Przejdź do głównej zawartości

Luiza Dobrzyńska "Dzieci Planety Ziemia" - Recenzja

Źródło: Wydawnictwo Białe Pióro


Gatunek SF zawsze mnie przerażał. Nie dlatego, że jest jakiś wyjątkowo zagmatwany, ale jakoś nie przemawia do mnie język w nim stosowany. Wszystkie te techniczne zwroty sprawiają, że czuję się nieswojo, jakby w tajemniczym świecie. Może dlatego, że jestem tylko humanistką i nauka technicznych rzeczy zawsze sprawiała mi trudność. Obecnie na rynku ukazują się książki nie tylko z gatunku fantasy czy obyczajowych, czasem udaje się wyłapać coś zupełnie odmiennego. I mam tu na myśli właśnie coś co mnie straszy.Od Wydawnictwa Literackiego Białe Pióro, otrzymałam do przeczytania oraz zrecenzowania książkę Pani Luizy Dobrzyńskiej, pod tytułem „Dzieci Planety Ziemia”. Pozycja zdążyła sobie poleżeć na półce, dojrzewając do tego by po nią sięgnąć. Na szczęście się nie zakurzyła, a druk nie wyblakł. Teraz, skoro poczułam się na siłach, mogłam w końcu zacząć ją czytać. To niepozorne, raptem trzystu-stronicowe dzieło kryje w sobie ciekawą fabułę i postaci, których zwyczajnie nie da się nie lubić. Ale to za chwilę. Poznajmy najpierw autorkę.

Pani Luiza nie jest debiutantką. Ma na koncie kilka książek. Jednak najbardziej znanymi są „Kawalkada” i „Dusza”. Jest laureatką plebiscytu internetowego „Książka na wiosnę” z roku 2012, oraz zdobyła II nagrodę literacką Nautilius w ramach Falkon 2013 za „Duszę”. Uwielbia światy sci-fi. Jest zagorzałą fanką „Star Treka”. Urodziła się w 1970 roku. Z zawodu jest technikiem medycznym. Kocha zwierzęta, wszelakie dodam. W wolnych chwilach prowadzi blog „Stara panna i morze”, który można znaleźć pod tym adresem: www.outsidelando7.blog.onet.pl. „Dzieci Planety Ziemia” są zatem jej czwartą powieścią. Czy ostatnią? Nie sadzę, ta kobieta to tytan pracy. Z tajnych źródeł wiem, że już pracuje nad kolejną pozycją.

I przyszła kolej na okładkę. Szczerze powiedziawszy nie podoba mi się. Nasycenie barw mnie drażni. Jest zbyt pstrokato i zbyt ostro. Znając moje zamiłowanie do prostoty i delikatnych kolorów, musiałam się do tego przyczepić. Na obecną chwilę uczę się obsługiwać program do tworzenia skomplikowanych grafik i widzę tę okładkę zupełnie innym świetle. Może sama ilustrację bym zostawiła, ale przepuściłabym przez kilka filtrów, gdyż przypomina mi tanie i tandetne książki z osiedlowego marketu. Do tego fonty. Olaboga! aż chce mi się krzyknąć, gdyż widzę tutaj hiszpańską czcionkę. Na prawdę. Znaczek imitujący „Ń” w nazwisku Pani Luizy jest niczym innym, jak hiszpańskim zmiękczaczem. Zatem nie ma nic wspólnego z polską czcionką. Poza tym tytuł powieści zlewa się z resztą i na moje oko jest mało czytelny. Doskonale wiem, że autorce bardzo podoba się okładka i nie mnie tu nic do gadania, nie moja książka. Nie mniej nie robi ona na mnie piorunującego wrażenia.

A o czym powieść? Pozwolę sobie, jak zwykle zresztą, skopiować opis.
„Po dwudziestu dwóch miesiącach podróży i wielu dramatycznych przejściach pięć ziemskich statków dotarło na planetę Patris, krążącą wokół mikrogwiazdy Jewel. Wiozły one ponad dwieście pięćdziesiąt rodzin wyselekcjonowanych pod względem genetycznym kolonistów, prawie tysiąc ludzkich istot uśpionych w kapsułach hibernacyjnych. W składzie załogi znalazła się Estrella Solis, historyk, do tej pory pracująca jako nauczycielka oraz jej android, Raul. On to właśnie, przy pomocy innych androidów zabranych przez załogę w podróż, zdołał ocalić kawalkadę pięciu statków. Gdy doszło do awarii układów sztucznej grawitacji, wskutek oddziaływania wewnątrz tworu kosmicznego zwanego Dyskiem Shoemakera, jedynie androidy były w stanie wytrzymać stałe przeciążenie i jednocześnie pracować. Pokierowała nimi lekarka ze statku dowodzenia, Celina Xiao, która w momencie awarii jako jedyna z załogi miała na sobie skafander przeciwprzeciążeniowy. Dzięki jej instrukcjom androidy mogły właściwie zająć się nieprzytomnymi ludźmi i przeprowadzić statki przez Dysk. Doktor Xiao przypłaciła to jednak życiem.
Załoga wyprawy, złożona z ludzi oraz zaawansowanych technologicznie androidów, zabrała się natychmiast za przygotowywanie terenu, tak by można było bez ryzyka rozpocząć procedurę wybudzania kolonistów. Działano bardzo ostrożnie, gdyż podczas lotu znaleziono niewielki pojazd z martwym członkiem jednej z poprzednich wypraw, a zarejestrowane urywki jego wypowiedzi nasuwały wątpliwości co do tego, czy Patris jest naprawdę tak bezpieczna dla ludzi, jak uważano w sztabie na Ziemi.
Jednocześnie pion naukowy wziął się do pracy przy klasyfikowaniu miejscowych gatunków fauny oraz flory i określaniu stopnia ich przydatności dla człowieka. Radość z udanej podróży psuło osadnikom tylko jedno: ich kontakt z macierzystą planetą został nagle przerwany i nie udawało się go ponownie nawiązać… „

Opis brzmi zachęcająco prawda? I tak jest. Książkę czyta się zaskakująco szybko. Jednak język i styl pozostawia wiele do życzenia. Sama nie jestem orłem i ciężko mi krytykować kogokolwiek, niemniej w pewnych momentach miałam wrażenie, że powieść pisana jest przez nastolatkę. Mam styczność z tekstami pisanymi przez młodzież. Często dostaję też „wypociny” mojego czternastoletniego dziecka i z przykrością muszę stwierdzić, że moja córka pisze lepiej od Pani Luizy. Może nie ma jeszcze tak bogatego słownictwa, ale pomysły i interpretacje niektórych faktów bardzo się pokrywają. Niebywale drażniące jest zagęszczenie spójników takich jak: był, ale, bo. Aż zdania proszą się o przeredagowanie. Czasem nawet usuniecie tego nieszczęsnego „był” sprawiło by, że czytana fraza nabrała by przejrzystości, zyskała to coś.

Autorka w bogaty sposób ilustruje życie na planecie, która kolonizują ludzie. Na podziw zasługuje umiejętność posługiwania się językiem technicznym oraz skrótami. Nawet taki laik jak ja jest w stanie zrozumieć wszystko bez zbyt częstego zaglądania do słowniczka. Tak, słowniczek terminologii znajdziemy na końcu pozycji. To niebywałe ułatwienie. Biorą pod uwagę fakt, że nie każdy czytelnik jest w stanie się odnaleźć w świecie SF. Zaskakują mnie droidy, o jakich możemy przeczytać. Niby są maszynami, a jednak posiadają pierwiastek ludzki. Prawie każdy mieszkaniec Patris posiada swojego towarzysza. I choć nie posiadają one emocji, ich konstrukcja oraz oprogramowanie sprawia, że w oczach ludzi stają się kimś więcej. Nawet jest wzmianka o zazdrości, gdzie zapytany o nią odpowiada, że nie zna tej emocji. Podobały mi się też opisy przyrody oraz pomysłowość Pani Luizy przy tworzeniu niezliczonych gatunków roślin oraz zwierząt. Byłam w stanie sobie wyobrazić „Szaraki” czy „Breny”. Te opisy to bardzo duży plus tej lektury.

Dla kogo powieść? Myślę, że nie ma tu przedziału wiekowego. Natomiast jeśli trafi się bardziej wymagający czytelnik może mieć pewnie niedosyt, właśnie związany ze stylem oraz językiem w jakim jest pisana książka. Lektura ta zawiera w sobie jednak kilka wątków, które zasługują na uwagę. Osoby romantyczne znajdą w niej coś dla siebie, bowiem autorka serwuje nam delikatny motyw miłości pomiędzy głównym bohaterami. Zamieszcza również coś dla miłośników kryminałów oraz tak często spotykany w pozycjach SF element etyczny. Tutaj trzeba usiąść i zwyczajnie przemyśleć kilka faktów. Mnie przeraziła wizja dziecięcych więzień, w których osadzani są nieletni za nawet najdrobniejsze przewinienie. Podobno miały na celu hartowanie ducha i szlifowanie charakteru, do mnie to jednak nie przemawia, wręcz wzbudza bardzo negatywne emocje. Narracja jest tu raczej spokojna i nie mamy wybuchów akcji, raczej wszystko płynie i przechodzimy spokojnie z jednego ważniejszego wydarzenia w drugie, tak jakoś bezboleśnie. Poza tym uświadamiani jesteśmy w bardzo przystępny sposób, że sami dążymy ku zagładzie i prędzej czy później człowiek zniszczy planetę. Lecz czy będziemy w stanie podobnie jak bohaterowie powieści znaleźć we wszechświecie spokojną przystań? Te przemyślenia zostawię Wam. Zatem osobiście polecam książkę. To przyjemna lektura na zimowe wieczory, szczególnie kiedy pogoda nie nastraja do wychodzenia z domu, a jedynie marzymy o gorącym kakao i cieplutkiej kołderce. Niestety jest to książka na tzw. Jeden raz. Raczej po raz drugi po nią nie sięgnę.

Książka przekazana przez wydawnictwo Białe Pióro:




Cytat zaczerpnięty ze stron wydawnictwa Białe Pióro.

Komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. Jeśli świetna oznacza amatorkę, dyletanctwo i ignorancję, to owszem. :3

      Usuń
  2. Czytałam "Duszę" tej autorki i pamiętam, że przypadła mi do gustu. Jeśli będę miała okazję to na pewno zajrzę i do tej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam zamiar przeczytać tą książkę :) Świetna recenzja!
    Zapraszam do siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tu kolejny przykład kretyna, co nie przeczyta tego, co komentuje.

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…