Przejdź do głównej zawartości

Ian Douglas "Star Carrier Tom I, Pierwsze Uderzenie" - Recenzja



 

Dzięki wydawnictwu Drageus dotarła do mnie powieść „Star Carrier – Pierwsze uderzenie” Iana Duglasa. Szczerze powiedziawszy od razu wpadłam w panikę. Gdyż prawda jest taka, że si-fi, w dodatku military sf, jest dla mnie czymś nowym. Jestem fanką fantasy. Sama piszę w tym nurcie, lecz wszystko co dzieje się w kosmosie, jest dla mnie jakąś niewytłumaczalną enigmą, co gorsza, wprowadza mnie w odrętwienie i strach. Książka odleżała swoje na mojej półce. Nie żebym była opieszała i kazała wydawnictwu czekać. Czytam po kolei to, co do mnie przychodzi, więc ta zwyczajnie zdążyła się zakurzyć. Sama powieść wykonana jest bardzo estetycznie i już z daleka pachnie wspaniale, o tak, nie ma to jak zapach nowej książki wprost z drukarni. Okładka, choć cienka i miękka nie niszczy się podczas czytania. Skład też całkiem w porządku. Czytało się miło i czas z lekturą płynął nieubłagalnie. Tak, proszę państwa, przeczytałam military si-fi i mi się spodobało. Nigdy bym nie przypuszczała, że tak właśnie się stanie. Gdyż moja wyobraźnia często płata mi figle i zamiast statku kosmicznego, widzę latającą wyspę rodem z Prachetta. Ktoś kiedyś napisał, iż myślał, że dobre si-fi ma już za sobą stare dobre czasy. A jednak Duglas wziął sobie do serca stworzenie czegoś na wzór wielkich klasyków. Rynek zawalony jest pozycjami w tym klimacie, jednak nie dorównują one poziomowi jaki pokazał autor Starr Carriera. Oczywiście wszystkie informacje zaczerpnęłam z nieprzemożonych głębi Internetu i ślepo ufam, że mnie nie okłamuje. A o czym książka?

W przyszłości, i to bardzo odległej od naszej rzeczywistości, ludzkość odkrywa pewien intrygujący fakt - nie jesteśmy sami we wszechświecie. I choć jak wiemy, zawsze były spekulacje na ten temat, teraz okazuje się to rzeczywistością. Oczywiście to nie wszystko, było by zbyt prosto. Dowiadujemy się, iż wszechświat jest zamieszkały. Dosłownie cały. A odkrycie obcych cywilizacji było czymś nieuniknionym. Kosmos jednak nie jest tak demokratyczny, jak by mogło się nam wydawać. Większość tych nie odkrytych jeszcze cywilizacji zdominowana jest przez rasę Sh'daar, która tkwi ukryta w cieniu. Nadchodzi czas, kiedy się ujawniają i zaczynają upominać się o ziemian. Jednak ludzie nie uginają się chęci dominacji ich rasy. W efekcie tego zostaje rozpętana wojna, która niestety toczy się przez stulecia, a efekty to jedynie straty i to dla ziemian. Konfederacja niestety dysponuje już połową floty. Reszta przepadła w wirze wojny, a mamy przecież początek dwudziestego piątego wieku. Ziemianie niezmiennie są atakowani przez wojska najeźdźców. Jeden z lotniskowców o nazwie „Ameryka” dokonuje ataku na flotę Turuschów pod Eta Boötis. Jego celem jest odblokowanie obleganych placówek marines. Bitwa jednak jest bardzo zażarta. Trwa dosyć długo i niesie za sobą ogromne koszty, nie tylko w jednostkach ludzkich. Z pomiędzy tej zawieruchy wyłania się Trevor Gray. Człowiek outsider, który nigdy nie czuł się częścią zespołu do jakiego należał. Pochodzi on z ruin zatopionego Nowego Jorku Prym czyli neoluddystycznych, antyspołecznych "prymitywów". Walka ta jednak odkryje prawdę o nim samym. Ta prawda jednak jest bardziej zaskakująca niż mógłby się tego spodziewać. W trakcie walki jego drogę przecina rasowy żołnierz. Człowiek wielkiego honoru, wojownik u szczytu swej kariery zawodowej, Admirał Koenig. Wkrótce ten drugi będzie musiał postawić na szali wszystko, w co wierzył, a co było fundamentami jego kariery. Obu żołnierzy bowiem czeka starcie o ziemię.

Książka jest wciągająca i może ja, jako laik w tych tematach, nie pojęłam jej niektórych niuansów wypływających z treści, to jestem pewna, że zostaną one w bardzo szybki sposób zweryfikowane. Porywająca i świetnie prowadzona narracja to kolejny z niebywałych aspektów tej powieści. Czytelnik ma wrażenie wciągającego wiru wydarzeń, które toczą się właśnie przed jego oczami, a obrazy stają się namacalne, w zasięgu reki. Postaci posiadają swoje odrębne i bardzo zróżnicowane charaktery. Aż dziw bierze, że dwoje bohaterów o tak odmiennych poglądach jest w stanie w jakiś konstruktywny sposób ze sobą współpracować. Autor tworzy niezwykle zaawansowany technicznie świat: najnowsze innowacje naukowe, budowy statku kosmicznego. To tak jakby magiczny, wielobarwny, iskrzący od nowinek świat, o którym jeszcze nie słyszałam, a który otwiera się przede mną za pośrednictwem Star Carriera. Wszystko jest spójne, skonstruowane z drobiazgowością godną speca. Meteorytyka, nazewnictwo czy choćby szczegóły budowy broni kosmicznej przeplecione jest z losami bohaterów, wojną. Relacjami międzyludzkimi oraz wątkami szpiegowskimi czy politycznymi. Ta jedna książka dostarcza od początku tylu wrażeń, że czytelnik laik, taki jak ja, nie jest czasem w stanie ogarnąć tego wszystkiego. Nie mniej polecam każdemu. Bez względu na zainteresowania czy preferencje literackie. Przełamując swoje lęki do nieznanych głębi literatury, można odkrywać zaskakujące, pełne zwrotów powieści, które zostaną na tych półkach, gdzie znajdują się te pozycje, do których się wraca. Bardzo dziękuję za umożliwienie mi odbycia podróży w głąb tej książki i czekam na kolejny tom, który niebawem podobno ma się pojawić.

Korekta: AB

Książka przekazana w ramach recenzji przez wydawnictwo Drageus.


 Recenzje można przeczytać na łamach gazety internetowej Debiutext.






 Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee
 

 






 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…