Przejdź do głównej zawartości

Pola Pane "Arisjański Fiolet" tom I - Recenzja

Źródło: WFW

Są takie książki, które połykamy w całości i nie możemy się od nich oderwać. Są też takie, które zajmują nam nieco więcej czasu. I nie to, że mamy tutaj styczność z literaturą gorszej jakości, którą zwyczajnie trzeba odkładać, bo przecież grzechem jest pozostawić niedoczytaną powieść na półce. Choć przyznaję się do tego, że kilka dzieł porzuciłam, nie mogąc znieść ich treści. W tym przypadku na karb mej nieudolności czytelniczej, zrzucam obecny stan w jakim się znajduje, czyli nic innego jak ciążę. Niestety w moim przypadku pierwszy trymestr okazał się drogą przez mękę. Czytanie musiałam odłożyć. Autorka została przeproszona, zatem sądzę, iż wina została wybaczona. Ale dosyć prywaty. Wszyscy wiedzą, że nie znoszę gatunku paranormal romans. Zawsze sobie powtarzam, że to przyjemna lekturka na odstresowanie się po ciężkim dniu, bo przecież kobiety lubią romanse, a ja jestem, jakby na to nie patrzeć... kobietą. No niestety. Po przeczytaniu kilku publikacji z tego gatunku, zaczęłam powątpiewać w ludzkość... dosłownie. Wszystkie okazały się szablonowe, nudne, przewidywalne, a główne bohaterki tępe jak kłody drewna. I naprawdę nie mam zamiaru nikogo obrażać, choć przyznam, że nawet moja nastoletnia córka ostatnio wrzuciła powieścią pewnej polskiej autorki, wrzeszcząc z drugiego pokoju: Mamoo dlaczego mi to robisz! A chciałam być miła. Wyszło jak zwykle.
No właśnie my tu gadu gadu, a książka czeka. Dostałam ją od polskiej debiutantki, skrzętnie schowanej pod pseudonimem Pola Pane. Jest to pozycja wydana na zasadzie self publishing przez Warszawską Firmę Wydawniczą i nosi tytuł „Arisjański Fiolet”. Ci którzy mieli styczność z tym wydawnictwem wiedzą, iż mają bardzo zróżnicowaną półkę. Jednak najczęściej spotykam się z publikacjami tego wydawnictwa, które są z gatunku: fantasy, urban fantasy, obyczajowe oraz właśnie wyżej wymienione paranormal romans. Powiem szczerze, że od początku autorka truła mi głowę słowami: „Nie spodoba Ci się, to nie Twój gatunek.” Jednak trafiła na osobę nie poddającą się tak łatwo, wszak nie oceniaj nie znając treści, to by było bardzo nie w porządku. Zatem zabrałam się za czytanie. W tym też czasie słuchałam płyty CD, jaka jest dołączona do książki. Tak, Pani Pola bardzo postarała się o to, by wprowadzić czytelnika w odpowiedni klimat. Czy się jej udało i czy zespołowi Rayne się powiodło o tym za chwilę.

Na tapetę, jak zawsze, leci okładka. Cały czas już od początku pisania skromnych opinii, przyczepiam się do tego elementu. Taką mam paskudną naturę. Tu jednak przypiąć się nie ma do czego, ba owa obwoluta posiada swoją niepowtarzalną historię. I ci co nie wiedzą, a myślę, że ten rąbek tajemnicy mogę zdradzić. Na pierwszym planie pośród kawalkady i feerii barw w tonacji ambry, żółci, sjeny palonej i brązów, widzimy lusterko samochodowe i malusieńki fragment wozu... Tadam kochani fani, oto macie przed sobą autentyczny wycinek samochodu Pani Poli. Zaspokoiłam ciekawość? Nie? Nie szkodzi. Dziewczyna na dalszym planie również jest żyjącą istotą z krwi i kości, a nie wytworem grafików. Oczywiście imienia nie zdradzę, a już tym bardziej pochodzenia. Co mi się podoba w tej okładce? A to, że jest prosta. Czcionka dobrze dostosowana do klimatu powieści, w ciekawy sposób wyeksponowana. Przywodzi na myśl plakaty filmowe. Zapewne gdybym miała sama sobie tę pozycję kupować, właśnie okładka zwróciłaby moją uwagę. Pewnie wróciła by na półkę w księgarni... wszak to paranormal nie? Zatem po raz kolejny z ulgą stwierdzam, że dobra robota.

A kim jest pani, która chowa się pod pseudonimem Pola Pane? Dodam, że zauważyłam, iż coraz częściej można spotkać polskich autorów i nie tylko, ukrywających się właśnie pod płaszczykiem obco brzmiących przydomków. Dlaczego? Czasem uzyskuję odpowiedzi, a czasem nie, w tym przypadku znam historię powstania pseudonimu. Lecz zainteresowanych jego powstaniem, odsyłam na stronę autorską. Pani Pane jest... matematykiem (podziwiam, cyferki mnie przerażają). Pewnego pięknego dnia doszła do wniosku (hmm podobnie jak ja), że napisze powieść. Jednak nie taką byle jaką. Postanowiła napisać książkę według wzoru matematycznego. Jeśli macie „ścisły umysł”, przekonacie się jaką melodie wplotła w treść. Pochodzi ze Świętokrzyskiego, a konkretnie z miasta Końskie, studiowała na Uniwersytecie Łódzkim. Prywatnie lubi koty (posiada dwa), słucha polskiego rocka i lubi fotografować. W zaciszu swojego domu, w wolnych chwilach, gra na gitarze akustycznej. Oczywiście nie zapominajmy, że również jest molem książkowym i bardzo ceni sobie prozę Waldemara Łysiaka. A do jednych z jej pasji zaliczamy między innymi malarstwo.

Płyta, jaką dostajemy w komplecie z książką to zbiór kompozycji wykonanych przez zespół Rayne. Dawno dawno temu bardzo lubiłam tego typu brzmienia. Wychowałam się na muzyce metalowej, folkowej i filmowej. Mój ojciec do znudzenia puszczał mi płyty Black Sabbath czy choćby Europe. Zatem ostre gitarowe riffy i przysłowiowe darcie się, nie jest mi obce. Tutaj jednak mi coś nie grało. Nie potrafiłam wbić się w klimat. Zupełnie inaczej w mojej głowie ilustrowały się obrazy jakie wypływały z treści powieści. A utwory młodziutkich muzyków skutecznie mi je zakłócały. Nie mowie, że płyta jest zła. Bo zapewne znajdą oni wiernych fanów rozsmakowanych w tym gatunku, natomiast ja wyczuwałam nutkę fałszu i zgrzyty. Skończyłam szkołę muzyczną na kierunku wokal i musiałabym się doczepić do tego i owego. Jednak autorka była tak uprzejma, że wytłumaczyła mi dlaczego jest tak, a nie inaczej. Zatem trzaski wniknęły wyłącznie z niedomagania wokalistki, cierpiącej na paskudne zapalenie gardła. Po tej informacji postanowiłam bliżej się zapoznać z twórczością kapeli, wszak trzeba wspierać młode talenty. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że kompozycje, które nie są integralną częścią płyty, są o niebo lepsze, a głos jest czysty i pozbawiony chorobotwórczych trzasków. Zatem życzę zespołowi samych sukcesów i mam nadzieję, że uda im się wyjść poza YT.

„Arisjański fiolet” przenosi nas na ziemię, w którą uderza kometa. Następuje zniszczenie ludzkości, flory i fauny. Ilość tlenu w powietrzu spada do około 3%. Powoduje to obumieranie reszty ocalałej roślinności i zwierząt. Jednak pośród tego kataklizmu, grupom ludzi udaje się przetrwać. Ukrywają się w między innymi w bunkrach. Akcja powieści toczy się dziesięć lat po zagładzie. Główna bohaterka Emily Walker razem z mamą, chowają się w bunkrze, wybudowanym przez dziadka, który jest opętany wizją apokalipsy świata. Wygląda na to, że szalony człowiek miał rację, a budowla jaką stworzył, okazała się na tyle wytrzymała, aby utrzymać przy życiu dwie kobiety przez około dziesięć lat. Pewnego dnia nasza główna bohaterka, która jest już osiemnastoletnią, młodą kobietą postanawia opuścić bezpieczną przystań. Na początku jest pełna obaw, jednak gnana chęcią wydostania się na zewnątrz, podejmuje decyzję. Pech chce, że jej matka domyśla się, co jej latorośl chce uczynić i wychodzi na to, że nie ma wyjścia i musi zabrać rodzicielkę ze sobą. Świat jaki dane jest im zobaczyć po wydostaniu się z bunkra jest klasycznym obrazem po katastrofie. Nie ostało się wiele. Lecz gdzieś w oddali tli się iskierka nadziei, którą są przybysze z obcej planety, po naszemu obcy, którzy postanawiają ocalić ziemię. Oczywiście ci przybysze o pomarańczowej skórze mają w tym swój cel. Tego jednak Wam już nie zdradzę.

Pierwszą rzeczą jaka się rzuca w oczy to styl oraz język jakim operuje autorka. Nie dostajemy tu popisu i kunsztu godnego klasyków, za to mamy bardzo prosty i oszczędny sposób opisywania rzeczywistości. Pani Pola prywatnie wyjawiła mi, że nie przepada za opisywaniem i zbędnym używaniem słów. Ma być jasno i klarownie. No i w sumie tak jest. Nie trzeba się za bardzo zastanawiać, by móc przeanalizować zaistniałą sytuację. Wszystko jest nieskomplikowane. Czasem udawało mi się wyłapać całkiem bogate opisy miejsc lub przedmiotów, a także kreowanych bohaterów. I tu czas przejść właśnie do nich.

Główna postać Emily to dla mnie typowa nastolatka, masa w niej sprzeczności i czasem wręcz za dużo naiwności. Jednak zrzucam to na karb tych nieszczęsnych dziesięciu lat w bunkrze, bo czegoż się można nauczyć o życiu siedząc zamkniętym jak w klatce. Jej zachowania czasem są irracjonalne i obawiałam się, że pewnego razu zwyczajnie wykłuje sobie oko przez tą swoją porywczość. W sumie obrazuje ona klasyczną, współczesną nastolatkę, w której buzuje burza hormonów. Ma ona również masę bardzo pozytywnych cech, i w głębi duszy jest bardzo pozytywną osobą. Jej sporym atutem jest odwaga i niezłomność. Bywa też uroczo zadziorna. Kolejną główną postacią o której warto wspomnieć to arisjańczyk Korin. I tu proszę moją wypowiedź potraktować z przymrożeniem oka. Bo pierwsza myśl jaka pojawiła się w mojej głowie to to, że kolor jego skóry jest pomarańczowy... na litość grzyba pomarańcza! Pytam się zatem autorki, czemu właśnie ten odcień, przecież paleta barw obfituje w masę innych? Odpowiedziała mi: „A jaki miał być? Niebieski?”. No i tyle w temacie. Przed oczami stanął mi taki obraz: Arisjańskie matki od urodzenia poją niemowlęta soczkiem marki Kubuś, do tego intensywnie nacierają je samoopalaczem o uroczym pomarańczowym kolorku, a na końcu zmuszają nieszczęsne dzieci do połykania kapsułek z beta karotenem, by ową piękną barwę pogłębić. Nie wiem jak to było z oczami, które są fioletowe, ale zapewne i do tego wymyślę coś humorystycznego. Arisjańczycy to bardzo ciekawa rasa. Istoty te nie posiadają emocji, są jakby z nich wyzuci. Jednak nie przeszkadza mi to w stwierdzeniu, że pisarka wykreowała całkiem zgrabne postaci.

Jak to w romansach paranormalnych bywa, dostajemy tu ukochany przez wszystkie znudzone życiem kury domowe oraz nastolatki, łaknące erotycznych dreszczy opisy scen łóżkowych. Na początku jednak są delikatne przesłanki, zgrabnie wplatane w treść, gdzie początkowy lęk naszej bohaterki, przełamuje chęć poznania bliżej tajemniczych wybawicieli ziemi. A potem wszystko się pięknie toczy i zapętla, doprowadzając czytelnika do tego kulminacyjnego momenty jakim jest... bzykanko;p Wszystko pięknie, ładnie. Jednak wyłazi moje czepialstwo. Literatka, nie daje pola do popisu wyobraźni. Wszystko jest wręcz anatomicznie opisane, włączenie za sławnym już „ślizganiem się po ściankach”, ci co czytali wiedzą co mam na myśli. Brakowało mi tej subtelnej erotyki i napięcia. Tu mamy kawę na ławę. Nie mówię, że autorka nie potrafi pisać „tych” scen, bo pewnie fani zjedli by mnie żywcem za te herezje. Uważam jednak, że nutka tajemniczości bardzo by się temu przypadała.

Książka jest bardzo przyjemna w odbiorze, umila czas i daje nam coś zupełnie innego aniżeli dostajemy w klasycznych paranormal romans. Na końcu zaskakuje, akcja rozkwita i przybiera na sile. Powieść jest też dopracowana pod względem graficznym, dodam, że bardzo podoba mi się skład oraz umieszczenie cytatów przy każdym z rozdziałów. Czcionka nie męczy, zatem to kolejny plus. Zwraca uwagę też szczegółowe dopracowanie pod względem merytorycznym, stylistycznym oraz językowym. I czasem znajduje się przecinek lub dwa, raczej laik tego nie dostrzeże. Brakowało mi na początku, szczegółowego opisu bunkru, w którym żyły obie kobiety. Zdaje sobie doskonale sprawę, że młodsze pokolenie za bardzo nie wie, jak wyglądają bunkry od środka. Uraziły mnie drzewa, które pod wpływem dotyku się rozpadały. Zatem się pytam jakim cudem te kikuty przetrwały tyle lat, skoro na ziemi występują zmiany atmosferyczne, wieje wiatr czy czasem spadnie jakiś lichy deszczyk.

A komu polecam? Powieść jest targetem 13+ ale niestety nie widzę tu górnej półki. Myślę, że starszy czytelnik znajdzie w Fiolecie coś dla siebie. Osobiście polecam, mimo tych wszystkich czepialskich słów jakie tu zamieściłam. Dzieło ma duży potencjał, i myślę, że z czasem zyska coraz większe grono zwolenników, tym bardziej, że Pani Pola już pisze drugi tom.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuje autorce Poli Pane.
Tu Fp autorki:




Komentarze

  1. Niestety, nie mój przedział wiekowy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Agnieszko to target 13+ zatem nie jest to pozycja dla podstawówki, a raczej już wyżej. Ja starocie i dałam radę;) Pani Pola ma masę fanów, może warto spróbować;)

      Usuń
  2. Po przeczytaniu recenzji mam mieszane uczucia. Z jednej strony podoba mi się klarowność stylu autorki, ale z drugiej kolejny romans paranormalny. Sama nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jet to jednak coś innego, może i szablon jest, ale jednak spojrzenie nieco świeższe.

      Usuń
  3. Nominowałam Twojego bloga do Liebster Blog Award ;)
    Zachęcam do odpowiedzenia na moje pytania: http://life-is-short-make-it-happy.blogspot.com/2014/01/liebster-blog-award-2014.html ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję:) Nie biorę jednak udziału w blogowych zabawach.
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  4. Lubie romanse paranormalne (chociaż tradycyjnych nie trawię), więc w sumie: czemu nie?! Chętnie przeczytam jak wpadnie mi w ręce.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…