Przejdź do głównej zawartości

Projekt - Opowiadanie

Grafika deviantART autorstwa KlausPillon  


Biorąc pod uwagę fakt, że mój znajomy nie odzywa się, a termin wysłania do mnie jego części opowiadania minął. Zatem postanowiłam zaryzykować i umieścić fragment, który naskrobałam. Jak wspominałam nie jest to po korekcie i edycji. Zatem stan surowy. Roboczo nadałam mu tytuł "Oskias" zapraszam do czytania oraz zerknięcia na stronę autora grafiki tytułowej, znajdującej się na deviantART http://klauspillon.deviantart.com/#/art/Ghost-s-in-the-forest-399915125?hf=1


                                                                 OSKIAS


      Noc lśniła milionem drobnych gwiazd, iskrzących się na firmamencie, radosnych i intrygujących. Granatowe niebo usiane nimi, falowało poruszane szarymi chmurami, niesionymi wiatrem, który zdradzał wędrowcom, że niebawem nadejdą jesienne słoty. Grupa zatrzymała się na skraju drogi. Znużona i senna, a szum liści w konarach drzew aksamitnych od nocy, podsycał jeszcze te doznanie. Konie niespokojnie rżały. Uspokajał je rosły mężczyzna odziany w proste szare odzienie i wilczą skórę, zarzuconą na ramiona. Zwierzęta dawały ponieść się jego pieszczotom i po chwili ustępowały jego woli, cichnąc. Ten tylko z uśmiechem klepał je po brązowej skórze, nucąc pod nosem coś bardzo niezrozumiałego dla innych. Dołączył do grupy kilka dni wcześniej. Prawdopodobnie obrabowany i pobity, zamiast twarzy miał miazgę, spuchniętą i gdzieniegdzie jeszcze z poranionej skóry sączyła się krew. Lecz z każdym dniem wyglądał lepiej i nie wzbudzał już takiego niepokoju pośród drżącej trupy. Cała ta zbieranina ludzi, podążała w nieznanym im kierunku, mając nadzieję, że prędzej czy później odnajdą miejsce na ziemi, które ugości ich na swym łonie. Takie to były czasy. Niespokojne i pełne ognia. Wsie płonęły za nimi, a płacz kobiet, niósł się nad ich głowami jak skrzydła kruków, które tego roku chmurami falujących piór, przemieszczały krainę, głodne i rządne ludzkiego mięsa. Trupów już nie grzebano. Zostawiono ścierwojadom i robakom. Często drogę przecinały porozrywane na strzępy ciała. Patrzące na podróżników pustymi, wydziobanymi jamami oczodołów, cuchnące i lepkie. Nierzadko zmuszeni byli zrzucać je do rowów, odurzeni smrodem gnijącego mięsa, wdzierającego się przez nozdrza, wprost do otchłani ich żyjących jeszcze ciał. Egzystowali jeszcze. Jeszcze istnieli, pośród tej marności i zgnilizny, dzieląc swój los na kawałeczki i prosząc boską naturę o każdy dzień. A każdy dzień był jak wyzwanie. Lasy roiły się od szabrowników i cmentarnych hien. Żaden o zdrowych zmysłach nawet nie śmiał nimi polemizować, oddawano wszystko, jak na skinienie palcem. Czyniło to te resztki istnień jeszcze bardziej zgorzkniałymi i samotnymi pośród ludzi. Byli biedni, choć mieli siebie. Garstka snuła się traktem i przygarniała pod swoje skrzydła wszystkich tych, którzy chcieli do nich dołączyć. Jedni umierali, inni przychodzili. Taki był Oskias. Mężczyzna od koni. Znali tylko jego imię, nic więcej, nie był skory do zwierzeń. Śpiewał czasem, ale tylko stare elfie pieśni. Nikt nie wiedział kim był. Prócz tego, że na grzbiecie zawsze miał wilczą skórę, jakby była częścią niego samego. Dwoje dzieci przyglądało mu się rozpalając ogień, śledziło każdy jego krok, jakby chcąc rozszyfrować jakie ma zamiary i czy aby nie okradnie ich nocą, choć doskonale wiedzieli, że złota nie znalazł by, a raptem kilka sprzętów do przegotowywania posiłków czy drobną broń, która i tak na pierwszy rzut oka, wyglądała jak archaiczne zabaweczki, którymi bawią się szczeniaki w wójtów i złodziei. Mahr i Mahra byli rodzeństwem. Dziewczynka miała może ze trzynaście lat i była silniejsza od brata, nie tylko fizycznie, ale i z charakteru. On zaś jasnowłosy dziewięciolatek, zawsze miał talent do pakowania się w kłopoty, z których siostra wyciągała go nierzadko w mało subtelny sposób, czyli nic innego jak sprawiała mu lanie, cienką witką, wyzywając od gałganów i niedojd. To sprawiało, że pokorniał, lecz tylko na jakiś czas. Po kilku dniach wszystko wracało do poprzedniego stanu rzeczy, irytując młodocianą opiekunkę. Same z tobą kłopoty – syczała na niego, kiedy ten robił niewinną minę i zerkał na nań błękitnymi źrenicami, spod burzy jasnych włosów. Ona była inna. Urodę odziedziczyła po matce. Oczy miała czarne jak dwa węgielki, a kiedy się złościła, stawały się jeszcze bardziej głębokie i ten kir wydawał się pochłaniać wszystko wokół, jak czarna dziura, nie mająca dna. Skórę posiadała białą. Kobiety cały czas obawiały się o jej zdrowie, gdyż nigdy na jej policzku nie pojawiał się rumieniec, jakby dziewczynka była pozbawiona krwi. Usta wąskie i wiecznie zaciśnięte, nie dodawały jej uroku, jedynie burza gęstych jasnych jak u brata włosów, sprawiała, że mogła uchodzić za istotę łagodną, niestety nic mylnego. Charakterem dorównywała nie jednemu staremu wydze, a w walce i łowach nie było jej równych. Niewinność dawno była za nią. Zatem nienawidziła mężczyzn z całego serca, a każdy który choć ją zaczepił lub krzywo spojrzał, lądował z ostrzem przy gardle. Jedynym jej przychylnym stworzeniem, był jej brat. Oskias nie poczuł na sobie jej gniewu, stał się jakby ciekawym elementem do obserwacji. Zawieszała na nim wzrok, a on jak gdyby nigdy nic przechadzał się po obozowisku, senny i znużony tą wnikliwą lustracją. Znudzi się – myślał, dotykając grubymi placami popuchniętej twarzy. Wracał więc do swoich obowiązków, które jakby same do niego przylgnęły. Kochał zwierzęta, a te kochały tego wielkiego niedźwiedzia jakim był.
      Ogień buzował i syczał, dotykając wilgotnego drewna. Bele trzeszczały pod jego naporem pękając i płacząc kroplami żywicy, która po zetknięciu z jęzorem płomieni, popielała i napełniała powietrze białym, gryzącym oczy dymem. I choć ten dokuczliwe wgryzał się pod skórę, koił aromatem drewna, tych którzy gromadzili się wokół, chłostani jego pręgami. Posiłek wymagał wysiłku wszystkich, toteż zgromadzili się w blasku i w skupieniu, przygotowywali resztki jakie pozostały w koszach. Tego roku natura poskąpiła. Nie było urodzaju, a owoce jakie wydała ziemia, często były robaczywe tudzież zgniłe od środka, jakby ta wiedziała, że zło jakie rozpanoszyło się po tym świecie, musi zostać okupione, nie tylko krwią winnych tego stanu rzeczy, ale tych którzy kurczowo trzymają się jeszcze marnego żywota, jakim był trakt, i tych którzy jeszcze chcieli zwyczajnie być. To walka na śmierć i życie. Przetrwają jedynie najsilniejsi. Prawi pięści i stali, prawo krwi i many, jak zwykł mawiać Oskias pochylony nad ogniem. Nikt nie pojmował tego co chciał im w tych kilku słowach przekazać, jakby odgradzali się murem od wieści, które zwyczajnie były niezbyt optymistyczne. On był inny, inność uderzała ich w twarz. A jednak zdecydowali się go przyjąć, nie bacząc na konsekwencje jakie niosła ta gościna.
   - Podaj mi proszę ziemniaki – odezwała się szczupła istota, szczelnie otulona wełnianym szalem, niebotycznie podziurawionym i wielokrotnie łatanym.
   - Proszę. - Podał jej kosz z pomarszczonymi bulwami, które poczęły gdzieniegdzie wypuszczać żółte pędy.
Szybko się z nimi uporała, obierając cieniutko i wrzucając do kociołka, zawieszonego nad ogniem, na dużych stalowych prętach, mocno wbitych w podłoże, dające mu oparcie i stabilność. Dziewczyna miała niewyobrażalnie długie palce. Byłaby świetną artystką – pomyślał, nie spuszczając jej z oka. Ona jednak jakby tego nie dostrzegała i robiła swoje. Kilku powróciło z chrustem, inni szykowali posłania, jeszcze inni przynieśli talerze i drewniane łyżki. Jak zawsze każdy miał tu swoją rolę, posiadał swoje miejsce, jakby z góry zaplanowane. Dziwny przejaw harmonii w czasach chaosu.
   - Znów dziś zupa? - Jęczał Mahr, zerkając do talerza pełnego parującej, rzadkiej cieczy.
   - Nie narzekaj tylko jedz – skarciła go siostra, wrzucając łyżkę do miski.
   - Ale ja już mam dosyć tych zup, ciągle to samo – narzekał.
   - Jedz gówniarzu – warknęła na niego, a szpary jej oczu pociemniały, rzucając w jego stronę snop iskier.
   - Nie będę! - wetknął jej posiłek w rękę. - Idę poszukać czegoś lepszego, może w tej rzeczce coś będzie. - Obrócił się na pięcie chcąc odejść od reszty, która przyglądała mu się obojętnym wzrokiem.
Oskias złapał go zwinnym gestem za nadgarstek i stanowczo usadził z powrotem koło dziewczynki.
Chłopak wzburzył się, próbując wyrwać. Próżne jednak były jego zakusy, bo mężczyzna był silniejszy i bardziej stanowczy od niego.
   - Puść mnie wilczy pomiocie – wściekał się.
   - Noc zapada, zostań tu gdzie jesteś. - Upomniał go.
   - Rób co ci gada gówniarzu, albo znowu cię witką przez plecy poczęstuje – zawtórowała Mahra, odgrażając się palcem.
Przysiadł na tyłku, jak rozjuszony młody odyniec, prychając i pieniąc się, jakby miał kopytka pewnie niespokojnie rył by nimi w ziemi.
   - Proszę – odezwała się kobieta, która jeszcze przed chwilą, swymi szczupłymi pacami, kroiła ziemniaki, podając mu małe zielone jabłko.
Chłopak zerknął na nią spod rozjuszonych źrenic, a wzrok utkwił mu w owocu.
   - No weź – zachęcała go. - Skoro zupy nie chcesz, zjedz choć to.
   - Za bardzo mu pobłażasz – usłyszała za plecami.
   - Nie Irno to jeszcze dziecko, dużo przeszedł – usprawiedliwiała go.
   - Jak my wszyscy – wyrwała jej z reki zielony smakołyk.
Mężczyzna z wilczą skórą na ramionach, przyglądał się scence, która dźwięczała mu w uszach, jak jazgot przekupek na cotygodniowym targu w mieście, z którego pochodził. Przymknął oczy i udał się w podroż do ukochanych wąskich uliczek, pełnych ukwieconych malutkich balkoników. Do schodków prowadzących do każdego domostwa i brukowanych chodniczków, pnących się ku górze miasta. Tęsknił za zapachami miasta i brzęczeniem owadów na ukwieconych łąkach, okalających wstęgą, jego ukochane miejsce na ziemi. Dorion zniknęło, jak większość podobnych miejsc. Straszy teraz kikutami ścian i popalonymi krokwiami, jakby były konstrukcją klatek piersiowych olbrzymów, mieszczących w sobie drugie serce, które kiedyś tętniło wewnętrznym życiem. Mieszkańcy byli tą arterią. Nie ma już czerwonych dachówek i jaskółek na stryszkach, nie ma też dźwięcznych głosów odbijających się od murów. Są tylko gruzy i zszarzała od pyłu trawa, uparcie wyrastająca pomiędzy kamieni na drogach, ta przynajmniej czepia się życia silnymi korzeniami jakby wiedziała, że właśnie te wewnętrzne pędy to jedyny sposób, by pamiętać jak można żyć.
Z rozmyśleń wyrwał go szelest w gęstwinie, który raczej nie był harcami wiatru w usychających liściach. Spiął się i począł nasłuchiwać. Nikt nie dostrzegł skupienia jakie wymalowało się na jego twarzy, on zaś dyskretnie usunął się w cień nocy, zaintrygowany głosem z lasu.
   - Nie będę jadł! - Usłyszał w lekkiej oddali, jak podrostek nadal wykłóca się z Mahrą i po minie jaka rysowała się na jej młodej twarzyczce wnioskował, że mało jej brakuje do tego, by wybuchnąć tu i teraz.
   - No to nie jedz! - Wrzasnęła na niego, wstając i rozlewając posiłek na suknię. - Mam cię dosyć, idę spać, a ty rób co chcesz. - Oddaliła się szybkim krokiem, znikając w mroku wozu. Wszyscy patrzeli na rodzeństwo, przeżuwając powoli i ciesząc się z posiłku, który nomen omen, był jedynym ciepłym jaki jedli każdego dnia.
      Znów ten szmer. Oskias odłożył wpół zjedzoną zupę na ziemię i wytężył słuch. W krzakach coś chrobotało, niebezpiecznie bliskie, a zarazem nęcące i tajemnicze. Przez głowę poczęły mu przebiegać różne myśli związane z tego typu dźwiękami. Gdzie najłagodniejszą formą mógł być dzik lub jeleń, najgorszą kolejni rabusie, nieudolnie czyhający na zapadający w sen obóz. Poczuł w sobie tą samą moc, która jeszcze kilka dni temu wyrządziła mu taką krzywdę. Nie przyznał się przed nikim, że odniesione rany nie były typowymi, jakie otrzymuje się podczas walki. A twarz przypominająca miazgę i pogruchotane kości, są wyłącznie jego dziełem. Nie chciał, by to właśnie działo się jemu. Nie po tym, jak widział śmierć swojej babki, która nie dała rady mocy drzemiącej w jej starczym i galaretowatym ciele. Magowie byli rzadkością w tych stronach, i może ludność się ich nie bała, bo w większości przypadków to uzdrowiciele i znachorzy. Cześć tej nikłej społeczności, należała do magów korzystających z dobrodziejstwa ziemi, gdzie potrafili sięgać do jej wnętrza, czerpiąc siłę do własnych celów. Oskias był młody. Miał raptem dwadzieścia jeden lat. Lecz postura nie zdradzała tego. Jako najstarszy z rodzeństwa, po śmierci ojca, przejął jego obowiązki, a że też wdał się w niego z czasem jego sylwetka nabrała muskulatury i potęgi, jakiej sam rodzic nie posiadał. W rodzinnych stronach nazywano go niedźwiedziem lub wilkiem, gdyż lubił knieje i towarzystwo przyrody. Kochał jednak miejsce z którego pochodził wraz z jego mieszkańcami, a łagodne usposobienie zjednywało sobie przyjaciół. Teraz kiedy odkrywał moc jakiej sam nie rozumiał, obawiał się siebie, to też nie był skory do rozmów, a już tym bardziej do zżywania się z towarzyszami podroży.
      Ponownie to samo. Krzak zakołysał się nerwowo, szeleszcząc suchymi gałązkami. Młody mężczyzna podszedł bezszelestnie w tamtą stronę. W jego oczach pojawił się zielonkawy ognik, który wesoło buzował na obrzeżach źrenic. Czuł czyjąś obecność, jakby wypełniała sobą powietrze, które buzowało od tej esencji, tak samo mocno, jak on od środka. Trzasnęło. Mała gałązka złamała się pod jego stopą, wypełniając tym dźwiękiem rozdygotaną ciszę. Zaklął pod nosem i przygryzł spuchniętą wargę. W tej też chwili z ciemności wyskoczył na niego, równie rosły jak on mężczyzna i ugodził go ostrzem w bok, po czym odskoczył, lustrując palącym wzrokiem człowieka, który złapał się dużą dłonią za ukłute miejsce. Oskias zawył z bólu, jednak nie bacząc na boleść z impetem ruszył w stronę oprawcy. Reszta dostrzegłszy to, zaczęła w chaosie rozbiegać się po obozowisku, wietrząc kolejną napaść. Kobiety ulokowały się w jednym z wagonów, ryglując drzwi od środka i czekając na zakończenie natarcia. Mężczyźni dobyli prowizoryczną broń, i w gotowości poczęli zbierać się przy ognisku. Nie wyglądało to raczej jak próba obrony. Ten, kto mógł obserwować zdarzenie ze strony podmiotu, dostrzegł by przerażenie i chęć ucieczki. Wszyscy jednak znali zasady panujące w tej grupie - Walczymy do końca. Oskias powalił napastnika. Ten szamotał się i bił go pięściami po obolałej twarzy. Męczyna okazał się cięższy i mimo zadanej rany skutecznie unieruchomił agresora. Niestety nie był on jedynym napastnikiem. Z kotary nocy i zasłony drzew, wyłonili się inni, odziani w szare opończe. Nie byli tak źle uzbrojeni, jak broniący się. W ich dłoniach lśniły srebrne klingi mieczy i noży, a za nimi ulokowało się kilku łuczników celujących w pierś, tym którzy sparaliżowani strachem, tłoczyli się tuż przy ogniu. Mahr czmychnął w stronę krzaków znajdujących się po przeciwnej stronie, tuż zaraz przy koniach. Zwierzęta spłoszone, nerwowo ryły kopytami w ziemi, rżąc i wyrywając się. Chłopak przylgnął policzkiem do drzewa i obserwował.
     Mahrę obudził tumult. Wyjrzała przez okienko i dostrzegła wszystko to, co działo się na zewnątrz. Szybko omiotła wzrokiem pole bitwy, szukając brata. Lecz go nie zobaczyła. Kątem oka dostrzegła Oskiasa szamoczącego się na ziemi z jakimś osiłkiem, reszta zajęta była odpieraniem ataku. Prześladowcy nie dawali za wygraną, konie oraz skromne zapasy, zawsze były wybornym łupem w kraju, w którym posiadanie zwierzęcia, a już tym bardziej konia jest czymś wyjątkowym. To czyniło grupę niebywale łakomym kąskiem i każdy się liczył z faktem, że prędzej czy później zostaną obrabowani. Tym razem jednak było gorzej, bo zamiast rozjuszonych drobnych rzezimieszków, mieli przed sobą dobrze zorganizowanych zbirów, szajkę, która zapewne króluje w tej części lasów. Niechybnie ogień ich zwabił. Dziewczyna chyłkiem opuściła miejsce snu i zagłębiając się w ciemność, poczęła wypatrywać brata. Przeklęty mały gówniarz - syczała do siebie przez zaciśnięte zęby.
      Oskias czuł w sobie napływającą siłę, jakby każde dotknięcie ziemi dodawało mu otuchy. Instynktownie położył dłoń na wilgotnym gruncie, przyciskając atakującego jeszcze mocniej do niego. Stało się coś czego nie mógł pojąć, a o czym myślał w tej chwili. Z darni poczęły wyrastać korzenie i oplatając jego zaciśniętą pięść, tworzyły coś na wzór nici, łączących go z glebą. Szamoczący się, zamarł zatrwożony, wlepiając w niego wielkie ze zdumienia oczy. Włókna wrastały w Oskiasa, nie czyniąc mu żadnej szkody. Natomiast te, które poczęły opadać na leżącego, wrzynały się w jego ciało oplatając je. Tamten zaczął wyć i zawodzić z bólu, a zadziwiony tym zjawiskiem mężczyzna o posturze niedźwiedzia, świdrował lśniącymi zielonymi iskrami oczu, wszystko to, co malowało się przed nim, nie pojęte, a zarazem fascynująco magiczne. Nie minęło kilka chwil, kiedy ktoś to dostrzegł. Zwabiony budzącymi zgrozę krzykami konającego w męczarniach. Część jego ciała wchłonęła gleba, część jednak broniła się zaciekle, rwąc pazurami ostatnie jego krztyny. Oskias nie robił nic, tkwił pochylany nad nim, nadal w letargu, zaczarowany widokiem.
      Mahra przebiegła przez obozowisko i dopadła brata tuż przy koniach uwiązanych do drzew. Zwinnym ruchem ciągnąc za włosy, wciągnęła go w krzaki i przyciskając dłonią do ziemi. Przykucnęła obok, lekko wychylając się z ukrycia, aby móc dostrzec to, co działo się przed nią. Należała do ciekawskich i pierwszych do bitki, lecz tym razem coś jej podpowiadało, że nie był by to dobry pomysł. Mahr jeszcze przez chwilę bronił się przed żelaznym uściskiem siostry, jednak po chwili zrezygnował i pozwolił jej na dominowanie nad nim. Kiedy dziewczynka poczuła, że przestał stawiać opór rozluźniła chwyt. Ten spojrzał na nią podnosząc wzrok znad ziemi. Położyła palce na ustach
   – Ciii – nakazała.
Przytaknął i lekko wychylił głowę znad listowia. Przed nim rozgrywały się sceny, których nigdy w życiu nie widział. Prawie każdy z mężczyzn broniących obozu był martwy. Leżeli w kałużach krwi z rozpłatanymi brzuchami, pociętymi twarzami i rozerwanymi gardłami w plątaninie jelit i reszty trzewi. Wóz, w którym schroniły się kobiety, stał się pożogą. Płomienie pięły się coraz wyżej obejmując go swoimi ramionami, wgryzały się w drewno, sycząc i trzeszcząc, pochłaniając coraz to większe połacie. Powietrze przecinało niebywale głośne i żałosne zawodzenie uwięzionych w nim istot. Roztopione żarem metalowe zamki, stały się pułapką, nie było już ucieczki, pomocy również. Mahra zaszklonymi od łez oczyma lustrowała zasnute czarnym dymem powietrze, próbując wyłapać jeszcze ostatnie przejawy życia obozowiska. Ku jej zaskoczeniu oprawcy stali w miejscach, których jeszcze przed chwilą się znajdowali. Lecz ich nogi wyglądały zgoła odmiennie, aniżeli jeszcze przed sekundą. Wrastały w ziemię. Stawały się niczym innym jak zdrewniałą strukturą pochłaniającą ich za życia. Pięła się wyżej i wyżej, a oni wrzeszczeli jeden przez drugiego, unieruchomieni i skonsternowani, absorbowani przez ból własnych członków, rozpacz która dobierała im zmysły i resztki człowieczeństwa. Ogarniała ich panika paraliżująca od środka. Niemoc i bezruch, stawała się nie do zniesienia, a rychła śmierć zaglądała im w oczy, śmiejąc się pożółkłymi zębiskami prosto w te blade i zalane krwią niewinnych istnień oblicza. Jeszcze chwila, jeszcze kilka oddechów. Skamieniała kora dotykała ich miękkich podbrzuszy, klatek piersiowych i ramion zaciskając się na nich. Cisza. Pochłonięci mocą, stawali się kikutami drzew, martwymi i suchymi, jak gleba w upalne dni, pozbawiona wody, pękała i kruszyła się, stając pyłem niesionym leniwym wiatrem. Takim też się stali. Rozpadali się na drobne kawałeczki jeden po drugim, niczym gliniane kukiełki trzaskane przez dzieci, jak dzbany puste i pozbawione wnętrza, niepotrzebne. Dwoje dzieci z rozchylonymi ustami, przyglądało się temu. Oskias oderwał dłoń od ziemi. Nici łączące go z naturą zostały rozłączone. Nie czuł zmęczenia, raczej coś na wzór spokoju wypływającego z jego serca. Przypuszczał, że znalazł się w jakimś letargu, którego do końca nie mógł zrozumieć, a to co właśnie wydarzyło się wokół to nic innego, jak sen i zaraz zapewne się obudzi, i wszystko będzie tak jak przedtem. Snem jednak nie było, a ponurą jawą dręczącą jego oczy. Przysiadł na piętach nie mogąc uwierzyć. Spoglądał na ręce, które były takimi samymi jak przedtem, a jedynie ślady krwi widniejące na knykciach, świadczyły o tym, że właśnie przed chwilą stoczył zaciekłą walkę. Dotknął miejsca, w którym wbite zostało ostrze, ku jego zaskoczeniu nie poczuł bólu, podobnie z twarzą, na powrót stała się tą samą łagodną i zawsze lekko zdziwioną. Szybko odsłonił skórę zranionego boku to, co dostrzegł przeraziło go jeszcze bardziej. W miejscu nacięcia nie było żadnego śladu, świadczącego o głębokiej i bolesnej ranie, jakby zwyczajnie jej tam nigdy nie było. Powietrze napełniało się smrodem palonego mięsa. Odór osiadał na wszystkim czego się dotknął, a wóz trzeszczał i zawodził chyląc się ku upadkowi tylko po to, by trójce ocalałych, pokazać wstrętne wnętrze spalonych oraz skurczonych ludzkich szczątków. Snop iskier ozłocił powietrze, zawirowały w nim i delikatnie opadły na ziemię, znikając w aksamicie kiru nocy. Oskias odwrócił głowę, nie chciał tego oglądać.
      Po drugiej stronie obozu Mahra przełknęła ślinę i odciągnęła brata od widoku wozu, on jednak przyglądał się temu z rosnącą fascynacją. Nie poznawała go, a on nie poznawał siebie. Widok cierpienia począł sprawiać mu radość, jakby trącał w jego sercu nieznaną strunę, która na widok śmierci, drgała radośnie, podsycając uczucie zadowolenia rosnące z każdą minutą.
   - Chodźmy stąd – szarpnęła go za rękaw. W tej też chwili dostrzegła skulonego na ziemi człowieka z wilczą skórą na ramionach. - Choć jeden przeżył, zobacz – wskazała na siedzącego w kucki.
Nie drgnął, jego lodowate i pełne chęci mordu oczy, wpatrywały się w zwłoki na trawie.
   - Mahr – szarpnęła nim. - Mahr do cholery, co z tobą?
   - Czy śmierć nie jest cudowna? - podniósł na nią podniecony wzrok.
   - Co ty bredzisz ciołku?
   - Cudowna cisza. Nie słyszysz tego? - w jego głosie wibrowała fascynacja.
Siostra wymierzyła mu siarczysty policzek, który zwalił go z nóg. Wstał jednak zaskakująco szybko i wymijając ją. Wyszedł na środek koczowiska, za nim dziewczyna, skonsternowania i nie poznająca swojego brata. Dostrzegł ich mężczyzna skulony na trawie. Uśmiechnął się kącikiem warg, jakby ten grymas miał oznaczać coś na wzór ulgi. Ulgę odczuła i ona. Po raz pierwszy do bardzo dawna, odczuła ukojenie, jakby te przysiadało na jej ramionach. Może i Oskias nie był najlepszym towarzystwem, lecz miała nadzieję, że będzie w stanie obronić ich przed złem tego świata i choć iskry nadziei zawsze są blade i szybko się wypalają, chciała wierzyć, że świt będzie tą iskrą, która przyniesie coś dobrego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…