Przejdź do głównej zawartości

Gorzkich słów garść...

Źródło: http://www.deviantart.com/art/Angry-39052630


Dziś tyrady, a może i nie, ocenicie sami. 

Szanuję każdego autora czy pisarza. Szanuję za to, że miał odwagę wyjść z przysłowiowej „szuflady”. Szanuję za upór i wytrwałość oraz poświęcony czas. Szanuję za optymizm i chęć zaprezentowaniu światu swoich ścieżek wyobraźni, dzięki czemu możemy podążać ich szlakami; co rusz okrywając nowe lądy, krainy, czy meandry mrocznej ludzkiej podświadomości. Chcemy by powieści nas porywały, wzbudzały masę różnorakich emocji, pozostawiały niedosyt i masę domysłów. Chcemy by pozycje, jakie spoczną na naszych półkach, kiedyś, po raz kolejny wylądowały w naszych rekach, tylko dlatego, że zaczęliśmy tęsknić do świata, kreacji i historii zawartej na ich kartach. Niestety tu koniec wzdychania i zachwytów.
Otrzymujemy gnioty z koszmarną edycją i korektą. Jednak ten zarzut tyczy się coraz to częściej wydawnictw bazujących na zasadzie współfinansowania. Że owe wydawnictwa dają tym pełnym optymizmu i chęci podzielenia się swoją wizją świata autorom, tylko substytut szczęścia. Zrezygnowani i zmęczeni poszukiwaniem wydawnictwa „nie selfowego”, padają ofiarą tych niekompetentnych instytucji, mianujących się słowem „wydawnictwo”. Przelewają ciężko zarobione pieniążki na ich konta, a potem czekają na coś, co musi ich zadowolić. Prawda jest taka, że taki nowicjusz ufa bezgranicznie. Wierzy że „wydawnictwo” zrobi wszystko, by jego literki, zgrabnie ustawione w rzędzie, nabrały dzięki korekcie i edycji tego czegoś, zyskały blask. A on rozkwitnie w oczach moli książkowych. No przynajmniej ja tak myślałam (och biada mi głupiej).
Często książka otrzymuje piękną okładkę, od której nie można oderwać wzroku. To taki chwyt marketingowy, by zachęcić potencjalnego czytelnika, snującego się po księgarni. By sprawić, że jego wzrok właśnie spocznie na tej „wspaniałej”, najnowszej powieści wydawnictwa „X” i sypnie zaskórniakami, skrzętnie ukrytymi na dnie kieszeni. Często tak się dzieje. Potem przychodzą refleksje. Dlaczego ludziom się nie podoba, gdzie popełniamy błąd? Ano dlatego, że w końcu nieszczęsne czytadło wyjdzie poza grono „życzliwego kółeczka wzajemnej adoracji” i popłyną szczere, pełne goryczy i zawodu opinie. To ten cholerny światek, który potrafi nie jednemu debiutantowi napsuć krwi. Jak oni tak mogą? Gdzie Wy do diabla widzicie błędy!? Przecież miałem/miałam profesjonalną korektę i edycję, no i okładka taka piękna. Aż chce się zakrzyknąć memowe „WoW” Piesła. A jednak. Nasze nabazgrolone „cudo” okazuje się naszpikowane babolami, błędami interpunkcyjnymi i „olaboga” nawet pomyłki merytoryczne pojawiają się tu i ówdzie. W sumie nie każdy jest omnibusem, nie? Błądzenie rzecz ludzka. Zatem twórca „dzieła” bierze je do ręki i czyta. Czyta i jeszcze raz czyta i znajduje. Potem przychodzą miliony pytań. W tym to jedno, już takie wręcz szablonowe... Dlaczego? Przecież zapłaciłem/ zapłaciłam. A jak zapłaciłam/łem to wymagam nie? Nie pomagają tłumaczenia „wydawnictwa”, że to nieporozumienie, że dołożyli największych starań aby powieść była pierwszorzędna i najwyższej jakości. Wszak nic nie poradzą, że to nie ten target, nie ten czytelnik. No i są zgrzyty, jojczenie, ciąganie po sądach, przepraszanie czytelników. W sumie mogłabym tak sapać i zawodzić godzinami. Dlaczego? Bo sama mam to za sobą. Bo znam masę pokrzywdzonych ludzi, których książki są w stanie takim a nie innym. Niecierpliwość i pośpiech to najgorszy doradca. Ale i nadmierne zaufanie i pobłażliwość też zbiera swoje żniwo. Do tego krnąbrność i zadufanie w sobie co poniektórych piszących, przeświadczonych o swoim geniuszu i nieomylności. Moja babcia mi zawsze mawiała: „Pamiętaj buta i nadmierna pewność siebie cię zniszczy, bądź pokorna, słuchaj mądrzejszych”. Tak też czynię. Szkoda, że musiałam sama poczuć na własnej skórze ból wydania książki z błędami. Teraz przychodzą do mnie kolejne, jęczące i błagające o litość grafomanie, które w sumie nawet mogły by być dobre, gdyby nie te nieszczęsne potknięcia korektorów niedouków. Chciałabym też wspomnieć, że od teraz nie będę miała sentymentów. Że każda opinia będzie inna, adekwatna do przeczytanej pozycji. Kończę z byciem miłą, pobłażliwą, neutralną. Dziś szala goryczy się przelała. I nie jest to żarcik prima aprilisowy. To raczej coś w rodzaju przebudzenia. W literaturze nie ma sentymentów. Albo potrafisz pisać, albo nie. Nieważne ile masz lat. Czy 14 czy 50. Pracuj, szkól się i szlifuj... oto moja domena. Skończyłam. 

Dziękuję za uwagę.

Komentarze

  1. Debiut rzecz ciężka. Marzyłam o tym już ładne kilka lat, w sumie jako dwunastolatka zaczęłam pisać grafomanię (cieszę się, że nie wydał tego nikt, zresztą jak miałoby to się ukazać, skoro nie pokazałam nikomu?), potem poszły fanfiki do mang i gier komputerowych, potem zaczęłam tworzyć coś własnego. I zamilkłam na długo. W międzyczasie się uczyłam, czytałam książki dobre i te słabsze, przeglądałam komiksy i starałam się wnioskować co jest dobre, a co złe. Nie wiem jeszcze kiedy wyjdę do świata z czymś swoim, ale nie chcę selfowego wydawnictwa - nie czuję tej drogi. Zbyt wiele selfów widziałam, 3 z tego grona da się czytać.
    Co do selfowych wydawnictw - nie wiem za co ci autorzy płacą. Znajomy pisał, że chciał nanieść poprawki na własny tekst, ale wydawnictwo nie zaakceptowało, przez co poszedł tekst z rażącymi babolami. Chłopak zapłacił. Chłopak dostał po łbie za książkę z błędami. Ja tak nie chcę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, tu się z Tobą zgodzę. Rzadko autor ma coś do powiedzenia, lub ma ale i tak raczej nikt go nie słucha. Potem wmawia mu się, że ma przerost treści nad formą. W sumie to właśnie ostatnio próbowała mi wmówić jedna osoba. Szkoda tylko, że ta istota nie potrafi zdania bez błędu napisać, tak bardzo mocno WoW. Nikogo nie potępiam, że chce być selfem. Ale uczulam. To pułapka, piękna pozłacana klatka, nic więcej. Potem okazuje się, ze to nie złoto, a piryt.

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że będzie z ego dobry temat do dyskusji ;)

      Usuń
  2. Czytam właśnie Zimową opowieść Helprina, jak łatwo się domyślić facet za wydanie w polskim wydawnictwie nie zapłacił ani grosza, a jednak dochodząc do 350 strony napotkałam już na 5 literówek. Prawda jest taka, że kiedyś redaktorstwem i korektą zajmowali się ludzie, którzy naprawdę się na tym znali, teraz bywa różnie i wcale nie musi to być uzależnione od tego czy autor płaci, czy samo wydawnictwo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja czasami odnoszę wrażenie, że ludzie się po prostu podpisują pod korektą, biorą pieniądze za nią, a potem po prostu idą na piwo - bez jakiejkolwiek popełnionej pracy.

      Usuń
    2. Ty chyba Kota wiesz, jak ja poprawiam;p Milion pytań, sugestii i odnośników. Na biurku podręczniki etc. A kiedy proponuję współpracę zawsze powtarzam: To są sugestie. Zatem autor tekstu albo to akceptuje albo nie. Niestety. Odmówiono mi robienia korekt i edycji w jednym z wydawnictw bo... się czepiam (wydawnictwo selfowe), bo autorzy uważają, że za bardzo wtryniam się w teksty. No cóż, każdy potrafi napisać zdanie o treści... Kali zjeść krowę;p Zatem ocenić mnie możesz. ;p

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…