Przejdź do głównej zawartości

Adrian Atamańczuk "Arlin" - recenzja

Źródło: Autor


 
Za tę książkę zabierałam się jak przysłowiowy pies za jeża. Naprawdę. Nie wiem dlaczego, ale przeleżała sobie na półce jakiś czas. Od czasu do czasu brałam do ręki i czytałam fragmentami, by po chwili upchnąć ją pomiędzy innymi lekturami. Mijały tygodnie, a ja nadal krzywo patrzałam na nią, ignorując i czytając inne powieści, jakie udało mi się międzyczasie zdobyć. Nawet przez myśl mi przeszło, że autor to pewnie w duchu przeklina takiego opiniotwórcę i życzy mi, bym poszła do wszystkich diabłów. Skąd ta niechęć? Sama nie wiem. Może za dużo naoglądałam się postów i naczytałam piania z zachwytu na temat tej książki, czyli nic innego, jak mój mózg otrzymał za dużo bodźców i się zwyczajnie zniechęciłam. Do tego okładka... brr paskudna. Wiem, mawia się, by nie oceniać niczego po okładce, jednak to straszydełko na dobrą sprawę, bardzo mnie odtrąciło od treści. Autora bardzo lubię. To przesympatyczny człowiek, z którym można sobie dyskutować godzinami i doskonale wiem, że okazana tutaj skrucha zostanie całkiem dobrze przyjęta. Nie mniej zabieram się za pisanie opinii z duszą na ramieniu. Jak już po obrazku i tytule wiecie, chodzi o pozycję o tytule „Arlin” Adriana Atamańczuka. Lektura składa się z dwóch opowiadań, które są ze sobą mniej lub bardziej połączone. Tworzą coś na wzór spójnej całości, którą można by było ująć w jedną. Szkoda, że autor to rozłączył. Powieść, jak większość książek, jakie ostatnio czytam, jest wydana na zasadzie self-publishing. Tym razem, podobnie jak Piotr Molenda, Pan Adrian wydał sam. Sam też zajął się dystrybucją, nadaniem ISBN. Sam też wraz z garstką przyjaciół i rodziny narysował mapki i zaprojektował okładkę. Duże brawa za upór.

A kim jest Pan Adrian? W internecie możemy go spotkać ukrywającego się pod pseudonimem Lancan. Obecnie mieszka w Wiedniu, i na obczyźnie tworzy kolejne dzieła. Jest też kochającym ojcem i mężem, co możemy zaobserwować na jego prywatnym profilu. Urodził się w Krakowie. „Arlin” nie jest debiutem literackim. Kilka lat wcześniej wydał „Bestię”, której nie miałam okazji jeszcze przeczytać. Niespokojny duch i marzyciel. Zafascynowany obcymi i egzotycznymi kulturami, marzący o włóczędze. W sferze literackiej, porusza się po obrzeżach fantasy oraz czasem udaje mu się napisać opowiadanie typowo sensacyjne (o snajperze Wiktorze Lagrave). Będąc w podroży, dla swoich czytelników gryzmoli felietony. Kiedy zaś zasiada w domu w miękkim fotelu, myślami podąża tuż za horyzont.

Okładka. O tak. To nagroda główna w konkursie na największa paskudę miesiąca. Hmm w sumie to całkiem niegłupi pomysł, by stworzyć taki plebiscyt. Wiem, że jest dziełem autora, nie mniej uważam, że mimo szczerych chęci nie udała się mu. Pierwsze słowa, jakie wyrwały się z moich ust brzmiały mniej więcej tak: „ Co to jest?”. Na prawdę, nie miałam pojęcia co przedstawia szkic. Ni to klejnot, ni to może jakaś dziwna kraina, umieszczona na pierścieniu czegoś tam. Musiałam się pytać autora, co miał na myśli tworząc to wątpliwe dzieło. Zdaję sobie sprawę, że Pan Adrian lubi ten twór, wielokrotnie mi to podkreślał, jednak musiałam nieco pomarudzić. Jest bowiem na tym świecie masa artystów, którzy za przysłowiowy grosik są w stanie stworzyć coś pięknego, ba nierzadko za piękny uśmiech i nazwisko w stopce. Fonty w sumie mogą być, podobnie jak tył książki. Wewnątrz znajdziemy kilka szkiców i bardzo sugestywne i przejrzyste mapki. Dostajemy też legendę, która pozwala nam bez problemów nazwać krainy oraz ich mieszkańców. To duży plus powieści. Osobiście życzę pisarzowi, by na przyszłość, spróbował współpracy na polu grafiki, nie tylko ze swoją rodziną i przyjaciółmi, a zupełnie mu obcymi ludźmi. Myślę, że zaowocuje to czymś zgoła odmiennym od tego, co możemy dostrzec na obwolucie „Arlin”.



Fot: Prywatna


Lektura „Arlin”, składa się z 2 opowiadań: „Książę Cienia” i „ Płomień i Mrok”. Pozwolicie, że znów zamieszczę tu fragmenty zamieszczone z tyłu okładki. Tym sposobem unikniemy spojlerów;)

„Książę Cienia”

„Mała dziewczynka Arlin jest świadkiem przygotowań do kaźni pięknej czarodziejki i postanawia jej pomóc. Jakie konsekwencje dla niej i bliskich jej osób będzie mieć ta decyzja? Czy sprzeciwienie się okrutnemu kapłanowi w kraju, gdzie prawo jest wyłącznie po stronie silnych nie skończy się dla wszystkich zamieszanych w tę sprawę tragicznie? A może to właśnie kapłan przeceni swoje siły w konfrontacji z tajemniczą kobietą? I co do tego ma niezwykły pierścień Dallili? Kim jest Yskayzer i czy dawni bogowie na pewno odeszli w zapomnienie?„

„Płomień i Mrok”

„Pewnego dnia, ktoś, gdzieś, nie przypadkiem budzi przerażającego demona. Upiór nie zapomniał dawnych uraz i dąży do zniszczenia ludzkiego świata. Jego moc wydaje się nie mieć granic a oporne królestwa jedno po drugim upadają i zamieniają się w pył. Konkoria staje się ostatnim miastem, ostatnim bastionem wolnych ludzi. Czy znajdzie się ktoś, kto powstrzyma pochód armii ciemności? I jaką rolę w historii odegra Arlin oraz jej przyjaciele?”*

Może najpierw o stylu. Nie tego się spodziewałam. Raczej przez myśl mi przeszło, że po raz kolejny dostanę coś suchego, jak wióry drewna, które czyta się niezbyt dobrze. Tak, zaczynam mieć spory kłopot z czytaniem książek wydanych przez autorów selfowych, albo raczej przez wydawnictwa bazujące na tego typu publikacjach. No niestety, obwiniajmy za to nieudolnych korektorów i edytorów. Tu jednak dostajemy coś zgoła odmiennego. Autor prowadzi bardzo swobodną narrację, przeplataną z bogatymi i sugestywnymi opisami przyrody czy scen batalistycznych. Na dodatek operuje bardzo bogatym i barwnym językiem, który podsyca tylko wyobraźnię. I może znalazłam nieco błędów interpunkcyjnych i zdań, które mogłabym pociąć na krótsze to i tak jestem pod niemałym wrażeniem. Mogę tu zaobserwować dobry warsztat i rozwój, jaki możemy zauważyć posuwając się naprzód w trakcie czytania pozycji.

Dwa opowiadania w kanonie fantasy, przyklejone do siebie i łączące się wieloma elementami w jedno, taki jest „Arlin”. Jak już wspominałam szkoda, że autor nie połączył ich w całość.

„Książę Cienia” nie zrobił na mnie wrażenia. Brakowało mu iskier i tego czegoś, co zachęca czytelnika do zagłębienia się bardziej w lekturze. W sumie po tym „szorcie” literackim, odłożyłam książkę z powrotem na półkę. Wbijając sobie do głowy, że jak tak dalej pójdzie to nic z tego nie będzie. Może dostajemy dużo „tych” ważnych rzeczy, które będą istotne w kolejnej części, jednak przedstawione są pobieżnie i potraktowane po macoszemu. Było drętwo, wiele wątków prosiło się o rozwinięcie, narracja toczona została zbyt szybko, a autor poskąpił opisów i wprowadzenia. Ciężko mi było wbić się w klimat, poczuć jego atmosferę i zżyć z bohaterką. Tak jak szybko się zaczyna, tak też szybko się skończyło. Zatem wypadło to blado i nijak.

Za to kolejne opowiadanie, a może raczej już powieść „Płomień i Mrok”, od początku zapowiadał się bardzo interesująco. Autor w sposób szczegółowy wprowadza czytelnika w świat, który może już i zna, ale jest on bardziej plastyczny i ciekawy. Nasza Arlin jest dojrzalsza i bardziej intrygująca. Nie jest podrostkiem, a dojrzałą kobietą. Nadal w jej oczach palą się zawadiackie iskierki i w jej sercu goreje chęć przygody. Zadziorność nie została wytarta z czasem. Śmiem nawet przypuszczać, że stała się bardziej drapieżna. To czyni tę bohaterkę frapującą i na tyle atrakcyjną, że czytelnik chętniej podaży jej śladami. Jedak powieść to nie sama Arlin. Obfituje w masę wątków pobocznych, opisów scen batalistycznych i więzi międzyludzkich. To bogata, interesująca opowieść właśnie o ludziach. Oni tworzą tę historię, i o nich tu jest mowa. Autor jest bardzo dobrym obserwatorem zaszachowań. Nie dostajemy tutaj aż tak wielu przewidywalnych rzeczy. Może czasem da się wybiec myślą w przód, a nasze skojarzenia i przewidywania się potwierdzą, jednak tu mamy coś świeżego, nakreślonego z rozmachem oraz pasją. Widać, że Pan Adrian lubi to co robi. Takie rzeczy się wyczuwa. Nie poskąpił też romantycznym duszom. Mamy wątek miłosny, który z czasem pięknie się rozwija na naszych oczach. Nie mniej, nie jest on głównym szkicem książki, stanowi tło, barwi je. Bardzo miło się to czyta, nie jest nachalne, ani też przytłaczające, a to bardzo ważne. Ci którzy lubią bitwy i potyczki, nie będą zawiedzeni. Jest tego nawet sporo. Podobnie jak całość, opisane bardzo dokładnie i z najmniejszymi szczegółami. Możemy poczuć w powietrzu zapach krwi, a do naszych uszu dociera szczęk mieczy i odgłosy toczonej bitwy. 

Myślę, że Pan Adrian, nie powinien pisać krótkich opowiadań. Nie wychodzi mu to. Ma wspaniałą wyobraźnię, której grzechem jest nie wykorzystywać w pełni.

Komu polecam? Każdemu. Szkoda, że książki nie można nabyć w polskich księgarniach, a jedynie u autora. Szkoda, że miałam takie, a nie inne nastawienie do niej. Szkoda wielka, że tyle czasu mi zajęło przeczytanie. To ten typ powieści, który pozostawia niedosyt, kaca książkowego i smutek, że to już koniec. Teraz będę musiała odczekać nieco czasu, by móc zabrać się za kolejną lekturę. Świat jaki kreuje autor, na długo pozostaje w pamięci, tak jak postaci i ich historia. Nic nas nie przytłacza. Wszystko jest lekkie i zjadliwe. Jeśli jednak należysz do grona czytelników, którzy raczej nie są fanami świata fantasy i mocno rozbudowanych scen batalistycznych, będzie Ci trudno zrozumieć niektóre pojęcia. Zajmie zatem nieco czasu, zanim uda Ci się wbić w specyficzny nastrój panujący na jej kartach. Reasumując. Miło mi było wkroczyć na ścieżki Arlin i mam nadzieje, że będziecie mieli podobne odczucia. Polecam.

Za książkę dziękuję autorowi Adrianowi Atamańczukowi.

Źródło: Autor



* Źródło opisów: Lubimy Czytać.





Komentarze

  1. A ja bym się tak nie czepiała okładki. To w końcu nie jest najważniejsze;) Fajnie oczywiście, jeśli koresponduje z treścią. I mam teorię, że to nas wybierają lektury, więc ona sobie spokojnie leżała na półce, aż nadszedł jej czas;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ma Pani rację. Nie mniej okładka wybitnie mi nie podeszła. Autor zna moja opinię. Wie jak to postrzegam i dlaczego:) A książka, no cóż. Jak się jest fanem fantasy to polecam bez mrugnięcia okiem:)

      Usuń
  2. początek recenzji strasznie negatywny ale później hmm widac troche plusów. Jednak teraz sama nie wiem czy zdołałabym ją przeczytać :d

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny tekst, Stag :D Czytałem recenzję kilka razy i na pewno będę do niej wracał. Dziękuję Autorce za wnioski i sugestie, za "marudzenie" i humor również :) Będę tylko musiał poważnie porozmawiać z żoną, bo śmiała się w niewłaściwych momentach... XD

    Zjawię się przy kolejnej Twojej recenzji, bo bardzo ciekawi mnie, co powiesz po lekturze pana Zdanowicza. Lubię czytać recenzje książek, które znam i porównywać z własnymi odczuciami.

    Pozdrawiam serdecznie Autorkę i Czytelników bloga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co zacny autorze:) Z żoną chyba byśmy się dogadały;p
      Pozdrawiam Stag.

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…