Przejdź do głównej zawartości

Michalina Kłosińska-Moeda "Kota lubi szanuje" - recenzja

Źródło: Replika.


Chyba jak każda kura domowa, lubię sobie czasem przeczytać coś, co oderwie mnie od ponurej rzeczywistości. Oczywiście jestem fanką fantasy lecz i od niej raz na jakiś czas odłączyć się trzeba. Nie dlatego, że zaczyna nudzić, ale zwyczajnie po to, by rozsmakować się w zupełnie innym gatunku literackim. A mamy ich przecież mrowie i co chwila powstają całkiem nowe mieszanki. Z wydawnictwem Replika miałam już styczność. Dzięki współpracy z gazetką internetową Debiutext mogłam zapoznać się ofertą wydawniczą, a nawet zawiązać współpracę. Potem jednak moje drogi z nimi się rozeszły, ale baner na blogu pozostał. Powiem szczerze, że zwyczajnie o nim zapomniałam. Prawda taka, że z czasem takie rzeczy mi umykają. Teraz zupełnym przypadkiem zauważyłam wydarzenie na Facebook, na którym wyżej wymienione wydawnictwo proponuje współpracę recenzencką. Kliknęła je jedna z moich znajomych blogerek. Pomyślałam sobie wtedy: A co mi szkodzi, spróbować mogę. Książeczka na pierwszy rzut oka wydała się ciekawa, taka właśnie lekka, łatwa i przyjemna w sam raz na nocne czytanie. Biorąc pod uwagę również fakt taki, że w tytule jest słowo „kot”, to już w ogóle. Jestem kociarą i właścicielką dwóch przekochanych sierściuchów. No i udało się. Wydawnictwo zgodziło się na przesłanie mi lektury w wersji surowej, jako plik. Szybko przerobiłam go na pdf i wgrałam na czytnik. Teraz mogłam się cieszyć pozycją na urządzeniu przenośnym. Powiem szczerze, że nazwisko autorki jest mi obce, więc musiałam się nie lada natrudzić aby dowiedzieć się kim jest. Ale o tym za chwilę.

Na tapetę leci okładka. Tym razem jednak nie mam żadnych zastrzeżeń. To bardzo prosta obwoluta, zatopiona w pastelowych barwach. Nie wiele różniąca się od wielu jej podobnych. Zauważyłam taką prawidłowość, że większość podobnych historii zawsze ma zbliżone okładki. Czyli rozmarzane pary patrzące sobie czule w oczęta lub zamyślona baba na tle zachodu słońca w ogródku pełnym bujnej, wielobarwnej roślinności. Powiem szczerze, że to jest nudne. Wiem natomiast, że ten typ grafik trafia do czytelników i masie ludzi bardzo się podoba. Zatem moje marudzenie tutaj, jest wyłącznie subiektywnymi spostrzeżeniami. Generalnie nie ma się do czego przyczepić gdyż doskonale odzwierciedla to co znajdziemy w powieści Pani Michaliny. Zatem plusik dla wydawnictwa.

A kim jest Pani Michalina. No właśnie kobieta enigma. Przekopałam nieszczęsne internety w poszukiwaniu choć odrobiny informacji na jej temat i co? Brzydko powiem - jajco. Nie znalazłam niczego prócz informacji na jednym z blogów literackich, że nasza kochana autorka lubi czekoladę i koty... Już ją lubię. Na pomoc przyszła mi jedna z blogerek, która ma autorkę w znajomych na Facebook. Uf - pomyślałam sobie to bardzo ułatwi mi zadanie. Literatka odpisała, i takim oto sposobem mam kilka zdań na jej temat. Pani Michalina pochodzi z Krakowa, studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim. Emocjonalnie związana jest z Warszawą. Uwielbia gorzką czekoladę, dachowce i Brazylię. Seriale i ogląda w oryginale, a kraj ten sprawia, że czuje ciepło na sercu. Nie lubi też myślenia stereotypowego i uważa, że powieść jest ważna, a nie sam autor. Jej dwuczłonowe nazwisko również kryje w sobie tajemnicę. Ponieważ słowo „Moeda” to Portugalsku moneta. Mamy tutaj zatem kolejną autorkę ze zgrabnym pseudonimem. Coraz częściej się z tym spotykam. Tylko mnie zastanawia jedno. Dlaczego tak robią? Na niektóre pytania udało mi się uzyskać odpowiedzi, a na niektóre nie. Nie bawmy się zatem w detektywa i zostawmy to tak jak jest. „Kota lubi szanuje” nie jest pierwszą powieścią pisarki. Zatem nie mamy tutaj do czynienia z debiutantką. Pierwszą książką jaka wyszła spod pióra Pani Michaliny są „Miłosne kolizje” Niestety nie czytałam, może kiedyś się skuszę, któż to wie.

A o czym powieść? Jak zawsze skopiuję opis książki, który zaczerpnęłam ze stron wydawnictwa. Tym sposobem uniknę robienia spojlerów.
„Dla Hanki, świeżo upieczonej absolwentki dwóch fakultetów, przeprowadzka do odziedziczonego po ciotce mieszkania w Warszawie jest jak złapanie Pana Boga za nogi.
Tymczasem szybko okazuje się, że wraz z mieszkaniem w spadku przyjęła Hanka głośne sąsiedztwo agencji towarzyskiej (dyskretnie nazywanej „salonem masażu”), a o pracę w Warszawie wcale nie jest tak łatwo. Pewnego dnia dziewczyna dostaje wreszcie zaproszenie na wymarzoną rozmowę i rozpoczyna pracę w agencji reklamowej jako... wysoce wykwalifikowana sprzątaczka. Wkrótce potem przystojny szef prosi ją o pomoc w pewnej kompletnie zwariowanej sprawie, w wyniku czego Hanka (zupełnie niespodziewanie) trafia na podwarszawskie salony.
Czy w tętniącej życiem stolicy, gdzie wszystko jest na wczoraj, znajdzie wreszcie stabilizację, szczęście i miłość?
I czy któryś ze spotkanych na ścieżce jej oryginalnej kariery mężczyzn okaże się tym jedynym?„

Dawno tak szybko nie przeczytałam książki. Czas jaki jej poświęciłam był naprawdę krótki. Treść jest na tyle wciągająca, że nie liczy się minut jakie upływają na zegarku. Przyznam, iż w pewnym momencie domyśliłam się jakie będzie zakończenie. Tak już mam, że ciężko mnie zaskoczyć. Nie mniej sam pomysł wydał się bardzo interesujący. Powieść okraszono zabawnymi dialogami i humorem sytuacyjnym. Nie raz na mojej twarzy odmalowywał się szczery grymas rozbawienia. Doczytujemy również kilka mądrych rad, szczególnie skierowanych do wielbicieli kotów, a także dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tymi przeuroczymi stworzeniami. Od początku, czytelnik zaczyna lubić główną bohaterkę. Każda z nas jest w stanie postawić się na jej miejscu. Doskonale obrazuję bolączkę jaką odczuwamy w trakcie poszukiwania pracy i nie tylko.

Język jakim operuje Pani Michalina jest nam bardzo dobrze znany. To klasyczny, współczesny. Dzięki czemu, bez kłopotu odnajdujemy się w rzeczywistości w jakiej żyje Hanna, a może powinnam napisać Anna, bo tak na imię ma nasza główna bohaterka. Hania to zdrobnienie, które do niej przylgnęło, kiedy jeszcze jako, dziecko dawała upust swoim szczeniackim wybrykom. Styl również jest bez zarzutu. Autorka bez kłopotu wprowadza czytelnika w realia Warszawskiej Pragi, kreśląc przed odbiorcą klimat i charakter tego miejsca. Nierzadko dostajemy zabawne potyczki słowne między właścicielką, a jej sierściuchami. Zwierzaki są w zgrabny sposób personifikowane, lecz nie rzuca się to w oczy. Raczej stanowi ciekawe tło dla reszty powieści. Hanna nie jest typem fajtłapy ani też osoby z przerostem ambicji. I może tutaj rządzi przypadek. To właśnie ten splot wydarzeń sprawia, że bohaterka, w bardzo kreatywny sposób się rozwija. Choć może na początku jej sytuacja wygląda dość mizernie, z czasem przekonujemy się, że przy odrobinie wysiłku, nie tylko fizycznego, jesteśmy w stanie osiągnąć różne cele.

Pisarka przejawia niebywałą zdolność obserwacji rzeczywistości, jest kreatywna i twórcza. Ujęte w zgrabnie zdania i anegdotki, tworzą całkiem intrygującą całość. Książkę czyta się bardzo szybko. Przewija się kartki i zastanawia, co tym razem się wydarzy, lub co stanie na drodze naszej Hani. Czyni to tę pozycję godną polecenia. Fabuła nie pozwala się od niej oderwać. Gdyż konstrukcja lektury nie pozwala jej odłożyć, zwycięża ciekawość. Napisana jest z polotem i fantazją. A styl oraz warsztat pisarski bardzo dobrze dopracowany. Mogłabym rzec, że jest do pozazdroszczenia. Mało jest na naszym rynku książek, które po wzięciu do ręki zwyczajnie pochłonęłam w dwa dni.

Oczywiście nie można tutaj pominąć wątku romansowego. Lecz lektura nie jest romansem, a komedią romantyczną. Naszpikowaną zabawnymi przypadkami i jak to w tym gatunku bywa, rozmijaniem się bohaterów. Hanna jest troszkę romantyczna, troszkę rozważna. Jednak poszukiwanie miłości nie jest dla niej sprawa pierwszoplanową. Skupia się na karierze, choć i ta nie jest jej całym światem. Potrafi być uczynna i miła, zaskarbiając sobie tym przychylność innych. Dba o swoich podopiecznych, co czyni ją godną zaufania. W skrycie, jak każda z nas, marzy o prawdziwej miłości. Zdarzają się jej również kąśliwe uwagi i przylepianie łatek tym, których akurat za bardzo nie darzy sympatią.

Komu polecam? Chyba wszystkim. Zawarte w niej uniwersalne wartości, przydają się nie tylko tym, którzy popadają w marazm, ale również naszej kochanej młodzieży. Pani Michalina w bardzo delikatny sposób daje nam tym do myślenia. Jest to powieść ciepła i chwytająca momentami za serce, nie raz zabawna, innym razem zaś budująca pełne oczekiwania napięcie... co dalej? Ukazuje nam Warszawę w zupełnie innym świetle. Jako rodowita Ślązaczka, posiadająca duże grono znajomych w stolicy, mam niejako ugruntowany jej obraz. Tutaj jednak jest ona jakby bardziej przystępna. Brakowało mi jedynie szerszych opisów. Ciężko sobie wyobrazić niektóre postaci czy miejsca. Akcja w tym czasie jakby galopuje w swoją stronę, pozostawiając czytelnika z pewną dozą niedosytu. Jednak to jedyny mankament powieści. Myślę, że pozycja powinna spodobać się przede wszystkim paniom. Wiek? No cóż też raczej nie widzę żadnych barier. Nie ma tu ostrego seksu, wulgarności i innych tego typu rzeczy, których w obecnej literaturze jest bardzo dużo. Zauważyłam nawet, że im target wiekowy niższy, tym więcej właśnie tych wyżej wymienionych elementów. A szkoda. Pani Michalina stworzyła bardzo ciepłą i przyjemną opowieść w sam raz na chłodne wieczory z herbatką i dobrym ciachem w tle.
Serdecznie polecam.

Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję wydawnictwu Replika.










Komentarze

  1. Chyba większość czytelników tak ma, że czasami potrzebuje się oderwać nawet od tych najbardziej przez siebie ukochanych gatunków literackich :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ogólnie to bardzo fajna, zabawna powieść. Już ją przeczytałam i jeszcze dziś zamieszczę recenzje.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że historia została utrzymana w klimacie komedii romantycznej i że nada się dla każdego. Chyba wiem, co kupię Mamie z okazji Walentynek ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…