Przejdź do głównej zawartości

Ałbena Grabowska-Grzyb "Coraz mniej olśnień" - recenzja



Ostatni dosyć wolno czytam. Niestety oczy mi wysiadają. Nie mniej, nie odkładam czytania i cały czas mam ochotę na więcej. A stos od autorów rośnie. Mam szczęście, bo są cierpliwi. Myślę jednak, że czytanie na czas, na zasadzie kto więcej w tym roku zaliczy książek, uważam za totalną głupotę. Lektura powinna cieszyć i nasycać, przynosić kaca książkowego zaraz po jej zakończeniu, no i przede wszystkim coś wnosić do naszego życia. Oczywiście są powieści, które stanowią tzw. zapychacze, czyli łatwe i przyjemne, o których można szybko zapomnieć. Jednak przede mną, nie leży zwyczajna powieść obyczajowa, a coś co ukazuje nam dokonały przekrój współczesnej mentalności. Osobiście wolę fantasy, jednak tym razem oderwałam się od magicznych krain po to tylko, by zanurzyć się w szarej polskiej rzeczywistości. A pozycja, o której dziś wspomnę to dzieło Ałbeny Grabowskiej-Grzyb pod tytułem „ Coraz mniej olśnień”. Pierwsza moja styczność z jej twórczością nastąpiła niedawno, co zaowocowało recenzją jednej z jej książek, którą możecie przeczytać tutaj: http://stagerlee101.blogspot.com/2013/10/abena-grabowska-grzyb-julek-i-maja.html
Szczerze powiedziawszy byłam pełna obaw, a zarazem bardzo zaintrygowana treścią tej książki. Zanim ją jeszcze otrzymałam, urządziłam sobie swoisty rajd po internetach, szukając recenzji i opinii na jej temat. Znalazłam masę sprzecznych zdań, jednak najwięcej było pozytywnych. Nie zwykłam się sugerować opiniami innych, chciałam zwyczajnie zobaczyć co mają do powiedzenia czytelnicy.

O autorce wspominałam przy ostatniej recenzji, ale dla tych którzy jej nie czytali wklejam fragment napisany wcześnie. Nie lubię pisać dwa razy jednego i tego samego:)
Pani Ałbena Grabowska-Grzyb jest Dr n.med., specjalista neurolog, epileptolog, kierownik Zakładu Patofizjologii i Elektroencefalografii w szpitalu dziecięcym w Dziekanowie Leśnym. Pełni także funkcję sekretarza Polskiego Towarzystwa Epileptologii. Wielokrotnie nagradzana za swoje prace naukowe. Jej korzenie sięgają za granice naszego kraju. Pochodzi bowiem z Bułgarii. Urodziła się 1971 roku i prywatnie jest mamą trójki urwisów. Bardzo kocha swoich synów i nie wyobraża sobie życia bez nich. Czyli tak jak ja bez moich córek. Jest też autorką kilku książek. Między innymi cyklu o Julku i Maji. Spod jej palców wyszły też książki stricte związane z dziedziną naukową jaką się zajmuje: „O Małpce, która spadła z drzewa”. Jak i pierwsza jej powieść: „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”, która nawiązuje do jej Bułgarskiego pochodzenia. Mogłabym wymieniać wiele więcej osiągnięć tej niezwykłej kobiety, jednak prywatnie mogę powiedzieć, że jest to niebywale ciepła i uczuciowa osoba, z którą można rozmawiać godzinami, a która bardzo mi w życiu pomogła, lecz nie zdradzajmy tajemnic lekarskich.

Żeby tradycji stało się zadość, lecimy z okładką i resztą. Nie znoszę koloru pomarańczowego czy żółtego. Jednak tutaj mnie ten odcień nie raził. Okładka jest niebywale prosta. Nie zdradza zupełnie treści. Wszak książka opowiada o kobietach, a nie kobiecie. Jednak przedstawienie kobiety sukcesu, dumnie kroczącej przed siebie, jest bardzo wymowne. To klasycznie wydana powieść. Czcionka nie jest męcząca ani za mała, ani za duża. To pozwala czytać bez obaw przemęczenia oczu. I choć jakość papieru, z którego wykonana jest okładka, nie zdradza szybkiego jej niszczenia, to po dwóch razach wzięcia pozycji do tramwaju, lekko porozdzielały mi się rogi. Chyba czas napisać petycję do wydawnictw, by wzmacniali te felerne miejsca. Strasznie nie lubię jak mi się tak dzieje.


Fot. Prywatna


A o czym powieść?
„– Praca w piśmie o modzie, to świat dla wybranych. Trzeba mieć własny styl, dobre pióro,
mnóstwo czasu, a także uwielbiać ciuchy i ludzi z pierwszych stron kolorowych gazet. Ja tak mam. Może poza tym uwielbieniem. Za to świetnie je udaję – mówi o sobie Lena, stylistka. Jest jeszcze Maria – dziennikarka obsesyjnie podążająca śladem zaginionej przyjaciółki i Alina, której nowe życie upływa pod znakiem pierogów i pasztetu z chrzanem.
Trzy różne kobiety. Trzy odcienie kobiecości. Jeden sekret.
„Coraz mniej olśnień” Ałbeny Grabowskiej-Grzyb to powieść o kobietach i różnych odcieniach kobiecości. Bohaterki Grabowskiej-Grzyb bywają kapryśne, nieprzewidywalne, popełniają błędy. I dokonują wyboru. Ale zanim to zrobią, muszą przejść bolesną drogę samouświadomienia kim są tak naprawdę i czego oczekują. Od innych, a przede wszystkim od siebie. Tajemnica, humor, namiętność, dramat i zaskakujące zakończenie udowadniają, że literatura kobieca wcale nie musi smakować jak landrynka.”*


Fot. Prywatna


Autorka kreuje przed nami rzeczywistość oczami dzisiejszych kobiet. I nie jest to rzeczywistość fikcyjna, a bardzo realna. Akcja osadza jest bowiem we współczesnej Warszawie, gdzie słowo „współczesna” jest bardzo na miejscu. Kobiety jakie umiejscawia w stolicy, są boleśnie prawdziwe, a i realność wręcz bije po oczach. Nie jedna czytelniczka, była by w stanie osadzić się na miejscu Leny i Marii, wspominając jeszcze  dziewczynę o imieniu Ela, kąśliwe nazywaną przez Lenę „Ślepellą”. Motyw tracącej wzrok kobiety, na skutek wypadku i traumatycznych zdarzeń, miałam okazję już przeczytać w powieści Wiliama Whartona „ Spóźnieni Kochankowie”. Oczywiście Wharton nie ma nic do Olśnień to tylko taka moja dygresja. Bohaterki bardzo się między sobą różnią. Każda dysponuje własnym i niepowtarzalnym charakterem, który odkrywany jest coraz bardziej w miarę wertowania stronic. Jedna z nich jest arogancka i pewne siebie, druga ucieka od przeszłości. Trzecia zatapia swój ból w poezji.. Wszystkie są ze sobą połączone niewidzialną nicią, która nieświadomie oplata bohaterki coraz mocniej. Im więcej stron jest za nami, tym drobne wątki zaczynają ukazywać bardziej klarowny obraz. Zaczynamy rozumieć mechanizmy zachowań tych kobiet i po części je rozumieć, czasem rodzi się w nas pewnego rodzaju empatia.

Na początku myślałam, że przede mną spoczęła klasyczna powieść obyczajowa. Taka opowiadająca zwyczajne losy kobiet, w zwyczajnej Warszawskiej rzeczywistości. Myliłam się. Dostałam coś co na początku było lekko banalne i proste, a na zakończenie o mało nie dostałam zawału. Doskonała robota Ałbeno! Mnie jest ciężko zadziwić. Schematy i szablony, tak mocno wdarły się w naszą literaturę. A jednak nie. Cały czas się zastanawiałam czytając te książkę - co ja takiego przeoczyłam, czego nie zrozumiałam, że zakończenie tak mnie zadziwiło? I choć każda z bohaterek ma coś do powiedzenia i opowiedzenia, a ich losy nie rzadko są pokręcone i pełne wybojów to nie zmienia faktu, że są bardzo intrygujące i wciągające.

Język jaki operuje autorka, jest bardzo dojrzały i plastyczny. Bez problemu potrafiłam sobie wyobrazić wykreowane kobiety. I nie tylko kobiety, bo przecież w ich życiu są również inni. Powieść pisana jest w pierwszej osobie i odnosi się wrażenie, że czyta się pamiętnik lub osobiste zwierzenia. Przy czym wielowymiarowość języka, jakim posługuje się autorka, owocuje ogromną różnorodnością. Pozycja jest przygotowana bardzo skrupulatnie. Widać, że Pani Ałbena ma bardzo dobry warsztat pisarski. Operuje doskonale językiem, nie pozwalając sobie na potknięcia. Tylko pozazdrościć.

Dla kogo „Coraz mniej olśnień”? Dla każdego. Choć myślę, że dojrzalszy czytelnik znajdzie w tej powieści więcej głębi niż młodszy. Nie jest to jednak literatura łatwa. Czasem miałam wrażenie, że ciężar doświadczeń bohaterek mi ciąży i przysiada na barkach. Nie było to komfortowe uczucie. To wielowymiarowe dzieło znajdzie swoich fanów. Sama poleciłam ostatnio, jednej pani urzędniczce, która łakomie zerkała na te książkę, znad państwowych papierzysk. Powieść obyczajowa zawsze gdzieś znajdzie miejsce w naszych sercach i myślę, że Olśnienia również. To nie jest coś, o czym tak zwyczajnie się zapomina. Ja polecam i z chęcią sięgnę po inne dzieła autorki.

Za możliwość przeczytania powieści dziękuję autorce. A tu fp powieści.



Komentarze

  1. Cóż, nie jest to książka w moim typie, ale po Twojej recenzji może nawet kiedyś się skuszę :)
    Pozdrawiam,
    Nika

    PS. Zapraszam do mnie, dopiero zaczynam i są to zdecydowanie ciężkie początki :D
    http://nika-wsrod-ksiazek.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jest dobra, godna przeczytania. Zerknę:) Ja też zaczynam dopiero. Wiem, że to nie łatwe:)

      Usuń
  2. Pani Ałbena jest rzeczywiście pełną ciepła rozmówczynią, polecam także jej książkę "Tam, gdzie urodził się Orfeusz", a lada dzień wychodzi zupełnie nowa i z pewnością znowu zaskakująca książka:
    "Być jak Lady Makbet". Nie mogę się doczekać lektury:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem. Obie są na mojej liście czytelniczej:)

      Usuń
  3. Mnie w tej książce kompletnie zaskoczyło zakończenie. Polecam, wyjątkowa powieść.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…