Przejdź do głównej zawartości

Z cyklu radosna Twórczość Stag... Opowiadanie na konkurs z Fabryki Słów.

Źródło: deviantART, autor anndr.




Znów mnie ładnie poproszono, no dobrze nie potrafię odmówić ;) Przedstawiam opowiadanie, które napisałam specjalnie na konkurs z Fabryki Słów. Temat to "Wojna", a że ja raczej lubię wojnę dostrzegać tak lekko z boku, powstało opowiadanie wprowadzające w klimat. Nie udało mi się zakwalifikować, a Fabryka uraczyła mnie mailem, który zrozumiałam mniej więcej tak : Idź babo lepiej gary zmywać, a za pisanie się nie bierz. Czy mieli rację? Nie wiem, mnie mnie to oceniać, bo jakbym miała wydawać sądy na temat swoich bazgrołów to pewnie stwierdziłabym: Bosz jakie to słabe. Zatem miłego czytania, można sobie komentować, krytyka mile widziana:)

Orian 

Na gościńcu panował wzmożony ruch, jakby wszyscy nagle nabrali ochoty na wyjazdy za miasto. Kamienista droga była już tak poprzecinana koleinami, że idąc po niej co rusz zapadało się w nie. Wozy utykały w tych wyżłobieniach, a kupcy i mieszczanie podróżujący w karawanach gorączkowali się i krzyczeli, gestykulując tak zajadle jakby jeden drugiemu miał zamiar oko wykuć palcem. Było ciepło. Nad czubkami zielonych sosenek, unosiły się bure dymy rozwiewane wiatrem. W powietrzu pachniało spalenizną i leśnym runem, wilgotnym i gnijącym. Pomiędzy wszystkimi wirowała gęsta atmosfera wrogości i napięcia, te udzielało się wszystkim, co do jednego. Zwierzęta dały się nawet podnieść tej gorączce. Co rusz spotkać można było zaślinione i rozjuszone psy oraz konie, uparcie kopiące kopytami w kamienistej drodze. Pośród tej całej gorączki, dróżką snuł się nie śpiesząc, szczupły mężczyzna o białych włosach, ciasno upiętych tuż przy karku. Na plecach miał tobół, nie wielki w sam raz na najpotrzebniejsze rzeczy. Strojem różnił się bardzo od kupców i innych podróżników. Raczej nie dotykało go poruszenie. Oczy miał osadzone głęboko i spod krzaczastych białych brwi spoglądał na zamieszanie. Oczy iskrzyły mu się dziwnym srebrnym blaskiem. Połowę twarzy przecinała nieregularna blizna, dodająca tylko większej ponurości. Usta miał wąskie i cały czas zaciśnięte, jakby nigdy ich nie otwierał. Mijający ludzie zerkali z ukosa, lecz szybko odwracali wzrok. Zmierzał dokładnie w przeciwną stronę co wędrowcy, nie strwożony całym tym zgiełkiem i szumem. Szedł do miasta, oddalonego zaledwie kilka kilometrów stąd. Miał tam odszukać starego magistra, który parał się sztuką wojny i strategii. W tych czasach to niezwykle przydatne umiejętności. Miął w kieszenie skrawek listu z adresem i nazwiskiem ów człowieka, w nadziei, że jeszcze go zastanie lub przynajmniej nadal będzie żył. Z zadumy wyrwał go mężczyzna łapiąc za przedramię.
- Dokąd głupcze idziesz? Wracaj skąd przyszedłeś! Tam śmierć, zaraza i wojsko, cholerni plugawi magowie – syczał.
Człowiek wyrwał mu się, szarpiąc ramię tak mocno, że tamten się zachwiał. Ominął go i poszedł dalej nie zważając na słowa jakie usłyszał.
- Cholerny głupiec, zdechniesz jak płowa tego parszywego miasta! – krzyczał za nim.
Słowa do niego dotarły lecz nie robił sobie z nich nic. Zszedł na pobocze szurając cholewami zniszczonych, wojskowych butów. Kurz wirował w powietrzu przy każdym jego kroku. Im bliżej był murów, tym swąd większy docierał do jego nozdrzy, a łuna czerwonych jęzorów ognia malowała warz z czarnym dymem upiorną mozaikę. Ludzi było coraz mniej, mieszczan zastąpili woje w skórzanych opończach z purpurowymi pasami na biodrach. Poznawał ich, były to wojska sprzymierzone z królestwem, w którym się znajdował. Ogarnął je chaos, może niecały rok temu, który z południa przemieszczał się nieustannie w kierunku północy. Barbarzyńskie plemiona pod dowództwem jednego z najkrwawszych w dziejach generałów, napierały nieustannie siejąc zarazę i spustoszenie. Kraj, w którym magia była rzadkością, teraz stał jej pełny. Przelewała się goryczą przez granicę. Zatruwając prostych ludzi swym jadem. Nie odporni na nią, umierali w mękach, tocząc piane z ust, a ich ciała pokrywały się ropiejącymi wrzodami, które stawały się siedliskiem larw much i chrząszczy ścierwojadów. Odporni, którzy zdołali umknąć, chowali się w górach lub w większych miastach, łudząc się, że grube zapory i ocalą przed morowym powietrzem. Ci, którym się nie udawało byli porywani i wcielani do armii, jako żywe tarcze, a kobiety gwałcono i kazano im rodzic nowe pokolenie wojowników. Co ładniejsze, wysyłano za granicę, by tam służyły nowym panom. Słuch po nich bardzo często ginął w odmętach wojennej zawieruchy.
Tak stracił siostrę, jedyną istotę jaką posiadał i jaka była mu rodziną. Targany gniewem przysiągł sobie, że dotrze do najważniejszych dowódców biorących udział w tej wojnie i wyjawi sekret krwawego barona, który posiadł przypadkiem, a który mógłby okazać się kluczowym w ostatecznym starciu. Orian był bowiem pół krwi człowiekiem, a pół elfem. Nie urodził się w tym królestwie, a daleko stąd za morzem martwym, jak je nazywali tutejsi rybacy. W jego kraju morze te nazywano morzem uśpionych, gdyż wierzono, że w jego głębinach czają się pogrążone w letargu bestie morskie i obudzić je może, tylko śpiew syren. A, że syreny zniknęły w mrokach dziejów, pozostając tylko w pieśniach bardów, ufali, iż pradawne stwory zasnęły na wieki, kamiennym snem sprawiedliwych.
Koło bram kręciło się wojsko. Po obu stronach paliły się rzędy stosów pogrzebowych. Dym napełniał powietrze smrodliwym fetorem. Sadza i biały pył, wirowały jak śnieg w powietrzu, osadzając się na wszystkim czego się dotknęło. Skrzywił się z lekkim obrzydzeniem na upiorną scenerię. Obrzydzały go jedynie wozy zaprzęgnięte w konie, pełne zwłok, których kończyny dyndały na wietrze, sine i pokryte wrzodami. Odcharknął i noga za nogą skierował się w stronę wielkich kutych wrót. Zatrzymał go strażnik, trzymający szal przy ustach z twarzą osmoloną i przekrwionymi oczami. Uderzył go w nozdrza smród rozkładającego się ciała i przez myśl mu przeszło, że pewnie pomagał przy zwłokach.
- Dokąd to? - zagrodził mu drogę, wyciągając z pochwy ostrze.
- Do miasta – odrzekł matowo i zrobił krok, by wyminąć strażnika. Ten jednak nie dawał za wygraną.
- Do miasta wstępu nie ma! Jest tylko wyjazd, wjazdu nie! Zrozumiałeś człowieku? - zakuł go ostrzem w pierś – Idź stąd, tak wracaj tam skąd przyszedłeś!
- A jeśli odmówię? - zmrużył powieki.
- To będę zmuszony cię przepędzić.
- Sam? - żachnął się.
- Nawet jeśli miał bym to zrobić sam.
- Głupiś – zaśmiał mu się w twarz iskrząc z oczu. – Mam królewski list i, mam prawo przebywać w tym mieście – pomachał na wpół zmiętym listem do Magistra Urdrika.
Strażnik wodził oczyma to w tę, to wew tę za listem, próbując namierzyć wzrokiem królewskie pieczęci. Orian schował go do kieszeni. Nadal nie spuszczał wzroku z mężczyzny.
- Idę po dowódcę, nie kombinuj mam cię na oku – odgrodził się. W te pędy pobiegł w stronę płonących stosów. Z daleka dostrzegał, jak gestykuluje i pokazuje na niego. Po chwili w jego stronę zmierzało dwóch strażników. Dowódcę szło poznać od razu po lśniącej, choć zabrudzonej zbroi z kutymi naramiennikami.
- Coś za jeden? - zakaszlał głośno, spluwając mu pod buty.
Człowiek poprowadził wzrok, najpierw na plwociny, potem na dowódcę, który podparł się pod boki, przestępując z nogi na nogę.
- Mam list, który zezwala mi wejście do miasta – powtórzył już lekko znużony.
- Pokaż no mi go ino – wyciągnął rękę w stronę Oriana. Ten najzwyczajniej w świecie mu go podał. Mężczyzna chwile przyglądał się zwitkowi, po czym oddał z grymasem na twarzy
- Dobra właź, pewnie i tak cię za kilka dni zobaczymy z nogami do przodu – obrócił się i poszedł w tę samą stronę, z której przyszedł. Strażnik bramy zszedł mu z drogi, chowając miecz do pochwy i pokazując gestem, że ma drogę wolną. Skinął głową i zanurzył się w cuchnącą otchłań gnijących trzewi miasta. Dymy unosiły się wszędzie. Osmolone, nadpalane domostwa straszyły kikutami belek, wyłamanymi okiennicami, trącanymi przez wiatr. Ludzie wyglądali jak skulone skopane psy. Żałośni i godni pogardy. Byli to ci zarażeni, którym jeszcze starczało sił na szabrowanie tego, co pozostało. Reszta chowała się w zaułkach, jęcząc i błagając o chleb. Omijał ich ze wstrętem. Nie bał się zakażenia, przetrwał je uodporniony i pewny swego. Po czasie dobrnął na miejsce. Dom w niczym nie różnił się od innych, tak samo był wciśnięty pomiędzy inne w dzielnicy niegdyś handlowej. Ulica się zgadzała, numer też. Wszedł do środka nie pukając, raczej nie miał już nadziei na to, że spotka go jeszcze żywego. Ku niemałemu zaskoczeniu, przy palącym się kominku w dużym salonie, siedział skulony człowiek, w poszarpanej szmacie na grzbiecie i grzejący powykręcane reumatyzmem ręce.
- Ładnie to tak wchodzić bez pukania? - odezwał się nie odwracając twarzy w jego stronę.
Patrzał na niego zdumiony coraz bardziej. Nie tego się spodziewał.
- Myślałem, że już wszyscy tu pomarli – odpowiedział mu.
- Więc jesteś kolejnym szabrownikiem, co za niefart – westchnął.
- Nie nie jestem.
- Zatem kim jesteś? - odwrócił się do niego. Zobaczył wtedy ropiejące wrzody na twarzy, a powykręcane przez reumatyzm dłonie, były również nimi pokryte, co poniektóre zdarzyły już popękać. Skrzywił się na ten widok.
- Nazywam się Orian, jestem namiestnikiem króla – odrzekł
- Namiestnik – zakaszlał szpetnie – I co tam u naszego Kolgrima słychać, żyje jeszcze?
Przytaknął potwierdzająco głową. Starzec obrócił się i wrócił do grzania rąk przy ogniu.
- Po coś przylazł? - odezwał się po chwili, przecinając ciszę ponownym atakiem kaszlu.
- Po naukę.
- Naukę? - zaśmiał się. – A czy ty tu widzisz jakiegoś nauczyciela? - rozłożył ręce w geście dezaprobaty.
- Ty nim jesteś, więc mnie naucz.
Starzec znów się obrócił z półuśmieszkiem. Oczy mu zaiskrzyły w blasku ognia.
- Czego? Fechtunku, strategii, partyzantki? Widzisz kim jestem? Zdechnę pewnie za kilka dni albo dostane czymś w łeb od szabrowników, łasych na moje dobra, a ty zwyczajnie w świecie chcesz nauki. Tam są księgi – wskazał dłonią regały tuż za nim. Wchodząc ich nie zauważył. – Tam masz naukę.
Orian rozejrzał się dokładnie. Teraz dostrzegł w półmroku na ścianach wszelaką broń białą, w rogu pyszniła się zbroja godna mistrza. Pośniedziała już, lecz nadal zdatna do noszenia. Na półkach, równo poukładane, stały księgi, oprawione w delikatne cielęce skóry, z inkrustowanymi złotymi literami na brzegach. Skurzone i chętne, by tylko wziąć je do reki. Na podłodze zaś leżał dywan zniszczony niemiłosiernie, wypłowiały i poprzecierany w różnych miejscach. Pod jedną ze ścian sterczał bogato rzeźbiony sekretarzyk, a przy nim misternej, koronkowej roboty stołek, okuty skórzaną okładziną. Łóżka ani stołu nie dostrzegł. Pewnie spłonęło w kominku i zapewne reszta rzeczy, niebawem podzieli ich los.
- Naucz mnie starcze, choć podstaw - zażądał.
- A co ja z tego będę miał? - odezwał się ściągając brwi.
- A czego chcesz?
- Na dobry początek świeżej wody i pajdy zjadliwego chleba, o reszcie pomyśle potem.
- Nie masz za wielkich wymagań – sięgnął do tobołu, wyciągając bukłak i chleb, zawinięty w lniany worek.
- Dostałem w życiu więcej byś mógł sobie wymarzyć – mówił wyciągając dłoń po poczęstunek. – Miałem kobiety, sławę i wojnę. Miałem dom, zaufanie króla i pochlebstwa szlachty. Miałem pieniądze i pyszne dywany na podłogach. Teraz mam głód, robaki i zgniłe kości.
Słuchał go w milczeniu. Starzec kęs po kęsie przezywał pajdę, rozkoszując się jej smakiem.
- Więc, będziesz mnie uczył?
Popatrzał na niego przełykając kęs – Kto Ci o mnie powiedział?
- Król.
- A to ciekawe. Dobrze go znasz?
- Co ci do tego?
- Tak pytam. Musi mieć jakiś cel przysyłając tu pół krwi elfa, który na domiar złego para się obłudną magią. Dodam, że widziałem twoje ręce nie wyprzesz się – nachylił się w jego stronę. – Maga poznam na kilometr, gadaj.
Orian podszedł do niego i usiadł na brudnej podłodze tuż obok, wpatrując się przymrożonymi od żaru oczami, w jego. Jęzory płomieni lizały pożądliwie belki drewna drewna.
- Znam sposób, by pozbyć się Generała, ale nie mam umiejętności sztuk wojny jak i taktyki. Mój sposób walki jest dość otwarty, tak nie dostanę się do niego. Jeśli mi się uda, kraj znów będzie takim samym, spokojnym siołem jak kiedyś – odwrócił się zaglądając głębiej w starcze oczka.
Ten podpał się pod brodę, nie spuszczając z niego wzroku. Między mężczyznami tworzyło się napięcie.
- Tak, to dobry plan. Pomyślimy o tym – podał mu bukłak. – Pij, zaraza cię nie dosięgnie, jeśli się jednak tak stanie, król będzie musiał znaleźć sobie kolejnego pachołka.
Urdrik wstał i podszedł do jednej z półek z księgami. Wyjął jedną, staranie strzepując z niej nagromadzone pokłady kurzu. Wrócił na miejsce i ją podał. Człowiek rzucił okiem na zgrabnie wytłoczony tytuł „ Magia bojowa – Tajniki”. - Pewnie Ci się przyda. – zagaił spokojnie, trącając palcem wierzch lektury.
- Myślałem, że uczyłeś tylko walki wręcz.
- Eeee nie daj się zwieść, magiem nie jestem, co nie znaczy, że jej nie znam. Napisał ja mój przyjaciel, poczciwy wiecznie uparty mały facecik. Jakiż on bywał nieznośny – rozmarzył się. - Ale wracając do tematu, tu masz magię praktyczną oraz tę, którą zakazują – znów trącił palcem księgę. – I wszystko w jednym spasłym tomie. – Zaśmiał się.
- To przecież niedorzeczne – zadrwił. – Nie obawiał się, że...
- Nie – przerwał mu. - Na całe królestwo, było może pięciu magów, może ośmiu, wszyscy byli albo uzdrowicielami, albo magami ognia. Żadne nie parało się entropią czy typową krwawą magią, to domena elfów – usta wykrzywiły mu się w chytry uśmieszek. – Ja ci pokaże jak z tej magii korzystać. Teraz poczekamy na zmrok – uśmiechnął się pod nosem. – Poczytaj, potem pójdziemy w miasto.
Człowiek warzył w dłoniach księgę, by po chwili otworzyć ją na spisie treści. Starzec kościstym paluchem, pokazał nie patrząc na spis miejsce, w którym powinien być tytuł rozdziału. Przyjrzał się zgrabnym literom, które układały się w napis „Korzystanie z magii czerpanej z żywych istot – Potocznie Krwawa Magia oraz korzyści z niej czerpane”. Skrzywił się. Urdrik nie patrzał w jego stronę, wydawał się podróżować we własnych myślach, wspominając stare, dobre czasy Orian domyślał się, że jedynie już to mu pozostało. Zagłębił się w lekturze, skupiając na treści. Księga pachniała starością i kurzem, wymieszanym z płatkami suchych roślin, które były powtykane pomiędzy stronice. Im więcej czytał, tym bardziej w jego głowie tworzył się obraz samego rytuału. Nie praktykował tej magii, już używanie entropii było dla niego dość plugawe. Ta jednak wykraczała ramy jego wyobrażeń o tym typie czarów. Żałował, że każda istota, którą wykorzysta będzie musiała umrzeć z powodu utraty krwi. Zastanawiał się też, czemu magister chce wychodzić o zmroku, skoro nawet psów nie ma w mieście, czyżby?... Natrętna myśl odgonił dość szybko. Zabijanie musi mu wejść nawyk, inaczej nie poradzi sobie sobie z Generałem. Potraktuje to zatem jako chrzest ognia.
Zmrok zapadł dość szybko. Nie wiedział ile minęło czasu, lektura była tak interesująca, iż upływający czas, zniknął niepostrzeżenie, przelewając się pomiędzy akapitami.
Starzec przeszedł się kilka razy po pokoju, jakby chcąc rozprostować kości. Wyciągnął się i zwinął. Nie wiedział czy spał czy nie, ale jego zachowanie wskazywało na to, że zdrzemnął się w czasie, kiedy on analizował kombinacje zaklęć.
- Poczytałeś? - oparł się jedna ręką o sekretarzyk.
- Przeczytałem. Co zamierzasz teraz zrobić? Tylko mi nie mów, że będziemy szukać psów czy szczurów w zaułkach – żachnął się.
Nestor zaśmiał się rechotliwie – Nie, za szybko biegają. Zresztą tu szczurów i psów już nie ma. Wyniosły się w cholerę z miasta, jak zaraza wybuchła. Jedne mądre.
- Nie mów, że będziemy...
- Przyzwyczajaj się, będziesz się musiał sam przebić prze armię, zanim dotrzesz do Generała. Niech Ci żal nie będzie tych, co jedną nogą już są w grobie.
Przewrócił oczami na jego słowa, jakby nie miał ochoty dopuszczać do siebie faktów, jakie padły z jego ust. Przewidywał taki obrót zdarzeń, jednak wewnętrzny głos przeczył temu wszystkiemu, jakoby zabijanie nagle stało się czymś złym. Przecież już zabijał, zatem skąd u niego te wątpliwości?
- Chodź już – sięgnął po nieduży miecz, po to by przypiąć go sobie do pasa.
Zerkał na niego zaskoczony, nie dowierzając temu co zobaczył. – Po co Ci miecz? - zapytał.
- Zobaczysz, jestem stary i chory i może nawet mnie dziś spalisz na stosie za murami, jak sczeznę, ale umrę z orężem w reku, jak przystało. A nie jak żebrak, pojmujesz chłopcze? - zasyczał, ślina pociekła mu po szczeciniastej brodzie.
Przytaknął mu, w pewnym sensie doskonale go rozumiał.
- No to chodźmy, weź księgę – chwiejnym krokiem skierował się w stronę drzwi.
Orian poszedł za nim, wkładając wolumin pod pachę, a ręce do kieszeni płaszcza. Noc uderzyła ich dusznymi oparami rynsztoka i rozkładających się jeszcze żyjących ciał. Było cicho, z oddali było jedynie dobiegały jęki i nawoływania. Ciarki przeszły mu po grzbiecie. Atmosfera tego miejsca nocą, była jeszcze gorsza niż za dnia. Mogło się ją kroić nożem, jak melasę lepką i mdłą. Ulice lśniły, oświetlone blaskiem małych ognisk. Nikt już się nie kwapił, by zapalać latarnie. Bo któż by to miał czynić. Palono dosłownie wszystko. Tylko po to, by grzać się w chłodne noce, albo spopielać zawszone odzienie.
- Dokąd idziemy? - zapytał kiedy senior skręcił w jedną z uliczek, które pięły się w górę.
Zatrzymał się i odetchnął, sforsowany szybkim marszem – Do dzielnicy arystokracji. – Pokazał pacem budynki, które wydawały się wyższe od tych, przy których stali.
- Po co aż tam?
- Bo tam teraz mało kto się zapuszcza, podobno tam wybuchła epidemia.
Skrzywił się na sama myśl – Skoro tam wybuchła zaraza, to co tam zostało?
- Służba, za którą nikt nie tęskni. Bezpańskie elfy i pół krwi elfy, to ich krwi potrzebujesz – obdarzył go uśmiechem, pełnym zgniłych zębów.
- No dobrze, niech Ci będzie, o ile jeszcze ktoś tam żyje. I chyba marzysz, że spotkamy tam czystej krwi elfa.
- Żyją, żyją i ma się całkiem dobrze - obrócił się i poszedł przed siebie.
Nie uszli daleko, kiedy ich oczom ukazała się pięknie kuta brama. Otwarta na oścież. Zamki były wyłamane, a jego części swobodnie zwisały. Jedno skrzydło było wygięte. Nie mniej podziwiał dzieło nieznanego kowala pyszniło się na tle granatowego nieba, niegdyś polerowane gładko, dziś brudne i pordzewiałe. Weszli na niewielki placyk, z którego tworzyło się skrzyżowanie. Na środku stała bogato rzeźbiona, marmurowa fontanna, przedstawiająca prawdopodobnie łabędzia i nagiego chłopca, ale była po części strzaskana i nie mógł dokładnie w mroku, dostrzec wyraźnie konturów. W jednym z okienek paliło się światło, a wewnątrz majaczyła postać. Popatrzał na starca przymrużając oczy, z których padały srebrne iskry.
- Nie ekscytuj się tak – zganił go. – Jeszcze zakosztujesz rozkoszy zabijania. – Zakaszlał, a jego skrzekliwy głos poniósł się echem, po kamiennych uliczkach.
- Nie ekscytuję, opanowuję się.
- Chodź.
Poszedł znów przodem, omijając fontannę i zagłębił się w mrok najbliższej z uliczek. Znów zwietrzył jakieś zapachy, ale było to coś zupełnie innego, jakby woń kwiatów, zmieszana z smrodem rozkładu. Nasycona korzennym aromatem nadmorskich przypraw i ziół. Powietrze tu miało większą cyrkulację, więc zapewne dlatego fetor dolnej części miasta tu nie dotarł. Panował też większy ład. Domy nie były tak uszkodzone, większość miała pozamykane okiennice i drzwi frontowe. Które bogato zdobiły roślinne i zwierzęce ornamenty, tak jaskrawe, że w bezksiężycową noc je widział w skromnym blasku ognisk. Urdrik prowadził go w nieznane. W końcu się zatrzymał i wskazał dom.
- Wchodź, powiem ci co masz zrobić.
Usłuchał i wśliznął się do środka. Drzwi ustąpiły lekko nie skrzypiąc. W głębi domostwa, paliła się tylko jedna lampka. Dostrzegł jej blask, przebijający się pod szparą w drzwiach. Spojrzał na starca, ten pokazał mu ręką, że ma iść. Miał mieszane uczucia, nie wiedział co tam zastanie. Urdrik dobył ostrze i zacisnął palce na rękojeści, jakby spodziewał się ataku. Orian popchnął drzwi, te również ustąpiły bez żadnych oporów. Na łóżku siedziała kobieta w dłoniach trzymała świecę. Popatrzała na intruzów, lecz zaskoczona nie była.
- Witaj Urdriku – odrzekła, nie spuszczając oczu z ognia.
Człowiek wyczuwał, że coś jest nie tak.
- Witaj – odpowiedział jej matowo, popychając Oriana w głąb pokoju. – Czekałaś?
Odwróciła się do nich, jej niegdyś piękną twarz pokrywały wrzody i podobne rany jakie miał starzec na dłoniach. Po rysach twarzy odgadł, że nie jest człowiekiem. Czystej krwi elf w tych stronach był niezwykłą rzadkością.
- Otwórz księgę! - nakazał mu.
Uczynił to raczej niechętnie. Pozbawianie życia kobiety nie wydało mu się czymś rozsądnym. Walczył z kobietami, ale nie zabijał dla przyjemności. Oczy mu znów zaiskrzyły się srebrnym poblaskiem przypominającym rtęć.
- Przyprowadziłeś mi maga, jak miło – uśmiechnęła się do niego kładąc dłoń na świecy. Zapadła ciemność. Oboje usłyszeli śmiech otaczający ich zewsząd. Przez myśl przebiegło mu tylko jedno – Elfia wiedźma! W ciągu jednej sekundy, poczuł na ramieniu szpony, które rozerwały mu odzienie wraz ze skrawkiem skóry. Pieczenie było nie do zniesienia. Syknął przez zęby puszczając wiązankę szpetnych przekleństw. Niestety nie udało mu się jej pochwycić. W głębi pokoju usłyszał krzyk starca.
- Zapal ten cholerny ogień głupcze!
Ruchem reki zapalił wszystkie kaganki, znajdujące się w pomieszczeniu, paliły się sycząc i dymiąc. W powietrzu uniósł się zapach palonych knotów i ciepłej krwi. Kobiety nie było.
- Co u diabła?
- Myślałeś, że będzie łatwo?
- Co ty knujesz starcze! – podszedł do niego, łapiąc za poły płaszcza.
- Nie trać czujności! - odepchnął go. – Otwórz księgę na stronie 356, szybko! - krzyknął.
Zrobił co mu kazał, znalazł strony opisujące magię czerpaną z krwi. Przyjrzał się dobrze jeszcze raz rycinom. Miał problem ze skupieniem się. Rana bolała go i pulsowała, jakby przypalana gorącym prętem. „Kluczem do pokonania maga jest zadanie mu rany – czytał - Dzięki, choćby najmniejszej jego kropli krwi, można osiągnąć stan pozwalający na przejęcie kontroli nad jego mocą”. Nie walczył z magami. Poczuł się w potrzasku.
- Skup się do cholery! – sapał mężczyzna przyciśnięty do ściany. Trzymał ostrze w gotowości, by zadać cios.
„Raz przejęta moc, poprzez korzystanie z tej umiejętności, zostaje już na stałe, a mag ginie. Zostaje uwięziony w koszmarze, jakim jest jego świadomość, która się zamyka jak klatka. Takiego trzeba od razu zabić, gdyż staje się niebezpieczny dla otoczenia. Wpada w tak zwany amok, prowadzący do stanów skrajnego okrucieństwa” Popatrzał na Urdrika, który nadal tkwił w tej samej pozycji.
- Więc o to chodziło.
- Tak, chciałeś bym cię uczył. Uczę cię. Jak przeżyjesz będziesz mógł zabić Generała. Ona ma moc pierwszych. To najczystsza esencja elfiej magii, nikt się jej nie przeciwstawi, nawet on. Powietrze zafalowało i zrobiło się duszno. Znów usłyszeli ten śmiech. Odzywał się w ich głowach nie dając spokoju. Omamiała ich i tłamsiła, zamykając szczelnie w ich własnych koszmarach. Każdego z osobna, przywołując najgorsze momenty ich życia, wizualizując i ubarwiając. Orian upadł na kolana, łapiąc się za głowę i wyjąc jak zranione zwierze.
- To iluzje - szeptał mężczyzna. – Iluzje, nie wierz w to co widzisz. - Zaciskał powieki najmocniej jak potrafił. – Skup się, skup!
Próbował opanować obrazy, które jeden po drugim, przesuwały się mu przed oczami. Wiedział, że jest to rodzaj klątwy, jaką używają magowie entropii, by zatrzymywać armie lub wyłudzić daninę od chłopów. Jej moc jednak, była miażdżąca. Nie należał do słabych, ale był przeświadczony, że jest jedynym obecnie żyjącym magiem w państwie. Może to sprawiło, iż stał się zbyt pewny siebie. Wyłuszczał z obrazów jakie mu podsycała fragmenty, które były prawdą, reszta to krwawa fikcja. Spod przymrożonych powiek, nadal nie widział czy kobieta jest w pomieszczeniu. Musiała być blisko czuł jej magię i obecność, lecz cielesności nie mógł zlokalizować, jakby zlała się z częścią tego pomieszczenia. Przez głowę przebiegła mu myśl, że nadal siedzi na łóżku. Popatrzał w tamtą stronę. Świeca leżała na podłodze.
- Urdrik! - wrzasnął. Lecz głos mu się złamał i raczej brzmiał jak dziewczęcy pisk.
- Co?
- Daj mi miecz!
- Nie ma mowy! - nie zgodził się.
- Dawaj do cholery! - pozbierał się z kolan i trzymając się za ranę, walcząc z obrazami w jego głowie, doczołgał się do starca.
Powietrze zrobiło się chłodne i zawirowało. Poczuł wiatr na twarzy, jak smaga go i tnie z każdą chwilą mocniejszy i zimniejszy. Jego racjonalne myślenie, znów zostało złamane. Dążył jednak do odebrania mężczyźnie broni. Ten opierał się i bluzgał, tragany spazmami podmuchów. W końcu rękojeść ostrza, wygodnie usadowiła się w jego dłoni. Lodowaty wiatr pełen ostrych jak brzytwy igieł, tragał mu włosy i ubranie. Jedną ręką osłonił twarz, w drugiej dzierżył ostrze, kierując się w stronę łózka. Im bliżej niego był, tym zamieć zajadlej go odpychała i kaleczyła. Urdrik skulił się pod ścianą i wył, wraz z każdym uderzeniem nawałnicy. Orian nie wahał się. Uniósł miecz i ciął nim powietrze tuż nad łóżkiem. Trafiał za każdym razem w próżnię. Wściekły wykonał w desperacji ostatnie pchnięcie, prosto w świecę leżącą na ziemi. Powietrze stanęło. Igły lodu zatrzymały się w nim, jak kotara martwa i nie wzruszona, by za chwilę z brzękiem jakie wydaje tłuczone szkło, opaść na ziemię i wbić się w drewnianą podłogę. Poczuł palący ból lodowych sztylecików, które spadły na jego udręczone ciało. Po twarzy spłynęła mu stróżka ciepłej krwi. Umysł uwolnił się od dręczących wizji. Nastała cisza, przetykana nerwowym łomotaniem serca, niewidzialnej istoty. Słyszał jak łapie pojedyncze łyki tlenu, łapczywie. Oddech był czymś co sprawiało jej ból. Potem ją zobaczył, skuloną u stóp łózka, w pozycji embrionalnej. Z rozsypanym włosami na podłodze. Trzymała się kurczowo za klatkę piersiową świszcząc i kaszląc krwią. Wokół niej, powiększała się kałuża posoki, wymieszanej ze śluzem.
- Teraz! Puki jeszcze żyje! - stęknął.
Orian skupił się na niej. Głód krwi przyszedł szybko. Ogarnął go w całości. Miał wrażenie, że staje się jednością z kobietą, skuloną na podłodze. Jej magia była wymieszana z cierpieniem i wspomnieniami, które pojawiały się w jego głowie, kadr po kadrze. Czerwona mgiełka otoczyła go zewsząd, pulsując i migocząc, by w ostateczności wpełznąć w jego ciało w każdą porę skóry, oczy, uszy czy nos. Jęzory krwawej ekstazy, dotykały go piszcząc i dając rozkosz, jakiej nigdy w życiu nie zaznał. Było w tym coś erotycznie doskonałego, jak sex z kosztowną kurtyzaną. Oddychał głęboko i miarowo, czerpiąc moc z istoty na podłodze. Ta gasła z każdym drgnięciem jego powieki, wysysana do szpiku kości. Nasycenie przyszło bardzo wolno i intensywnie. Ogarnął go spokój, wraz z ostatnim uderzeniem jej serca. Zesztywniała, po czym bezładnie obróciła się na wznak, wydając z siebie ostatni oddech. Popatrzał na nią, jak znikają z niej oznaki choroby. Rany goją się, a włosy nabierają blasku. Była wreszcie wolna. Śmierć oczyściła jej ciało nie tylko z magii, ale i zarazy.
Urdrikiem szarpały spazmy krwawego kaszlu. Siedział nadal skulony pod ścianą, półprzytomny z bólu. Teraz dostrzegł jaką krzywdę wyrządziła mu mag. Twarz miał posiekaną lodem, wyglądała jak krwawa maska. Dłonie czarne od odmrożeń. Dotarło do niego, że miał rację mówiąc, że nie dotrwa do rana. Poczuł litość i szacunek do starca, przez którego o mało co nie zginął. Podszedł do niego nieśpiesznie i precyzyjnym ruchem poderżnął mu gardło. Patrzał jak dogorywa tuż u jego stóp, brocząc na podłogę. Nie odczuł przy tym zupełnie niczego, jakby sama czynność wydała mu się tak naturalna, jak oddychanie. Zabrał miecz nestora wraz z pochwą, którą miał przy pasie i skierował się w stronę jego domu w dzielnicy handlowej. Trafił bez przeszkód. Przeszukał drobiazgowo jego chałupę, znajdując kilka monet i przydatnych notatek na temat krwawej magii. Czuł się silny jak nigdy dotąd, jego pewność siebie też wzbiła się na wyżyny. Oczy płonęły mu białym blaskiem, który nie znikał. Od teraz stał się jego częścią. Opuścił miasto bladym świtem, po drodze podpalając je. Nie oglądał się za siebie, nie słuchał też przerażonych krzyków, płonących wraz z zarazą i smutną prawdą, tuż za jego murami. Strażnicy nie dowierzali własnym oczom. Ogień trawił wszystko czego się dotknął, jednocześnie czyszcząc ulice. Epidemia zniknęła, tuż w sercu aglomeracji. Nikt nie powiązał pożaru z tajemniczym gościem, który przybył poprzedniego dnia. On zaś był gotowy zniszczyć Generała raz na zawsze. Popychała go zemsta silniejsza niż kiedykolwiek, zemsta wyssana wraz z krwią elfiej mag.


Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee 





Komentarze

  1. "że idąc po niej co rusz zapadało się w nie"
    się w nie zapadało - chyba lepiej brzmi.
    "Wozy utykały w tych wyżłobieniach" - "tych" niepotrzebne" .
    " te udzielało się wszystkim, co do jednego." - to tez bym wykopała.
    " Na plecach miał tobół, nie wielki w sam raz na najpotrzebniejsze rzeczy." - Nie lepiej: Na plecach miał niewielki tobół, w sam raz na najpotrzebniejsze rzeczy. ?
    "belki drewna drewna." - zbędne powtórzenie:)

    Widzę, że żywisz naprawdę wielkie zamiłowanie do szyku przestawnego :) nadaremno, dzisiaj coś takiego nie przyciąga czytelnika, dlatego należy nanieść pewne poprawki. Czasami w opowiadaniu pojawiają się literówki i powtórzenia.

    Jeżeli idzie o sam pomysł, podoba mi się. Zauważyłam tu nawiązanie do "Mroków" - konsekwentnie tworzysz swoje spojrzenie na elfią rasę, dość krwawe i wstrząsające, ale przez to ciekawe. za pewne ze względu na ograniczone miejsce do wykorzystania (pewnie związane z regulaminem konkursu), wydarzenia toczą się zbyt szybko i troszkę nieskładnie... chyba, że mistrz bohatera rzeczywiście jest po trochu szaleńcem:), ale zakończenie pozostawia nić zaciekawienia - z chęcią przeczytałabym o ty, co tez jeszcze przydarzy się elfiemu magowi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki wielkie:) w wolnej chwili się za to zabiorę;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…