Przejdź do głównej zawartości

Dan Krokos "Złodzieje Planet" - Recenzja.



Literatura młodzieżowa zawsze gdzieś tam spoczywa na naszych półkach. U mnie, jest już chyba wyjątkowo dużo takich pozycji. Nie dlatego, że jestem fanką książek lekkich i łatwych, a dlatego, że moja najstarsza córka to czytająca nastolatka. Czyta niebywale dużo, czasem trzy pozycje na tydzień i naprawdę, jako matka bibliofil, jestem z niej duma. Oczywiście Złodzieja Planet kto dopadł pierwszy? Ano ona. I ona też wyciąga pierwsza łapy po przesyłkę zawierającą jakiekolwiek książki. Rytuał rozpakowywania wygląda dosyć zabawnie, czyli jest to wyścig - kto pierwszy, ten lepszy. Taka to moja zwariowana rodzinka. Książka została przekazana w ramach egzemplarzy recenzenckich przez wydawnictwo Dracelus. Bardzo dziękuję, za kilka przyjemnych popołudni, nie tylko moich.
Powieść wydana jest bardzo estetycznie. Już sama okładka przyciąga wzrok. To naprawdę solidnie wykonana robota. Czasem miałam wrażenie, że książka jest zbyt miękka, jednak ta miękkość nadaje jej jedynie pożądanego charakteru. Zwyczajnie, nie zamyka się podczas czytania, ulega ręce czytającego. Ma też moje ulubione skrzydełka. Tak wiem, zawsze się ciesze jak są i w każdej recenzji pojawi się podobne stwierdzenie, jeśli tylko pozycja będzie je miała. Autor też ma historię, którą tak naprawdę, mogłabym wpisać we własne życie. Zatem ogromne wyrazy szacunku składam na ręce Dana Krokosa, za krok w swoim życiu, jakim było rozpoczęcie kariery pisarskiej. Piszący ma niebywale lekka rękę, czyta się na wdechu. Szybko i błyskawicznie przewraca się stronę za stroną. „Złodzieje Planet” to druga jego powieść. Pierwszej, która nosi tytuł „Obca Pamięć” jeszcze nie miałam okazji zobaczyć, jednak zwrócę na nią uwagę, jeśli tylko pojawi się na moim, czytelniczym horyzoncie. Zdaję sobie również sprawę, że nasz rynek wydawniczy pełen jest pozycji o tematyce si-fi, na który raczej nie zerkam. Nie ze złośliwości, ale zwyczajnie nie leży mi ten dział. Mimo, że ostatnio zaczytywałam się w „Star Carrier Tom 1” to i tak kosmos nie wciąga mnie w swoje objęcia tak mocno, jak literatura fantasy. Widocznie ta nisza jest mi pisana. Oczywiście, nie generalizujmy. W każdym gatunku można znaleźć coś co nas zachwyci, jednak o czym są „Złodzieje Planet”?

Dwunastoletni chłopak i imieniu Mason Stark (ojej znów Stark ;p) odbywa staż w Akademii Ziemskiego Dowództwa Kosmicznego. Jest to organizacja zajmująca się kontrolą zamieszkałych planet przez ludzi. Udaje mu się wsiąść na statek kosmiczny o nazwie SS „Egipt” tylko po to, aby wykonać w nim rutynowy lot. Ma to też na celu wykonanie przez niego standardowych procedur szkoleniowych, czyli nic innego jak odbębnienie godzin stażu. Nic jednak nie wskazuje na to że rutynowy lot będzie wyjątkowy. Masz ci los, a jednak. Miało być przecież tak pięknie. Lot zamienia się jednak w mrożącą krew przygodę. Tremiści – obca rasa, która rywalizuje z ludźmi o planety, chcą uprowadzić SS „Egipt”. Nikt tak na prawdę nie wie, dlaczego tak właśnie się dzieje. Statek kryje jednak w swoich zakamarkach tajemnicę. A prawda ta, zaskakuje wszystkich. Kiedy ginie część załogi, dowództwo przejmują kadeci, nie żeby nie byli przerażeni, są naprawdę dzielni. Na ich barkach spocznie też rozwikłanie tajemniczej napaści oraz poinformowanie dowództwa o zaistniałej, nieco kłopotliwej, sytuacji. W burzy wszystkich wydarzeń doczytujemy, iż statek na którym rozgrywa się akcja książki, posiada arsenał broni i nie jest to bron ludzi, a Tremistów (Chyba dobrze odmieniłam). To właśnie ona stanowi ogniwo, które scala fakt, że dzięki niej wybuchła wojna pomiędzy ludźmi, a najeźdźcami. Na czele kadetów staje Manson, ma zamiar doprowadzić wszystko do szczęśliwego końca. Czy mu się uda? Przeczytajcie. Tu ciekawostka, wszystko rozgrywa się w ciągu jednego dnia.

To powieść młodego autora. Widać w niej zafascynowanie światem si-fi. Niemniej jednak, jest to książka dedykowana młodszym czytelnikom, którzy dopiero rozpoczynają swoją podroż po tym gatunku literackim. Wszystko jest w bardzo przystępny sposób opisane, nie męczy i przede wszystkim - wciąga. A to już duży sukces! Moja córka przeczytała ją z ogromna przyjemnością, potem padło na mnie. Mnie również się spodobała. A wszystko dzięki tej jasności i przejrzystości! Fabuła prowadzona jest zgrabnie, to samo tyczy się prowadzenia narracji, która jest zaskakująco płynna. Autor wprowadza nas w świat swojej wyobraźni w bardzo łagodny sposób. Zawiązana intryga oraz szeroko pojęte możliwości rozmyślania nad tym, jak to My, czytelnicy, moglibyśmy rozwiązać to i owo, to kolejny atut książki. Nasyca nasze umysły coraz to nowszymi zwrotami akcji, plus ta tajemnica, która wyskakuje nam jak diabeł z pudełka. I choć początek jest smętny i ma się wrażenie, że książka właśnie taka będzie, nie ma nic bardziej mylnego. Umiejętnie nakreślone charaktery naszych głównych bohaterów też tworzą coś na wzór rosnącej ciekawości. Wszystko doprawione szczyptą dobrego humoru. Warsztat pisarza jest zaskakujący i niebanalny, bo jak na debiut, powieść napisana jest bardzo dobrze, nie miałam się do czego przyczepić. Słownictwo bogate i w bardzo namacalny sposób ukazujące czytelnikowi poszczególne elementy zawarte w powieści. Może doczekamy się kontynuacji, bo przecież można by jeszcze to, albo tamto dopowiedzieć. Gwarantuję, że żaden nudził się nie będzie. I nawet taki jak ja, który woli coś zgoła innego. Przeczyta, zastanowi się i zachce mu się kolejnej części. Polecam.

Książka przekazana przez wydawnictwo Drageus.




 Recenzje można przeczytać na stronach gazety internetowej Debiutext.









Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…