Przejdź do głównej zawartości

Trevor Baker "Depeche Mode - Wczesne Lata 1981-1993" - Recenzja



Przyszedł czas na zrecenzowanie książki, na którą ostrzyłam sobie zęby już od dawna. I proszę bardzo, dzięki współpracy z wydawnictwem Anakonda otrzymałam ją. Jak zawsze podekscytowana rozerwałam papier i dałam się ponieść euforii, podczas pierwszych oględzin pozycji. Tak to już bywa, że jak się na coś czeka, człowiekowi robi się miło, kiedy to w końcu dostaje. Doskonale pamiętam moją pierwszą styczność z zespołem Depeche Mode i był to okres, kiedy wydali kolejną płytę. W Bravo i Popcorn wrzało od informacji o koncertach, o powstającym krążku, a także można było znaleźć przetłumaczone na ich łamach teksty piosenek. Jak ja za tym tęsknię. Och, co to były za czasy! Violator wylądował na szczytach list przebojów, a ja byłam dzieckiem, które zachłysnęło się synth-popowymi brzmieniami, wprost z angielskiej prowincji. Wszystkie moje koleżanki wzdychały do przystojnego wokalisty, odzianego w naszpikowaną ćwiekami skórę typu ramoneska. Plakaty zdobiły nasze ściany, a my kopiowaliśmy styl Depeche, śledząc ich poczynania, nie tylko na estradzie. Ekscytujące było dosłownie wszystko, czego się dotknęli. Doskonale pamiętam pierwszy koncert, na który się udałam oczywiście z Depechową grupą przyjaciół. To jak tłum falował w rytm głosu Gahana, jak drżał na sam dźwięk gitary Martina, a wszystko przesycone było gęstą atmosferą zbiorowego obłędu. Takich chwil się nie zapomina, zostają na żółknących fotografiach oraz jako ukryta namiętność, pod postacią ramoneski i skórzanych spodni, schowanych na specjalne okazje na dnie szafy, a których za żadne skarby nikomu nie oddam. Tak po krótce, postrzegam siebie jako fana, czyli od lat niezmiennie z niemalejącym zainteresowaniem wychwytuję wszystko, co związane z tym zespołem. Po drodze zdążyłam „pozarażać” cześć rodziny, w tym najstarszą córkę, a ta wyniosła z domu tę fascynację, przekazując przyjaciółce. Wracając jednak do książki.
Fot. Prywatna. Koncert DM w Warszawie 2006r.

W moich dłoniach spoczęła pozycja Trevora Bakera pod tytułem „Depeche Mode – wczesne lata 1981 – 1993”. Cóż mogę powiedzieć. Jedynie to, że jest jedną z nielicznych książek, jakie mogę określić mianem dopieszczonych w najmniejszym szczególe. Mamy tutaj starannie wykonany album, połączony z treścią opisującą zaledwie skrawek kariery zespołu. Kartki są szyte. Sama książka układa nam się w dłoniach. Oczywiście nie znalazłam żadnych błędów w druku czy plam, rozmazanej czcionki albo ziarna, jakie często towarzyszy wydaniom albumowym. Wszystko jest dopieszczone cyfrowo i cieszy oko. Jestem bardzo zadowolona. Bierze się ją z półki z ogromną przyjemnością. Wydawnictwo zrobiło mi, choć domyślam się, że nie tylko mi, przemiłą niespodziankę, a jest nią zakładka magnetyczna. Bardzo dziękuje... Już jej nie mam. ;p Uroki posiadania dzieci - czytających dzieci. Konstrukcja samej książki też jest interesująca. Nie mamy równomiernie rozmieszczonych zdjęć, a są one ulokowane w jej centralnej części w taki sposób, że jak się ją otwiera za pierwszym razem, akurat wypada środek. Nie strona tytułowa, a właśnie ten wewnętrzny fragment, gdyż człowiek zwyczajnie łaknie widoku tego, co tam jest. Oczywiście zaraz uśmiech pojawia się na twarzy. Wędrując wspomnieniami do czasów Violatora i potem późniejszych wydań płytowych, dociera do mnie, że tak na prawdę sama tak się ubierałam, większość moich znajomych także. Na usta się ciśnie tylko jedno: Jejku, jak mogliśmy tak wyglądać? A jednak.
Fot. Batrycze Bogacka, Autobus, którym jechała ekipa ze śląska na koncert w Warszawie w 2006 r.

Co daje nam sam Trevor Baker? Daje nam bardzo ciekawie opisane wczesne lata zespołu. I choć na początku czytając pierwsze ich poczynania i kulawe kroki, jakie kierowali w stronę desek obskurnych klubów i kafejek, to przypomina mi się nie jedna historia debiutantów, a wiele podobnych. Jakby każdy z nich zmówił się ze sobą, by właśnie w taki, a nie inny sposób zaczynać. Nie dostajemy jednak całego zapisu ich poczynań, które nomen omen nadal trwają i pewnie potrzeba będzie kolejnych autorów, którzy spisują biografie, żeby to wszystko ogarnąć. Natomiast pan Baker serwuje wczesne lata. Skupia się na drobiazgowym wprowadzeniu czytelnika w arkana początków kariery. Dostrzegamy zmiany, jakie zachodzą w zespole z każdym nowo nagranym krążkiem i każdy fan śledzący ich starania doskonale wie, że mało brakowało, aby Gahan upadł, a atmosfera w samym wnętrzu grupy sprawiła, że Depeche Mode przestałoby istnieć. Czytamy o wzlotach i upadkach, perturbacjach i falowaniu na szczeblach kariery, gdzie jeszcze do niedawna mało znaczący zespół, grający new romantic wymieszany ze świeżutkim wtedy synthpopem, stanie się ikoną i poniesie na swych skrzydłach miliony słuchaczy.

Jak mi się czytało? Bardzo lekko. Nie należę do miłośników biografii. Nie z tego powodu, że są nużące, ale czasem zwyczajnie mnie męczą i sprawiają, że wpadam w melancholijny nastrój. Przyznam też, że to co przeczytałam, nie było czymś, czego nie znałam. Jednak doskonale odświeżył mi pamięć i pozwolił na nowo zakosztować tak przeze mnie utęsknionych lat '90-tych. Książka napisana jest lekkim i bardzo przystępnym językiem. Każdy, kto ją przeczyta, bez problemu zajdzie sobie spokojną niszę, dzięki której bez problemu w ciągu kilku dni upora się z nią, czytając od deski do deski. To lektura obowiązkowa dla fanów. Poza tym dostajemy masę ciekawych cytatów i zwrotów okraszonych przypisami autora. To obszerny i frapujący spis najważniejszych fragmentów całej czwórki, potem trójki. Ci, którzy dopiero zaczajają przygodę z zespołem, dostaną coś na wzór wprowadzenia do dalszych szczebli kariery, jakie dane będzie osiągnąć Depeche Mode, bo w końcu początkowe lata są jednymi z najważniejszych i po części kształtują członków zespołu. Od ich odporności zależy, czy uda się im przetrwać, czy też zostaną przez nią zmyci, stając się gwiazdkami jednego sezonu. Poza tym, jeśli ktoś nie należy do amatorów czytania, będzie zadowolony, gdyż ama książka ma raptem tylko 208 stron i to z przypisami i zdjęciami. Do tego marginesy też są dosyć spore, co daje nam niezbyt dużo tekstu, który czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Każdy fan DM łaknie rzetelnych informacji i takie tu otrzyma. Będzie bardzo zaskoczony, iż nie od początku byli ulubieńcami, a media nie szczędziły im kąśliwych opinii. Chłopcy nie poddali się i na dzień dzisiejszy stali się marką. Życzę im i sobie, by to nigdy nie przebrzmiało, a ich muzyka podobnie jak twórczość Elvisa Presleya czy The Doors, trwała po wsze czasy.


Książka przekazana w ramach recenzji przez Wydawnictwo Anakonda.

 

 Recenzja napisana na potrzeby gazety internetowej Debiutext.







Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee








Komentarze

  1. Polecę tę książkę mojej koleżance, która uwielbia ten zespół.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fajnie napisana biografia. Byłam zaskoczona, bo przy większości podobnych, zwyczajnie zasypiałam, ta jest nie dosyć, że miła dla oka to jeszcze nie nudzi;) Polecam.
      Pozdrawiam Stag.

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…