Przejdź do głównej zawartości

Władysław Zdanowicz " Misjonarze z Dywanowa - Polski Szwejk na misji w Iraku cz. I - Pinky, czyli nowicjusz" - Recenzja

Źródło: Księgarnia Zdanowicz.



Przyszedł czas i na „Misjonarzy z Dywanowa”, pana Władysława Zdanowicza. Czytałam i czytałam, a książka - jakby na złość, nie chciała się skończyć. Nic w tym złego, kiedy powieść naprawdę ci się podoba. Inna kwestia jak męczy, a jeszcze inna, jak nuży niebotycznie. Tu raczej było dość neutralnie, chwilowo przerywane westchnieniami, jak i okresami odpoczynku od tekstu. Było też narzekanie na korektę i psioczenie na formę wydania. Oj tak. Pozycja wygląda jak podręcznik do historii z tym wyjątkiem, że w niej nie ma obrazków na całe strony, jedynie tekst. Tkwiła we mnie jakaś dziwaczna niechęć, chyba właśnie z powodu tej formy wydania. Oczywiście, muszę przyznać, że jestem miło zaskoczona, a pozycja ta pozostanie w pamięci na jakiś czas. Z racji takiej, że literatura o tematyce wojennej i wojskowej od zawsze jest bliska memu sercu. Mam do niej coś w rodzaju sentymentu.

A kim jest autor? Pan Władysław pochodzi z Kwidzyna. W internecie można go też znaleźć pod pseudonimem - „Naturszczyk”. W sposób humorystyczny o sobie pisze na prywatnej stronie:

http://wladyslaw-zdanowicz.com.pl/?page_id=24

„Misjonarze z Dywanowa” nie są jego jedyną powieścią. Ma na koncie kolejne części z cyklu: „Afganistan. Relacja BOR-owika” wydana w 2009 r. Obecnie pracuje na kilkoma innymi powieściami: „Szklany Dzwon”, „Czasu nie wrócisz”, jak i „Słownik szer. Leńczyka” oraz „Afganistan. Dowódca plutonu”. Pisarz nie leniuchuje i ma wiecznie ręce pełne roboty. Ale nie tylko tworzy. Prowadzi też księgarnię internetową, na której można zaopatrzyć się w napisane przez niego powieści. Wszystko, co ukazało się na rynku, wydane jest na zasadzie self-publishing. Autor sam dba o finalny wygląd wydawanych dzieł. Czyli o korektę, skład, łamanie czy same okładki. Wszak posiadanie księgarni zobowiązuje. Ci, co mieszkają za granicą na pewno ucieszą się z faktu, że trwają właśnie negocjacje w sprawie tłumaczenia „Misjonarzy... ” na język francuski.

Czas na okładkę. To ujmująca swoją prostotą obwoluta, wielgachnej gabarytowo i wagowo powieści. Kolory są stonowanie i nie kłują w oczy. To samo fonty. Na pierwszy plan wysuwa się żołnierz, a w głębi dostrzegamy wojskowe samochody. Wszystko jest lekko rozmyte. Tutaj pole do podpisu ma wyobraźnia, bo albo odczytamy to jako wirujący, pustynny piach lub rozmycie, które wywołuje bardzo ostre pustynne słońce. Jak obstaję raczej przy rozedrganym powietrzu. No i mnie poniosło. Ogromnym atutem jest jakość okładki. W sumie nie tylko okładki. Książkę wlekłam ze sobą, gdziekolwiek się udawałam. Czyli zniosła swoje. A tu raczej uszczerbek na „zdrowiu” znikomy. Zatem ukłony można kierować w stronę autora jak i drukarni. Tym razem nie mam się do czego przyczepić. I nagroda na brzydala miesiąca, pozostaje w rękach pana Adriana.

A o czym „Misjonarze... ”. Pozwolicie mi na monotematyczność. Czyli zróbmy sobie kopię opisu, bo po co spamować:
„Misja polskich żołnierzy z pozycji zwykłych żołnierzy, a nie wyższych oficerów siedzących za biurkiem i wysyłających na akcję nie podnosząc czterech liter zza biurek. Prawdziwa akcja, prawdziwe słownictwo i coś czego nie pozna większość wyższych odznaczonych oficerów, sytuacje dnia codziennego. Nie ma patosu oficjalnego (poprawnego politycznie i stylistycznie), słownictwo jest proste i z natury rzeczy często tzw. dosadne, tak jak zwykle w życiu. Wszystko pokazane z pozycji humoru, który pozwalał przetrwać najtrudniejsze nawet chwile... „


Fot: Prywatna


Autor w bardzo naturalny i niemalże namacalny sposób przedstawia nam realia, jakie panują w armii. Nie znajdziemy tu raczej milutkich dialogów, puszystych jak różowe króliczki wielkanocne. Tu dominuje twardy męski język, nieraz przecinany odpowiednimi epitetami. Wszystko jest bardzo namacalne i doskonale osadzone w literackiej rzeczywistości. Użycie tego języka ma swój cel, jednak jeśli ktoś jest nadwrażliwy na inwektywy, może poczuć się nieco zniesmaczony. No, ale czego oczekiwać po wojsku. Nikt nikogo po główce głaskał nie będzie. Oczywiście biedny Leńczyk, dostaje przez całą powieść swoją dawkę niecenzuralnych zwrotów.

Czytamy o wojsku mającym zasady. Ciężko znaleźć teraz takie książki, które nakreślone są w ten sposób. Przyznać muszę, że jestem mile zaskoczona. Czasem odnosi się wrażenie, że pisarz celowo przerysowuje niektóre sytuacje, czyniąc tym samym je śmieszniejszymi i bardziej strawnymi. Ukazuje też brutalność armii, od ślepego wykonywania rozkazów po biurokrację, kombinowanie czy nic innego jak pijaństwo. Bo jakby na to nie patrzeć żołnierze piją, a handel bimbrem jak kwitł, tak kwitnąc będzie na nie zmieniających się z czasem zasadach. Są też momenty, które rozbawiają czytelnika do łez, ale o nich wspominać nie będę, nie mam zamiaru robić spojlerów. W sumie stwierdzenie, że „Polski Szwejk” jest tutaj bardzo trafnym określeniem. Chcesz poznać - przeczytaj.

Co mnie drażniło? Ano znalazło się kilka rzeczy, o których nawet sam autor mi wspomniał. Niestety jest mi to ciężko pominąć, bo pomiędzy tymi „och achami” znalazło się nieco baboli. Kuleje tutaj interpunkcja. Czasem dzięki tym nieszczęsnym przecinkom musiałam czytać zdanie od nowa, by na nowo pojąć jego sens. Zdarzał się też szyk przestawny, który skutecznie potrafił wybić z rytmu. Jednak to jedyne wady. Zatem więcej grzechów nie pamiętam.

Komu polecam? No i tu mam problem. „Misjonarze... ” dostarczyli mi niezapomnianej rozrywki. Mogą też nieco zbulwersować. Bez wątpienia mamy do czynienia z literaturą typowo męską. Zatem, żadna plastikowa panna nie znajdzie w tej książce niczego dla siebie, ba! Może sobie połamać na niej tipsy. Trzeba też wykazać się pewnego rodzaju dystansem, nie tylko do siebie, ale i do rzeczywistości, by móc przebrnąć przez jej karty. Autor ma niebywały dar pisania przekomicznych dialogów, które doskonale oddają realia w jakich żyje nasz bohater. Czytanie jest niezwykłą i frapującą przygodą, w trakcie której czujemy żar lejący się z nieba i piach w zębach. Polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorowi.




Komentarze

  1. Tym razem to nie dla mnie :3 Czekam na inne propozycje :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie bulwersuje mnie dosadny język, o którym wspomniałaś, bo odniosłam wrażenie czytając Twoją recenzje, że jest on jak najbardziej na miejscu. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej i żeby żołnierze posługiwali się milutkimi i słodziutkimi wyrażeniami ;) Wojna to nie miejsce na konwenanse językowe!
    A do literatury wojennej tez mam jakąś dziwna słabość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie, właśnie ten język nadaje smaczku tej pozycji:) Zatem polecam się zapoznac, nie będzie to stracony czas:)

      Usuń
    2. No to się zapoznałam z książką :) Recenzja się pisze :D I jakże moje serce się cieszy, że na półce czekają dwa kolejne tomy "misjonarzy"! :)

      Usuń
  3. "Kolory (...) kują w oczy." A powinni przecież kowale. I raczej w kopyta. Ale co kto lubi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, masz rację :) Zaraz poprawię. To tak stara recka, że szok ;p Pewnie znajdę w niej inne baboki. Nimi też się zajmę:)
      Dzięki za komentarz i pozdrawiam :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…