raczej słaby. Moim zdaniem jej udało się to wyśmienicie, i chylę czoła. Zamieściła na kartach swojej powieści świat tak wciągający i enigmatyczny, że ciężko mi jest go opuścić, mimo że przerażał mnie za każdym razem, kiedy miałam pozycję w rękach. Jak już się zorientowaliście, chodzi o „Śmierciowisko” Anny Głomb. Zdobyłam książkę dzięki portalowi czytelniczemu Lubimy Czytać i muszę przyznać, że nie były to wyrzucone pieniądze. Zajmie bowiem honorowe miejsce na jednej z licznych półek z ulubionymi lekturami, pomiędzy dziełami Pana Jabłońskiego, Pani Ani Kańtoch czy Kuby Ćwieka. Tak, moi drodzy, kroi się pełna peanów i westchnień opinia, którą piszę od kilku dni i jakoś skończyć nie mogę, gdyż za każdym razem nasuwają mi się coraz to nowsze przemyślenia, które czasem trudno ubrać w słowa.

Zacznijmy jednak od początku. Kim jest autorka? Mało kto o niej słyszał. Pochodzi z Beskidu Niskiego, ale sercem zawsze jest na Śląsku. Wraca co roku w swe rodzinne strony urzeczona jego pięknem i tajemniczością. Z wykształcenia jest psychologiem. Cały czas powtarza, że nadal poszukuje swojego miejsca na ziemi. Kocha koty i gry RPG. Poza tym fascynuje się mitologią oraz znaczeniem podań i legend. Bardzo dużo czyta, wręcz można powiedzieć, że lektury pochłania. Podobnie jak zieloną herbatę, którą spija litrami. Pisze w dużej mierze dla siebie, ale i dla przyjaciół. Zadebiutowała w 2005 roku publikując opowiadanie w internetowym magazynie Fahrenheit pod tytułem „Motyl na szkle”. W 2012 roku w Esensji pojawiło się opowiadanie „Zjedz mnie”. Tego tez roku, jesienią wydawnictwo Videograf wydało jej debiutancką powieść pod tytułem „Śmierciowisko”.*

Okładka. Cóż mogę rzec. Urzekająca, prosta, a zarazem bardzo tajemnicza. Nie zdradzająca zupełnie treści, jakby była wyrwana zupełnie z innej rzeczywistości. No i w sumie tak jest. Najbardziej rzuciły mi się w oczy pszczoły umieszczone na tytułowym foncie. Zanim zaczęłam czytać, bardzo mnie intrygowały. Zastanawiałam się jaką odegrają rolę w książce. Nie zdradzę. Toniemy w odcieniach zieleni i przygaszonych brązów, rozpraszani przez dziewczynę umiejscowioną na pierwszym planie. Na drugi wysuwa się las i bielejące ze starości ludzie szczątki. Czy okładka może bardziej zachęcić czytelnika? Ja się długo zastanawiać nie musiałam. Zapragnęłam ją mieć i nie było zmiłuj się. Duże brawa dla grafików. Moim zdaniem wykonali kawał dobrej roboty. Bo możecie mi wierzyć, ciężko mnie zachwycić czymkolwiek, im się udało śpiewająco. Tajemniczość, a zarazem groza z jaką musiałam się zmierzyć, bardzo dobrze została przedstawiona na jej obwolucie. Po prostu czytelnik tak na prawdę nie wie czego ma się spodziewać. I chyba o to w tym wszystkim chodzi.

A o czym lektura? Pozwolicie mi na monotematyczność, pozwolicie. Skopuję zatem opis zaczerpnięty ze stron wydawnictwa Videograf:
„Minęło trzydzieści lat od epidemii, w której niemal całkowicie zginął gatunek ludzki. Nieliczni ocaleni mieszkają wśród odradzającej się dzikiej przyrody. W niewielkiej osadzie, w której mieszka Dorota, zaczynają w niewyjaśnionych okolicznościach ginąć ludzie. Dziewczyna musi podjąć wyzwanie i rozwikłać zagadkę. Aby znaleźć odpowiedzi, decyduje się wyruszyć w podróż do serca pradawnej puszczy. Ale w gęstwinie lasów czają się nie tylko wilki i niedźwiedzie; razem z nimi przybyły stworzenia z dawno zapomnianych mitów i legend… „

Różnie to bywa z debiutami. Jedne są genialne, jak na przykład dzieło Pana Dukaja, inne strasznie słabe, nie dające się czytać. I chyba to stwierdzenie najbardziej pasuje do wydawnictw typowo działających ze współfinansowaniem. Tu mamy do czynienia z tak zwanym normalnym wydawnictwem, które nie może sobie pozwolić na potknięcia. Zawsze podziwiałam osoby, które potrafiły się przebić przez gąszcz nadsyłanych prac, a ich książki ukazały się nakładem znanych na rynku wydawców. Pani Anna dokonała zatem dla mnie rzeczy niemożliwej, po części spełniając i moje marzenie. Choć w moim przypadku jest nieco inaczej, a droga bardziej pokręcona i usłana niepowodzeniami to myślę, że może kiedyś i mi się uda.

Styl mnie nieco zaskoczył. Czasem miałam wrażenie, że czytam coś na wzór wypracowania, usianego niezliczoną ilością słówka „był”, tak właśnie działo się na początku. Drażniło mnie to bardzo, gdyż poniekąd jestem na nie uczulona. Lecz po czasie zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, tym sposobem czyniąc książkę coraz to bardziej klarowną i płynną. Autorka posługuje się bardzo prostym i obrazowym językiem. Miejscami jest barwnie i intrygująco, czasem jednak zbyt infantylnie i nijako. Nie mniej, są to naprawdę nieliczne fragmenty, o których zwyczajnie można zapomnieć. Im bliżej końca, tym większe napięcie siada na naszych barkach, a my zwyczajnie dajemy się wciągnąć w wir wydarzeń, przesyconych mistycyzmem i ociekających od podań, baśni i niewyjaśnionych zjawisk.

Zanim napiszę o głównej bohaterce, muszę wspomnieć o drugiej kreacji, jaką wprowadziła autorka. Mianowicie o lesie. Odgrywa on bowiem ogromną rolę. Jest jak odrębna istota, żyjąca własnym życiem i posiadająca odrębną jaźń. Ukrywają się w nim bowiem duchy przeszłości, pod postacią widziadeł, smętnych legend i istot, które żyją wewnątrz tego skomplikowanego organizmu. Las wabi, ożywa na naszych oczach, lecz nadal pozostaje lasem, który potrafi zadusić i omamić każdego, kto zechce wyrządzić mu jakakolwiek krzywdę. Otumania strachem i pierwotnymi instynktami. Nie pozwala się do końca zrozumieć. Czytelnik musi sam do niego wejść i poczuć na sobie jego oddech, napełniony smrodem rozkładu, tudzież aromatem runa i ziół. Wszystko zależy od intencji jakie w sobie skrywasz.

Dorota, główna bohaterka powieści, uchodzi za osobę dziwną i nietypową. Oderwaną od społeczności, w jakiej żyje. To ona zostaje wciągnięta w wir wydarzeń, które odmienią jej los na tyle, że sama stanie się częścią legendarnego świata. Odbywa ona coś w rodzaju podróży. Podróży którą musi zacząć od samej siebie, przy okazji zabierając ze sobą tych, którzy stanęli jej na drodze. I mowa tu o dobrej i złej stronie. A wszystko zaczyna się, kiedy dziewczyna zostaje świadkiem śmierci jednego z członków osady. Potem wszystko jest już lawiną, a fabuła układa się jak drewniana układanka dla dzieci. Tymi klockami są skrawki wspomnień, dziwne wydarzenia, ludzie i właśnie sam las. To postać, która nas zastanawia. Nie jest jednoznaczna. Czasem zastanawiamy się nad motorem jej działań, innym razem przeklinamy za naiwność i głupotę. Nie zmienia to faktu, że skrywa w sobie niepokój, nietuzinkowość i tajemniczość.

Historia zawarta w książce jest wciągająca, to nie ulega wątpliwościom. Czytelnik daje się wciągnąć w nią i nie potrafi się z niej wygrzebać, dopóki nie skończy czytać. Im dalej, tym ciężej się oderwać. Dlatego, że otwiera przed odbiorcą dziwaczne i nieskończone podwoje tajemniczych rzeczy. Więc chcesz je poznać, odnaleźć odpowiedzi. Dowiedzieć się dlaczego wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej. Autorka raczy nas barwnymi opisami i klimatem grozy. Manipuluje adresatem, zwodzi go i tak naprawdę nie daje ostatecznych rozwiązań. I choć akcja czasem toczy się leniwie to możemy być pewni, ze prędzej czy później, kilka stron dalej będziemy ją czytać z wypiekami na twarzy.

Komu polecam? Wszystkim. Szczególnie tym, którzy lubią niecodzienne rozwiązania i fabułę, która nie jest przewidywalna i prosta. To bardzo oryginalna i nietypowa lektura, która długo nie pozwoli o sobie zapomnieć. Tu wszystko nas zaskakuje, i może w pewnych momentach można próbować rozwiązać wątki samemu, to tak naprawdę nie udaje się to mimo usilnych starań. Postapokaliptyczny świat pachnie nam sielanką, przyzwyczajamy się mimochodem do niej. Pory roku są wyznacznikiem życia we wsi: wiosna, lato jesień i zima. Rola, życie i śmierć. A wszystko to zbudowane jest na zgliszczach dawnej cywilizacji. Zaraza zostaje w sercach żyjących, jak zadra i przypomina o tym, że są śmiertelni. Na jej fundamentach powstaje świat, którym rządzi zabobon, ciemność, głęboko skrywane emocje i właśnie las nasycony szeptami i plątaniną korzeni starych dębów. Polecam.




 


Książka wydawnictwa:






















Komentarze

  1. Zaciekawiła mnie ta książka muszę się za nią rozejrzeć ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczarowała mnie..cóż to coś dla mnie. Jeju myślę że miło spędzę przy niej czas :)
    Pozdrawiam gorąco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężko wygrzebać się z kaca książkowego po niej. Ale zawsze powtarzam, że książki to rzecz gustu. Co może zachwycać mnie, innym się może nie spodobać:) Oczywiście polecam:)

      Usuń
  3. Zapowiada się całkiem, całkiem. Może kiedyś : )

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…