Przejdź do głównej zawartości

E.M Thorhall "Zamek Laghortów" - Recenzja

Źródło: RW 2010


O powieści dowiedziałam się z akcji prowadzonej na blogerskim fp. „Polacy nie gęsi i swoich autorów mają”. W sumie nie wiedziałam czego się spodziewać. Jednak informacja, że jest to książka z elementami fantasy, której akcja toczy się w okresie średniowiecza, sprawiło, że mnie na tyle zainteresowała, iż zapragnęłam zapoznać się z jej treścią. Kolejną zachętą była sama autorka. Wiem zabrzmiało to dosyć dziwacznie, aczkolwiek okazało się, że ją znam. Może przelotnie, bo zamieniłam raptem dwa zdania. Jednak znajomość zapowiadała się na tyle ciekawie, że grzechem by było jej nie rozwinąć. Gdzie poznałam Panią Thorhal? Oczywiście w ŚKF w Katowicach, na spotkaniu autorskim z Panem Romualdem Pawlakiem. Odezwałam się zatem do niej najpierw na czacie organizowanym na wyżej wymienionym fp, a potem zwyczajnie prywatnie, bez „świadków”. Okazało się, że mamy sobie wiele do powiedzenia oraz przekazania. I tym sposobem wymieniłyśmy się własnymi książkami oraz spostrzeżeniami na ich temat. Powieść wydana jest w formie e-book, przez oficynę wydawniczą RW 2010. Jest to niewielkie dzieło, a raczej wstęp do cyklu zamkniętego w 4 tomach. Na początku miałam okazję zapoznać się z darmowym fragmentem udostępnionym w ramach promocji przez wydawnictwo. Treść na tyle mnie zaciekawiła, że sięgnęłam po pełną wersję letury. Oczywiście autorka mi to umożliwiła, za co jej serdecznie dziękuję. Jakoś nie ogarniam jeszcze tych punkcików na stronach RW. Obiecuję poprawę.

A kim jest Pani Thorhal? W internecie oraz prywatnie nazywa się zdrobniale Thori. Jest to kolejna autorka ukrywająca się pod pseudonimem. Zdradzę Wam, że tak na prawdę ma na imię Ewa, ale więcej nie powiem. Z wykształcenia jest ekonomistką. I nie zależnie od tego ile właśnie cyferek pojawiło się w jej metryczce, zawsze ma dwadzieścia lat. „Zamek Laghortów” to jej debiut i nie debiut. Od jakiegoś czasu można ją spotkać na takich stronach jak np. Gamexe i Yggdrasil. Prowadzi bloga z zadziornym tytule „Okiem wredoty”. Zafascynowana jest mitologią słowiańską, średniowieczem, wikingami i motocyklami. Należy do bractwa rycerskiego i mimo posiadania delikatnej postury, uczy się władać mieczem, drżyjcie niefrasobliwi. Sama twierdzi, że ma tendencje do marudzenia, i jest nolifem. Czyli nic innego jak miłośniczką gier. Typ introwertyka z gratisową zgryźliwością, czasem bywa nawet złośliwa. Na szczęście nie poznałam jej jeszcze z tej strony.

Okładka. Tak, kolejny ulubiony element do przyczepiania się. Cóż, tu raczej moje czepialstwo nie osiągnie wyżyn. Okładka raczej nie jest wyjątkowa. Mnie bynajmniej nie zachwyca. Raczej to taki zlepek zdjęć, z rzuconym niczym nie wyróżniającym się fontem. Nie mniej doskonale wpasowana w realia powieści. I choć moja wyobraźnia raczej inaczej rysowała sobie wygląd głównych bohaterów, tak ta obwoluta zgrabnie naprowadza czytelnika na karty pozycji. Jestem paskudną estetką, nie mniej jeszcze nie zasłużyła na miano koszmarka miesiąca, mam inny w zanadrzu. W sumie nawet nie jest źle. Jednak poprawiłabym to i owo. Sądzę, że autorce się podoba, więc w czym problem?

A o czym „ Zamek Laghortów”? Klasycznie, by nie robić spojlerów (ze mną nic nie wiadomo), wklejam opis zaczerpnięty ze stron wydawnictwa:
„Młodziutka Kyla, uciekając przed niechcianym ślubem, trafia pod opiekę Sir Eryka i jego żony Lady Lyanny. Poznaje zamek, jego mieszkańców, nawiązuje przyjaźnie, uczy się fechtunku, odkrywa prawdę o swoim pochodzeniu. Wiele się wokół niej dzieje. Wszyscy zdają się lubić i akceptować jasnowłosą podopieczną Laghortów, prócz jednej osoby: ponurego, opryskliwego Morhta. Ten pochodzący z Varthenu surowy i oschły dowódca najemników z jakiegoś powodu od samego początku nie znosi dziewczyny i nie zamierza jej pobłażać. Panna drażni go, irytuje i wzbudza niezrozumiały dla niego samego gniew. Kyla znosi jego zachowanie do czasu... „

Niektórzy nie lubią e-booków, twierdząc, że to nie jest książka. I żeby móc poczuć klimat powieści muszą mieć pod palcami subtelną strukturę papieru i jego zapach. Do czasu miałam dokładnie to samo podejście. Nie posiadałam czytnika, a zgłębianie lektury na ekranie komputera sprawiało, że oczy łzawiły mi niemiłosiernie i męczyłam się okrutnie. Jednak od jakiegoś czasu posiadam ustrojstwo zwane czytnikiem e-book, i powiem szczerze, że był to jeden z lepszych zakupów w ostatnim czasie. Osobiście polecam każdemu molowi książkowemu. Szczególnie tym, którym trzeszczą półki od ciężaru nagromadzonych zdobyczy. Jednak koniec prywaty.

Jak już wspominałam nie wiedziałam czego mam się spodziewać po „Zamku...”. Nie miałam nigdy styczności z twórczością Pani Ewy, zatem moje obawy były uzasadnione, do tego dorzucam to, iż od jakiegoś czasu czytam większość powieści naszych rodzimych pisarzy, gdzie w większości przypadków są to dzieła wydawane na zasadzie self publishing. Ktoś mi ostatnio napisał, że było by mu szkoda czasu na grafomanów. Ja przyznaję, że mnie czasu nie szkoda. I choć po części jestem w stanie przyznać mu rację to wiem, że dopóki czegoś nie poznasz, nie oceniaj. Tak było też w tym przypadku. Pozycja napisana przez Panią Thorhal miło mnie zaskoczyła i w niektórych momentach sprawiła, że poczułam miłe dreszcze emocji. To bardzo płynnie napisany drobny utwór literacki. Drobny, bo liczy zaledwie 175 stron. A które na końcu obiecuje nam kolejną cześć, na którą oczywiście czekam.

Styl jakim operuje Pani Ewa, jest bardzo poprawny. W bardzo prosty i obrazowy sposób, autorka wprowadza czytelnika w swój świat. Oferuje nam bogate opisy nie tylko przyrody, ale również kreśli przed nami zapomniane już zachowania czy obyczaje dworskie. Dla mnie to bardzo dobry zabieg. Świadczy on bowiem o wiedzy oraz wnikliwości jaką operuje autorka. Książeczka jest klarowna i czyta się ja niebywale płynnie. Wystarczy zaledwie kilka „krótkich” godzin, by móc zapoznać się z jej treścią i czuć coś na wzór niedosytu.

Kreacja głównej bohaterki też jest dosyć zaskakująca. Ci którzy mają choć blade pojęcie na temat epoki średniowiecza, muszą wiedzieć, iż kobietom wcale nie wiodło się tak wspaniale, jak możemy zaobserwować w hollywoodzkich produkcjach. A niewiasta była sprowadzona do roli matki, i gospodyni czuwającej nad domowym ogniskiem. Oczywiście nie generalizujmy. Były również białogłowy zgrabnie posługujące się drobnym orężem, łuczniczki czy potrafiące dobyć miecz. I taka właśnie jest Kyla. Waleczna i niezłomna, w sumie przypomina mi nawet moją Norę, ba posiada w pewnym stopniu jej mentalność, choć Kyla jest delikatniejsza i bardziej kobieca. I jak na wiejską dziewuchę, wcale się tak nie zachowuje. Ma ogładę i dobre maniery, w sumie nie wiem skąd ona je wytrzasnęła. Może to ta arystokratyczna krew. Jak na siedemnastolatkę, w której buzują hormony, jest nad wyraz opanowana oraz rzeczowa, i raczej próżno szukać w jej zachowaniu szczeniackich wybryków, chyba że pod wybryk podciągniemy ucieczkę z domu po wieściach usłyszanych od jej ciotki, że ma zostać wydana za mąż za obleśnego szynkarza. Jest to postać, która ewoluuje bardzo powoli. W sumie cały czas jest kreacją statyczną. Czasem prycha i się miota, jednak jest to tak krótkotrwałe, że przechodzi bez echa. Ma też tendencje do generalizowania i przylepiania łatek na zasadzie: jak cię widzą, tak cię piszą. Nie mniej, nie trudno zapalać do niej sympatią. Lubi się ją od początku. Myślę, że młodsze czytelniczki bardzo chętnie widziały by się w skórze młodej „wojowniczki”.

Troszeczkę inaczej postrzegam drugiego głównego bohatera, najemnika Motha. Tutaj mamy do czynienia z dwudziestoośmioletnim wojownikiem o charakterze buca. Bywa grubiański i szorstki, wcale nie mając ochoty na to, by postrzegano go z innej niż ta perspektywy. Od początku daje się we znaki naszej młodziutkiej Kyli na tyle mocno, że dziewczyna spłoszona jego zachowaniem zwyczajnie go unika. Jednak po czasie dostrzegamy drobne iskry, jakie przeskakują pomiędzy tą dwójką, na tyle subtelne, że ona sama ich nie dostrzega lub zwyczajnie nie chce ich widzieć. Dostajemy drażniące wyobraźnię czytelnika fragmenty i chwile, w których najemnik „ciepło” myśli o jasnowłosej mieszkance zamku. Skrycie śledzi każdy jej krok, co powoduje, że zaczynamy postrzegać go z zupełnej perspektywy, i zwyczajnie wzbudza tym sposobem coraz to pozytywniejsze odczucia. Z hardego i nieprzystępnego przełożonego w końcu zaczyna się nam jawić jako osoba posiadająca serce, nie koniecznie kamienne. To postać, która w przeciwieństwie do Kyli ewoluuje i bardzo przyjemnie się tę zmianę czyta.

Gdyby nie to, że zaznaczone jest w jednym z opisów, iż jest to romans, nie dostrzegłabym tego. Był to jedyny element opisu książki, który mnie lekko odrzucał. Osobiście nie lubię romansów, ten rozdział życia czytelnika mam już za sobą. Tutaj mamy wszystko wyważone. Żadnych nachalnych opisów, rozwlekania i westchnień. Nie ma lepkości i ciężkiej atmosfery, nasyconej różową chmurką miłości. Autorka zgrabnie prowadzi przez karty powieści, ukazując to czego raczej nie przeczytamy w podrzędnych książkach. Mamy tutaj dobry kawałeczek historii oraz obyczajowości. Rola kobiety jest zarysowana na tyle mocno, że jesteśmy w stanie się w nią wczuć oraz czynnie brać udział w życiu codziennym toczonym na zamku. Spodziewałam się więcej elementów fantasy. Niestety zawiodłam się. Dostajemy dosłownie strzępki, które przemykają niepostrzeżenie uduszone życiem dworskim, jednak są one na tyle istotne, że wywierają pewnego rodzaju piętno na kreacjach. Może w następnej części dostaniemy więcej zjaw czy magów. Pożyjemy zobaczymy.

Komu polecam? Raczej nie dostrzegam przeciwwskazań, aby tę książkę czytał młodszy czytelnik. Nie ma tu zbyt wielkiej brutalności czy ostrych scen seksu. Bohaterowie bywają grubiańscy i chamscy, a niektóre niewiasty nieobyczajnie się prowadzą, lecz jest to tak ze sobą połączone, że tworzy bardzo spójny obraz. Podsyca ciekawość i daje dreszczyk emocji. Na dokładkę czyta się lekko i szybko. To dobra książka na dwa leniwe popołudnia. Może początek nie jest porywający to reszta z pewnością zainteresuje czytelnika. Pozycję podsunęłam mojemu mężowi. Mam nadzieje, że tym razem nie stwierdzi, że po przeczytaniu wyrośnie mu wagina, tak było w przypadku czytania „Niewolnicy” Anny Chaudiere. Bo może to romans, ale za to na tyle dobrze skonstruowany, że nawet mężczyzna znajdzie w nim coś dla siebie. Osobiście czekam na kolejne losy Kyli i jej pobratymców. No i oczywiście polecam.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.



Komentarze

  1. Książka wydaje się być interesująca. I bardzo pociesza mnie fakt, że nie ma tam zbyt dużo romansu, bo się zawsze tego boję w książkach. Obawiam się, że nie będzie nic prócz robienia słodkich oczy i temu podobnych :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Romans to nie muszą być słodkie oczy, bo ma on różne oblicza :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeśli mam czytać romans, to taki bez słodkich oczu :)

      Usuń
    2. W tej książce nie ma słodyczy. Za to jest obijanie po mordach, dziewki i szczęk mieczy... To lubię :3

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…