Przejdź do głównej zawartości

Z cyklu radosna twórczość Stag - Fanfiction gry Dragon Age pt. Alistair&Hawke

Autor grafiki Smalika87. Adres pracy umieszczony w rogu.



Poproszono mnie bym dodała kolejny fanfik. Zatem tak czynię. Tyczy się, tak samo jak poprzedni gry Dragon Age. Lecz tym razem pokusiłam się o połączenie dwóch części i sprowokowałam spotkanie głównych bohaterów. Mowa tu o Alisatirze i Hawke. Jest to zbiór wspomnień. Znów wrzucam jako erotyki. Czemu kolejny w takim kanonie? Na czymś trzeba szlifować te scenki w końcu ;p Fanfiki doskonale się do tego nadają, no i kto nie lubi czytać erotyków? Zapraszam.


Alisatir&Hawke



- Co tam dostałaś?
- List, czekaj zobaczę.
- Piękna koperta – Fenris nachylił się przez ramię Hawke.
- Fakt, ciekawe od kogo.
- Otwórz, sam jestem ciekaw.
Kobieta szczupłymi palcami złamała pieczęci. W świetle świec dostrzegła znak gryfa, który do złudzenia przypominał jej znaki, jakie szarzy strażnicy nosili na tarczach. W powietrzu uniósł się zapach laki i lekkich piżmowych perfum.
- Eleganckie pismo – rzucił okiem.
- Ja nie mogę, spójrz, to zaproszenie od króla Fereldenu na audiencję. Na Andrastę, ja i audiencja u króla, to do mnie niepodobne.
- Zatem musisz pójść.
- Chyba tak – westchnęła głęboko, łapiąc się za głowę.
Wyminęła elfa podając mu pergamin i pobiegła na pięterko wołając Oranę. Dziewczyna zjawiła się w mgnieniu oka, wycierając dłonie w fartuszek.
- Tak, proszę pani.
- Ile razy mam cię prosić, byś mnie tak nie nazywała?
- Dobrze messere.
- Weź Bodahna i przygotujcie mi najlepszą szatę, o tamtą – wyszarpała z szafy strojne odzienie. – Tak, ta powinna być w porządku. Nie za bogato, jak myślisz?
- Jest bardzo ładna.
- To się cieszę strasznie – znów złapała się za głowę. – Oszaleję, Fenris! Ucisz psa, od rana ujada. Bodahn! Byłeś z nim na spacerze? – Przechyliła się przez poręcz zerkając na niskiego krasnoluda bawiącego się brodą.
- Tak messere, myślę, że się nudzi.
- Fenrisie, mogłabym cię prosić, byś zaprowadził go do koszar? Avelina będzie zachwycona tym pomysłem.
- Zaprowadzę go, uspokój się. Jestem zaskoczony, że tak żywiołowo reagujesz, nie znam cię takiej. Jakbyś Alistaira znała od dawna.
- Bo tak jest, proszę cię idź już, bardzo będę cię potrzebowała podczas audiencji, to dla mnie ważne.
- Skąd go… Dobrze, idę.
- Dziękuję – posłała mu buziaka.
Elf zagwizdał i szczęśliwy ogar pobiegł za nim szczekając i merdając ogonem.
- Chodź ty bestio – zażartował, pies podskoczył kilka razy wokół jego nóg i obaj zniknęli za drzwiami.
Kobieta krążyła po domu, to wchodząc na pięterko, to schodząc do biblioteki i nerwowo zacierając dłonie. Orana zerkała na nią spod przymkniętych powiek, próbowała pojąć zachowanie swej wybawicielki, ale nie mogła. Żeby złagodzić nastrój wyciągnęła lutnię i usiadła naprzeciw kominka grając cicho i śpiewając jedną z elfickich pieśni, które tak lubiła Hawke. Sandal przysiadł obok niej, patrząc nań poczciwymi oczyma, tylko domownicy wiedzieli, co wtedy czuł. Rozluźniał się i stawał spokojniejszy, nie dręczyły go wizje, o których często wspominał. Wszyscy zachodzili w głowę, skąd u niego taka tendencja? Kończyło się to zawsze upomnieniem i ciastem, które Orana wpychała mu do ust, ku uciesze młodzieńca. Hawke przygotowała sobie wszystko i jak mantrę powtarzała wyuczone przez matkę formułki tudzież zwroty grzecznościowe.
Alistaira poznała wiele lat temu, zanim Lothering zniszczyły pomioty, zabiła wtedy jednego ze zbirów na trakcie, którzy parali się pobieraniem myta. Nigdy nie zapomniała jak na nią wtedy spojrzał oraz wyrazu jego oczu, nie wymazała z pamięci do dziś. Tak patrzy albo szaleniec, albo człowiek skrajnie cierpiący. Niewątpliwie wtedy cierpiał. Może uratowała mu życie, ale sztylet, który zawsze nosiła, przydał się wtedy. W tym czasie jeszcze ukrywała swoja magię. Dlatego z Carverem skrzętnie ćwiczyła nad jeziorem podstawy walki wręcz i posługiwanie się bronią białą. Jej siostra, także musiała się ukrywać, było jej tak samo ciężko. Czego się dotknęła płonęło. Dobrze, że ojciec uczył je samokontroli, a przy okazji był zdolnym rzemieślnikiem, inaczej nie mieliby na czym w domu siedzieć. Na te wspomnienia twarz jej pojaśniała. Alistair był wtedy młody, niewiele starszy od niej, pamiętała jak pięknie prezentował się w lipcowym słońcu. Towarzyszący mu podróżnicy byli inni od uchodźców, ludzie patrzyli na nich podejrzliwie, ale nikt nikomu w tym okresie nie ufał. Za miasteczkiem panoszyli się złodzieje i szabrownicy, karczma pękała w szwach, a w klatce siedział Qunari, łypiący na wszystkich spode łba, bardziej naburmuszony niż by się mogło wydawać. Nie śmiała nawet przypuszczać, że ten młodzian będzie królem, któremu będzie musiała oddać pokłon. Był szalenie miły, spierał się jedynie z jedną z kobiet, które podróżowały wraz z nim. Przysłuchiwała się z daleka ich przepychankom słownym, które śmieszyły tych, co mogli je usłyszeć. Pomagała wtedy w karczmie, biedny właściciel nie był w stanie upilnować każdego. To były smutne czasy w Lotering. Wspominała wcześniejszy czas, zanim pojawiły się pomioty. Rozmarzona wpatrywała się w okno wychodzące na podwórze. Tęskniła każdego dnia. Tu, w Kirkwell nie było zieleni i prostoty, miasto kamienia podzielone murem, gdzie w jego szczelinach i zakamarkach gnieździło się wszelakie plugastwo o jakim tylko można sobie wymarzyć. Nie przywykła do tego. Każdy dzień zaznaczała krwawą ścieżką, za którą dziękowali jej wielmoża tego miejsca.
Związała swe białe włosy rzemykiem, ciasno tuż przy karku, resztki opadły jej swobodnie na twarz.
Nie znosiła tych wszystkich wymyślnych fryzur, które nosiły szlachcianki z Górnego Miasta, zbyt wiele z tym zachodu. Matka kupowała jej ukradkiem, w tajemnicy, szpilki do włosów i cudne materie na stroje. Ona jednak wolała prostotę. Każdy strój ją i tak naznaczał, była nielicznym apostatą w mieście, który tolerowała Komtur.
Ubrała się nieśpiesznie, słysząc kroki na schodach. – Pewnie Fenris wrócił – pomyślała ubierając buty.
W drzwiach jednak stanął Anders uśmiechnięty od ucha do ucha.
- A co Ty tu robisz? – Rzuciła leniwie ziewając.
- Spotkałem Fenrisa jak szedł do Aveliny, czy to prawda, że Alistair jest w mieście?
- Dostałam zaproszenie, pewnie jest.
- Wspaniale! – Ucieszył się – Mogę iść z Tobą?
- A po co? – Zdziwiła się.
- Tak się składa, że miałem okazję go poznać, tak dawne, stare dzieje, chciałbym zwyczajnie znów go zobaczyć, no wiesz tak z sentymentu. Aaa właśnie, Izabella pewnie też by chciała.
- Izabella tez go zna? – Złapała się za głowę, informacji zaczynało być za dużo.
- Tak, nie pamiętasz jak opowiadała, że grała w kapryśny los z bohaterką Fereldenu?
- No czyli nie z Alistairem a jego… żoną – zamyśliła się.
- Jeszcze nią nie była, głuptasie. Ale znam ją, to kobieta, eh… przewrócił oczyma w geście wyrażającym tylko jemu znany gust do kobiet.
- Po minie wnioskuję, że była brzydka jak plugawiec – zaśmiała się dość histerycznie, nie tak to miało zabrzmieć.
- No coś ty, jak ją poznałem, to mnie zatkało. Jak tak drobna osoba może wysiec tyle tabunów pomiotów – w jego głosie było słychać podziw. – Gdyby nie ona Amarant dawno by padł, a ta szelma się nawet z pomiotami dogadała – wzniósł ręce do góry w geście chwalebnym.
- I ja mam ci niby uwierzyć?
- Nie wierzysz? Spytaj Alistaira, on ci powie. No dobra, idę po Izabellę spotkajmy się przed twierdzą Wice Hrabiego.
- Tak za około godzinę, tuż przed osiemnastą.
- Dobrze – pomachał jej ręką na pożegnanie zbiegając radośnie po schodach i nucąc coś pod nosem.
Pokiwała głową na jego zachowanie. Musiał się minąć z Fenrisem w drzwiach, bo usłyszała jego głos w holu. Wrócił od Aveliny.
- Nie będziesz zadowolona – usłyszała w drzwiach sypialni.
- Dlaczego? – obróciła się do niego poprawiając suknię.
- Alistair jest już w twierdzy, minęła mnie Meredith, naburmuszona i wściekła. Chyba dowiedziała się od kogoś, że już przyjechał. Co tu ten… – powstrzymał się – Anders robił?
- Powiedziałeś mu, że Alistair przyjechał – poprawiła suknię jeszcze raz. – Przybiegł powiedzieć, że też chce być na audiencji, teraz pobiegł po Izabellę, mamy się spotkać około osiemnastej.
- Iza też go zna?
- Podobno, no chodź już – wspięła się na palce i pocałowała go delikatnie w usta. Odwzajemnił pocałunek delikatnie gładząc ją po włosach.
Po incydencie z Danariusem bardzo się do siebie zbliżyli. Fenris był częstym gościem w jej domu. Nawet wiecznie zastraszona Orana akceptowała te niespodziewane wizyty z mniejszym niż dotychczas lękiem. Złapała swój kostur i ujęła jego dłoń zamykając ją w swojej. Popatrzał na nią czule. Lubiła jak to robił, jego posępna twarz nabierała jasności, która była zarezerwowana wyłącznie dla niej.
Na dworze zrobiło się dość chłodno, pewnie padał wcześniej deszcz. Ziemia pachniała wilgocią i rynsztokiem. Trzymając Fenrisa za rękę, nie myśląc o niczym przemierzała przez trakt wicehrabiego. Miała gdzieś, że patrzą na nią wysoko urodzeni, wiecznie niezadowoleni szlachcice, w końcu niczego innego nie potrafili niż trwonić swe majątki na rozpustne przyjęcia, na które ją zapraszano. Nie pojawiała się na nich często. Od czasu do czasu przywdziewała jednak wyjściowy strój i ze skwaszoną miną maszerowała na nudne spotkanie. Bycie bohaterką Kirkwell było aż nadto męczące w tej kwestii.
Anders z Izabellą stali już przy bramie wesoło machając do nich z daleka. Oboje mieli zawadiackie uśmieszki na twarzy. Fenrisowi nie drgnęła nawet powieka, jakoś z Andersem się nie lubili. Oczywiście chodziło o Hawke, ale też o przeklętego ducha sprawiedliwości, którego mag przyjął, a który nieustannie wymykał się spod kontroli Andersa. Tłumaczenia Fenrisowi nigdy nie wystarczały. Piekielnie pałał też zazdrością, nie mógł znieść go bliżej stojącego od ukochanej nawet kilka kroków.
- O, jesteście – zaczęła nerwowo pocierać ręce o szatę.
- Coś taka nerwowa? Kochana, to tylko wiejski przygłup Alistair – zagaiła Izabella śmiejąc się jej w nos.
- No już nie taki przygłup, królem jest, nie? – Wtrącił mag poprawiając kostur na plecach.
- Chodźmy, miejmy to już z głowy, chodź Hawke – elf wziął ją pod ramię i wprowadził do holu twierdzy.
Panowało tam lekkie zamieszanie, straż i templariusze tłoczyli się u szczytu schodów wyciągając szyje jeden przez drugiego, chcąc zobaczyć sławnego bohatera Fereldenu. Alistair, stał spokojnie trzymając dłonie pod pachami i huśtając się na obcasie, przed nim Meredith gestykulowała zbyt ożywiona. Do ich uszu docierały pojedyncze słowa, takie jak „krąg” czy „apostaci” – no i wszystko jasne – westchnęła. Tłumek przepuścił ich niechętnie. Dopiero jak Fenris podniósł głos, by się przesunęli, zrobiło się luźniej.
- O, jesteś – usłyszała z ust Komtur.
Alistair obrócił się w jej stronę ściągając brwi, światło z lamp było dość intensywne. Po stroju poznał, że była osobą wysoko urodzoną.
- Witaj Meredith – odrzekła lekko drżącym głosem.
- Oto bohaterka Kirkwell – przedstawiła ją ironicznie, od razu szło się domyślić, że nie przepada za gościem. Nie umykało uwadze, że gardzi magami.
- Witaj panie – ukłoniła się nisko, za nią to samo uczynili pozostali.
Alistair odwzajemnił ukłon. Przyglądając się jej intensywnie. Czuła na sobie jego przeszywający wzrok.
- Opuszczam was – zakomunikowała Komtur wychodząc z Sali i stukając żelaznymi trzewikami.
- Do widzenia – odpowiedziała uprzejmie. Ta jednak zignorowała pozdrowienie trzaskając drzwiami.
- Wybacz – zaczął. – Myślałem, że uda nam się spotkać zanim dopadnie mnie ta jędza, powiedziałem jędza? Och, przepraszam – zaśmiał się.
- Nic nie szkodzi – przytaknęła mu. – Bywa, jakby to ująć, rozkapryszona.
- Delikatne słowa – rzucił z tyłu Anders, szeroko uśmiechając się do króla.
Alistair wychylił się, by zerknąć na przybysza. – Czy my się, aby nie znamy? Czy ty, aby nie byłeś szarym strażnikiem?
- Kiedyś, dawno temu – odpowiedział mu.
- A o mnie, to już zapomniał – zaperzyła się Izabella.
- Izabella? To ty? Zmieniłaś się!
- Jak my wszyscy – uśmiechnęła się do niego.
- Co cię sprowadza do Kirkwell?
- Ciężkie czasy, kłopoty z magami, kręgiem, Orlais, chyba grozi nam wojna. Dowiedziałem się, że jest tutaj Fereldenka, która wbrew pozorom dobrze się usytuowała, mimo ciężkich czasów, ba, stała się bohaterką. Chciałem cię poznać. Podobno pochodzisz z Lothering. Byliśmy tam zanim spłonęło. Poznaliśmy się prawda? Nigdy nie zapominam ludzi, którzy uratowali mi życie, pamiętam te oczy, to byłaś ty – zrobił jeden krok w jej stronę, stając w snopie światła wpadającego do pomieszczenia przez świetlik w suficie.
Przytaknęła mu, lekko speszona, odczuła dziwne zawstydzenie. Wszystkie formułki i te wyuczone konwenanse wypadły jej kompletnie z głowy. Wbiła wzrok w ziemię. Fenris przestąpił z nogi na nogę chrzęszcząc zbroją. Nastała dziwna cisza. Nawet Anders się nie odezwał, a lubił klapać dziobem w nieodpowiednich momentach.
Ciszę przerwał niski mężczyzna wyłaniający się zza ciężkich korpusów żołnierzy.
- Jesteś, Tiganie.
- Jestem Tigan, jestem kimś na wzór wuja Alistaira – podał jej dłoń.
- Miło mi poznać, Lilianna Hawke z rodu Amell.
- Zapewne to ty jesteś tą sławną bohaterką miasta, zaszczytny tytuł. Alistairze powinniśmy już iść. O świcie odpływamy, musimy się przygotować, pani wybaczy – ukłonił się nisko.
- Oczywiście – przytaknęła chcąc się szykować do opuszczenia holu.
- Zaczekaj – usłyszała za plecami.
Odwróciła się nieśpiesznie, zerkając spode łba na króla. Wyciągnął dłoń w jej stronę. Z wahaniem podała mu swoją. Poczuła, że ukrył w niej zwitek papieru. Uśmiechnął się do niej i wymaszerował z sali, za nim jego świta i Tigan. Ścisnęła skrawek papieru mocniej w dłoni. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważył. Szybkim krokiem opuściła salę, zapominając, że miała odebrać mabari z koszar Aveliny.
- Hawke! – usłyszała za plecami, Fenris trzymał ciężkie drzwi.
- Muszę iść, spotkamy się potem, dobrze? – Zbiegła schodami w dół wprost na traktat.
- Hawke! – zawołał jeszcze raz.
- Potem! – krzyknęła nie obracając się za siebie.
Elf puścił ciężkie drzwi, które przycisnęły Andersa, ten zaklął szpetnie w stronę Fenrisa, Izabella wybuchnęła śmiechem.
- Znowu dostałeś po pysku.
- Bardzo śmieszne – potarł sobie twarz wierzchem dłoni, elfa już nie było. – Chodź do Wisielca nieznośna kobieto obiecuję, że tym razem cię ogram.
- Niedoczekanie twoje – wymijając trąciła go ramieniem.
- Zobaczymy.
Przepychając się skierowali się w stronę dolnego miasta, bardziej im przyjaznego niż górne, tam przynajmniej mogli być sobą.
Hawke dobiegła do domu, zamknęła się w bibliotece prosząc Bodahna, by nikogo nie przyjmował, chciała być sama. Drżącymi rękami rozwinęła zwitek papieru. Napisany był tym samym charakterem pisma, co zaproszenie do twierdzy. Nawet pachniał tak samo. Przyłożyła kartkę do nosa wciągając zapach do płuc. Zamknęła oczy, sama nie wiedziała czemu się tak zachowywała. Przecież nic jej nie łączyło nigdy z Alistairem, jedynie przelotna rozmowa, kilka uśmiechów i to niefortunne oblanie piwem w karczmie. Och, nie mogła sobie tego darować. Kobieta która z nim podróżowała popatrzała na nią wtedy tak zimno. Wtedy też, śpiewał wieczorem Arthen, elf którego nigdy nie zapomni, jedynie jego żałowała, w trakcie napadu pomiotów na Lotering, zginął na jej oczach, gdyby nie Carver pewnie by próbowała go ocalić. Przeczytała drobne, ozdobne pismo kierowane wyłącznie do niej.
Moja droga – widniało na początku.
Piszę, bo wiem że to Ty. Chciałbym się z Tobą jeszcze zobaczyć na osobności, zanim wyjadę i pochłonie mnie do reszty wir wojny. Nie znoszę wszystkich tych tonów i umizgów, jakich wymaga się przy oficjalnych spotkaniach. Wybacz mi zatem, ten oficjalny ton, nadal jestem tym samym zwyczajnym człowiekiem „wychowanym przez psy”.

Zaszczyć mnie swą osobą…błagam.
Alistair.
Oparła głowę o wezgłowie fotela, wpatrując się w ogień. Przeczytała notatkę jeszcze raz i jeszcze raz. Była zaskoczona, że on jeszcze ją pamięta, przez głowę przebiegało milion myśli na sekundę, iść, nie iść? Na dworze już szaro, zmierzch kładł się na Kirkwell. Z oddali iskrząc i zawodząc nadchodziła burza. Powietrze stawało się coraz bardziej nieznośnie duszne.
Fenris przemierzał górne miasto chowając się w mroku, jak to zwykł zwsze czynić, kiedy nie podążał wraz z Hawke. Nie lubił tych wścibskich spojrzeń. Był wolny, ale tak naprawdę nie wiedział co ma zrobić z tą wolnością. Jedyną osobą, której ufał była ona. Teraz widocznie go nie potrzebowała, zdziwiła go jej postawą, nigdy się tak nie zachowywała. Odnosił dziwne wrażenie, że ta noc przyniesie mu więcej niż by sobie tego życzył. Miał nieodpartą ochotę na tanie trunki z Wisielca, ale sama myśl, że Anders będzie tam wraz z Izabellą, nie podobała mu się. Iza zbyt ochoczo kleiła się do niego kusząc wdziękami, może kiedyś, teraz wydawała mu się wulgarna i płytka.
Hawke przemierzała pokoik z kąta w kąt, tam i z powrotem, nie wiedząc co ma uczynić. Audiencja? Czemu nie? Ale prywatna wizyta raczej była czymś zbyt intymnym, miała głowę pełną obaw. Napięcie przed burzą wcale nie poprawiało jej nastroju. Zeszła na dół zarzucając szal na ramiona. Kostur trzymała w dłoni tak mocno, że posiniały jaj knykcie. Bodahn zerkał na nią z nieukrywanym zainteresowaniem.
- Co się dzieje messere? – Zagaił grzebiąc w kominku czubkiem pogrzebacza.
- Mam dylemat, nie wiem co mam uczynić – posmutniała.
- Spacer to dobry pomysł – odwrócił wzrok.
Popatrzyła na niego, nie odczuła żadnej ulgi, ale miał rację, spacer dobrze jej zrobi, ciekawe gdzie ją nogi zaniosą.
- Będzie padać, pani – bąknęła cicho Orana podając jej duży, szary, skórzany płaszcz.
- Dziękuję, moja droga – oddała jej chustę, którą miała na ramionach.
Płaszcz był miękki i przyjemny, miał obszerny kaptur i luźny krój. Wyszła z domu w szare i duszne powietrze. Krople potu perliły się na jej czole, ciężkość powietrza była nie do zniesienia. Zarzuciła laskę na plecy i wcisnęła dłonie w kieszenie. Ulice były wyludnione. Ludzie pochowali się przed nadchodzącą nawałnicą. Odetchnęła z ulgą, nie będzie musiała unikać co poniektórych szlachciców, zawsze chętnych do dyskusji na jakiś mało istotny temat. Stukot butów odbijał się echem od kamiennych murów. Szła powoli rozmyślając, miała w głowie milion hipotez i dręczących pytań, im intensywniej o nich myślała, tym większy mętlik się jej tworzył. Uliczka skręcała w górę. Wąskie przejście pomiędzy budynkami zastawili jacyś ludzie przekrzykujący się nawzajem. Zsunęła mocniej na głowę kaptur i przemknęła obok udając, że niczego nie widzi i nie słyszy. Szła skupiając się na podjęciu decyzji, nie było jej łatwo. Z jednej strony Fenris z drugiej Alistair. Zanim się zorientowała nogi zaprowadziły ją na dziedziniec pałacowy. Półmrok okalał wszystko. W oddali zamajaczyła znana jej sylwetka porucznika templariuszy, Cullena. Szedł w jej stronę powiewając płaszczem przy każdym kroku, kiedy ją mijał ukłonił się i odszedł. Rozejrzała się dookoła, jakby fakt, że tu się właśnie znalazła, był większym szokiem niż mogła się spodziewać. Tylko w jednych oknach paliło się nikłe, przytłumione światło, a szary cień majaczył po pokoju, jakby przechadzał się w te i wewte. Wiedziała czyje to były okna. Stała tam, nie wiedząc co uczynić.
Alistair zdjął w końcu ciężką zbroję i oddał do wyczyszczenia, napawał się chwilą spokoju, bez Tigana i reszty podwładnych. Chwile samotności były dla niego rarytasem i rzadkością. Korzystał z nich zatem w pełni, czyli samotnie, przeważnie z książką w ręce lub wpatrując się w okno. Od czasu śmierci ukochanej Nory minął prawie rok. Ból nadal był intensywny i nie znosił go zbyt dobrze. Niektórzy uważali, że zdziwaczał, gdyż każdą chwilę poświęcał na przesiadywaniu w krypcie grobowej. Kazał wykuć jej sarkofag odzwierciedlający rzeczywisty wygląd, miał wrażenie, że cały czas jest obecna. Sprzeciwiał się jej wyjazdowi, była wtedy w trzecim miesiącu ciąży i znosiła to nad wyraz dzielnie. Zawsze im wmawiano, że szarzy nie mają dzieci, splugawiona krew nie pozwala na to, im się udało. Wynne powiedziała mu wtedy, że sprawiła to potęga miłości oraz dobre duchy pustki. Chciał jej ufać i wierzyć, że będzie dobrze. Cieszył się jak dziecko. Kiedy dotarły do niego wieści, że nie żyje, załamał się. Był to ewidentny zamach. Podejrzewano Kruki. Zevran wyruszył natychmiast do Antivy rozwikłać tę zagadkę.
Podszedł do okna zerkając w dal na iskrzące się niebo. Kontem oka zauważył postać w szarej opończy stojącą na środku placu. Nie poznał jej od razu, dopiero kiedy silny podmuch wiatru zerwał z jej głowy kaptur pojął kim jest.
Myśli kotłowały się w jej głowie. Wiatr wzmagał, siekając ją po twarzy listkami z drobnych drzewek posadzonych wokół klombu. Nie wiedziała, czy za sprawą pogody, czy innej siły zdecydowała się wejść. Zastukała kołatką w wielkie rzeźbione wrota. Echo uderzenia poniosło się w głąb holu.
Drzwi otworzył jej wysuszony, stary elf z lśniącą łysiną i resztkami siwych włosów po obu stronach głowy. Ubrany był w wytworne odzienie majordomusa.
- Taaak? – Przeciągając zapytał, wbijając w nią wodniste oczka.
- Byłam umówiona – odrzekła spuszczając wzrok.
- Tak messere, dostałem wiadomość, iż się pani zjawi, król oczekuje na piętrze – zamaszystym gestem wskazał misternie rzeźbione, wijące się w górę, wąskie schodki.
Ukłoniła się grzecznie i weszła do środka. Klatka schodowa była mała, zmyliło ją echo donośne i głębokie odbijające się od ścian. Wspięła się na górę. Przed nią był równie wąski korytarzyk co hol, były tam dwa pomieszczenia dla gości, ukryte w mroku, który rozjaśniała jedna olejowa lampka. Spod jednych drzwi wypełzał blady snop światła. Podeszła bliżej i zastukała.
Alistair stał przy oknie wpatrując się w ciężkie krople deszczu, które leniwie zaczęły spływać po szybie zwiastując oberwanie chmury. Z zadumy wyrwało go stukanie do drzwi.
- Proszę – odezwał się półtonem, nie odrywając oczu od horyzontu.
Klamka zgrzytnęła i drzwi ustąpiły. Hawke niepewnie przekroczyła próg.
- Wiedziałem, że przyjdziesz – powiedział prawie szepcząc.
- Skąd wasza wysokość mogła to wiedzieć? – Wyrwało się jej lekko sarkastycznie. Ugryzła się w język rozzłoszczona.
- Bo cię prosiłem Hawke – obrócił się w jej stronę. – Zamknij drzwi proszę, mam wrażenie że ściany mają uszy, a szpiedzy Meredith podsłuchują mnie na każdym kroku.
- Byłoby to wielce prawdopodobne – zamknęła drzwi.
Wewnątrz panowała miła, ciepła atmosfera. Pachniało skórą i dawno nieścieranym kurzem. Zapachy mieszały się ze specyficzną wonią przebywających w nim ludzi. Alistair miał na sobie skórzane spodnie i lnianą koszulę rozpiętą do połowy klatki piersiowej, był boso. Bardzo ją to zdziwiło.
- Zdejmij płaszcz – podszedł do niej wyciągając rękę. – Daj, powieszę go.
- Dziękuję – oddała mu go. Miała na sobie tę samą suknię, co na audiencji w twierdzy, dopiero teraz sobie o tym przypomniała. Oparła kostur o ścianę.
Spojrzał na nią odwieszając odzienie na drzwiach szafy. Wydało mu się, że zna ją od lat. Wiele się nie zmieniła. Jedynie szata jaką nosiła był innego koloru i bardziej wytworna w porównaniu z tą, w której zobaczył ją po raz pierwszy.
- Nic się nie zmieniłaś – podszedł, dotykając opuszkami palców jej włosów.
- Ty też, panie – opuściła oczy.
- Niezwykłe – nie przestawał. – Pamiętam, że byłaś o wiele śmielsza kiedy poznałem cię w Lothering. Uśmiechnęła się lekko odsuwając.
- Dojrzałam, wasza wysokość, zmieniłam się. Opuścił rękę, patrząc jej w oczy. Nastała dziwna, pełna napięcia cisza, która brzęczała nieznośnie w uszach. Coraz bardziej miała ochotę uciec i nie wracać w te miejsce.
- Wezwałeś mnie, Panie, w konkretnym celu – zaczęła dość niezręcznie.
- Chciałem porozmawiać i na Andrastę, proszę nie mów do mnie Panie i wasza wysokość, nie lubię tego, wszystkie te oficjalne tony doprowadzają mnie do szału.
- Wybacz.
- Nie. Nie nic się nie stało, jestem zwyczajnym…
- … „Człowiekiem wychowanym przez psy” – dokończyła.
- Tak, to będzie dobre określenie. Zaczął przechadzać się po pokoju, nie mogła rozszyfrować, czy było to czymś normalnym, czy tak reagował na sytuację, która i jego zaczynała krępować. Zatrzymał się na środku, znów wlepiając w nią swe bursztynowe oczy.
- Opowiedz mi, jak udało ci się przeżyć? – Podszedł do niej. – Kiedy dotarły do mnie wieści, że niejaka Hawke, Hawke pomyślałem, tak u diabła znam to nazwisko, nie mogłem uwierzyć, że sama jedna ocaliłaś miasto przed niewiernymi. Qunari bywają bardzo uparci, Znam jednego, a może lepiej zabrzmi, iż znałem jednego. Niesamowicie silny i tak samo uparty, niezłomny.
- Też go poznałam, to Sten.
- Tak, Sten – rozmarzył się podpierając ręką brodę. – Wielki szary olbrzym kochający ciasteczka, uwierzyłabyś? Pokręciła przecząco głową.
- Jego słabością były ciasteczka, niesamowite – ciągnął dalej.
- I mordowanie niewinnych.
- Tak, w tym był dobry, choć przyznam, że nigdy nie wnikałem czy ci, których zabijaliśmy byli winni czy niewinni, z czasem traci się już rachubę i sens, z czasem… – podszedł do okna. Deszcz ciekł po szybach wściekły na cały świat, dudnił i zawodził wraz z wiatrem.
- Zatem, jak dawaliście sobie radę z poczuciem winy?
- Nijak – wzruszył ramionami stojąc do niej tyłem. Wydawał się wyższy i potężniejszy, z czasem zmężniał i nabrał krzepy, silne ramiona rysowały się pod cienkim materiałem lnianego odzienia.
- Mieliśmy siebie, cel i wspólną zemstę, potem przybrała ona inną formę, rozwinęła się, im bliżej byliśmy celu, tym bardziej stawaliśmy się odporni i silni. Potem przyszedł czas, by ostatecznie stawić czoło złu, udało się za bardzo wysoką cenę… – westchnął.
- Tak, znam to.
- No widzisz – uśmiechnął się do niej. – Opowiedz o Lothering, jakie było? Podszedł do niej ujmując za rękę i prowadząc w stronę stołu stojącego tuż przy oknie. Na dworze było nieprzeniknienie czarno, wiatr huczał i jęczał. – Opowiedz proszę, nie zapomnę stamtąd wielu rzeczy, a chyba najbardziej strachu w ludzkich oczach. Jak oni się bali, byli jak spłoszone zwierzęta. To, co utkwiło mi w pamięci to ty. Wyraz twych oczu długo nosiłem w pamięci, nie wiem, jak to nazwać. Chyba byłaś pierwszą kobietą, na którą spojrzałem wtedy jakoś tak… no wiesz, inaczej. Pamiętam też głos pieśniarza z karczmy, chyba był elfem, kiedy śpiewał wszyscy milkli, coś niesamowitego, do dziś nie poznałem nikogo, kto własnym śpiewem tak by czarował.
Posmutniała, wspomnienie go było bolesne, przełknęła ślinę, mimo że w ustach miała sucho. Na myśl przyszły jej długie włosy, delikatne usposobienie i uroda, która zapierała dech w piersiach. Przypomniała sobie, jak pierwszy raz zawitał w miasteczku, nie było kobiety, która by nie patrzała na niego. Szukał pracy, ale żaden gospodarz nie chciał pięknego elfa na swej ziemi w obawie, że uwiedzie mu żonę.
- Pamiętasz go?
- Tak… aż za dobrze – odwróciła wzrok.
- Więc znasz jego historię?
- Tak.
- Opowiedz.
- Czy to ważne?
- Może.
- Dla kogo?
Alistair znów przeszedł się po pokoju zerkając na nią.
- Wyczuwam tragedię, więc czy to była tragedia?
- Zatem, jak ty wspominasz swoja pierwszą miłość?
Przymknął oczy jakby właśnie miał wybrać się w podróż w przeszłość, kącik ust mu lekko zadrżał, miał się uśmiechnąć, był to jednak niewyraźny grymas. Przyglądała mu się w skupieniu przez dłuższą chwilę.
- Była rozdrażniona, kiedy ją poznałem, ale była zarazem chłodna i opanowana – westchnął kontynuując. – Potem była fala pomiotów, wieża i ogr, cholerny parszywy ogr – opuścił głowę – Myślałem, że umarła – spojrzał jej w oczy. – Po raz pierwszy zaufałem nieznanym magom, cholera apostatom zaufałem, wiedźmie z głuszy, Flemeth, słyszałaś o niej?
Hawke zrobiła wielkie oczy słuchając jego słów. Miała do czynienia z Flemeth, doskonale pamiętała jak spaliła hordę tuż przed jej nosem.
- Znam wiedźmę z głuszy.
- Jak to?
- Znam, ocaliła nas.
- Niemożliwe, zabiliśmy ją.
- Nie, to ja przywiodłam ją do Kirkwell w amulecie.
- No, to ja już nic z tego nie wiem, na moich oczach wyzionęła ducha, dobrze nie wracajmy do tego – podrapał się po głowie. – Opowiedz mi o nim.
- Był pierwszą istotą którą pokochałam, na Andrastę, czemu chcesz to wiedzieć? – Rozłożyła ręce w geście dezaprobaty.
- Istotą, pięknie go nazwałaś.
- Nalej mi wina – pokazała na bukłak wiszący przy łóżku. – Nie powiem nic, dopóki się nie napiję, cholera, jak ja potrzebuję wina.
Alistair zaśmiał się, ale zrobił to, o co go prosiła, sam nagle nabrał ochoty na trunek, szczególnie, że wspomnienia, które tak bardzo chciał w sobie stłumić, zaczęły wychodzić z kątów jego pamięci. Były jak duchy, które wiedziały kiedy mają go dopaść. Dziś nie był sam, więc ów niepokój podzieli z towarzyszką. Tak dawno nie rozmawiał z nikim oprócz Tigana i służby, że zapomniał jakie to uczucie. Wzięła od niego wino i pociągnęła tęgi łyk, potem drugi, by dodać sobie animuszu. Wino było słodkie i ciężkie, dobrze je znała. Znajomy smak podrażnił gardło ciepłą esencją, piła je lata temu, jak jeszcze mieszkała w Lothering.
- Znam to wino.
- Avargio, dobre wino z Fereldenu – uśmiechnął się siadając na pryczy.
- Dobre, poczciwe wino – odwzajemniła grymas, pociągając jeszcze raz łyk.
Zaszumiało jej lekko w głowie, trunek zawsze szybko zwalał z nóg, pewnie za spawą tajemniczych ziół dodawanych przez zakonne kapłanki. Język się jej rozwiązał, usiadła naprzeciw niego na podłodze patrząc głęboko w oczy i mrużąc powieki.
- Był piękny, idealny – pokręciła głową jakby chciała sama sobie zaprzeczyć. – Wiele było u nas elfów, ale takiego jeszcze nie. Gadali, że uciekł z obcowiska w Denerim wraz z dwiema siostrami. Przez jakiś czas ich nie widzieliśmy. Przychodził do wsi sam, szukał pracy. Żaden chłop mu jej nie chciał dać, co za ludzie – upiła kolejny łyk. – Bali się, że uwiedzie im kobiety, bo te, to jak kwoki zaczęły się za nim patrzeć, wiesz nowy kogucik. Ja byłam najstarsza z rodzeństwa. Carver, już dawno biegał za dziewczynami, a Bethany romansowała z jakimś młodzikiem sąsiadów, nic wielkiego, wiesz młodzieńcze zakusy. Ja nie miałam ochoty na romanse. Ojciec chorował, trzeba było zająć się wszystkim, matka urabiała sobie ręce po łokcie. Zobaczyłam go jak pytał się ludzi na rynku koło kantora, wszyscy kiwali głową. Uderzyła mnie jego uroda, chyba jak każdą. Nie miałam w zwyczaju wtrącać się w ludzkie sprawy, ale tym razem mnie coś podkusiło. Poszłam do karczmarza, u którego dorabiałam i powiedziałam mu o nim. Postanowił wywiesić kartkę u kantora, że szuka pomocy do kuchni lub barda. Jakież było nasze zdziwienie kiedy nazajutrz się pojawił w drzwiach z lutnią w ręce, usiadł na stole i zaśpiewał. Odłożył instrument i grzecznie spytał czy dostał prace. I dostał. Miał wieczorami umilać czas umęczonym ludziom. Nie minęło wiele czasu, jak stał się tak popularny, iż co drugi mieszkaniec chciał go słuchać, karczmarz zacierał ręce, zarobki poszybowały w górę. Tym też sposobem i ja miałam więcej pracy. Starałam się go unikać, nie chciałam, wiesz, by postrzegał mnie jako kolejną chętną chłopkę. Wyobrażasz sobie, że przez około roku zamieniłam z nim raptem kilka zdań? Bethany opowiadała cały czas, jak to dziewczęta prześcigają się w sposobach zwracania na siebie jego uwagi, było to jednak bezskuteczne. Żadnej się to nie udało.
- Udało się tobie – rzucił, biorąc bukłak od niej.
- Gdyby nie fakt, że pewne zdarzenie sprawiło, że mnie zauważył pewnie byłabym kolejną karczemną dziewką podającą wino.
- Co się stało?
- Żołnierze Loghaina się stali. Zanim jeszcze na dobre wybuchła plaga, nie wiem po co rozesłał patrole po całym kraju. Już templariuszy mieliśmy, a teraz przyszli oni, naburmuszeni i wiecznie czegoś szukający, bezustannie też opici tanim krasnoludzkim piwem. To była wczesna jesień, jeszcze babie lato się snuło po łąkach. Ciepłe dni zamieniały się w chłodne wieczory. Arthen, bo tak miał na imię, zawsze kończył występy jak zmierzchało, ja też musiałam iść wcześniej. Ojciec czuł się koszmarnie, prosił o kufelek piwa, nie mogłam mu odmówić. Wyszłam chwilę po nim, niosąc ostrożnie napitek, aby nie rozlać aż nadto. W oddali, niedaleko traktu usłyszałam hałas i tumult. Podeszłam ostrożnie. Zobaczyłam grupkę pijanych żołnierzy zaczepiających Arthena tuż przy wejściu na drogę. Nie wiem o co poszło, ale elf nie dawał sobie rady z nimi. Położyłam piwo pod krzakiem rdestu rosnącego przy skraju ścieżki i podeszłam bliżej. Nie wyglądało to dobrze, miał już rozcięta wargę i twarz umazaną krwią. Usłyszałam coś na zasadzie – pamiętamy cię szelmo, zrobimy to samo z tobą, co zrobiliśmy z twoją kurewską elfią matką. – Wściekłam się, poczułem zbierającą się we mnie moc. Było to dla mnie nowe doznanie. Dłonie mi zapłonęły. Wiele nie pamiętam, jedynie moc wypływającą z mych palców i słowa – nikt nie krzywdzi innych w mojej obecności. – Nie wiem skąd mi się to wzięło. Kątem oka zauważyłam jak kulili się na ziemi, a żołnierzy otacza ściana ognia, powietrze napełniło się swądem palonego mięsa, włosów i skóry z ich opończy. Po chwili została z nich jedynie kupa pobielałych kości. Patrzyłam na to wszystko z rozdziawionymi ustami, nie pojmując co się stało. Płomienie nawet nie tknęły Arthena. Patrzył na mnie i patrzył, po czym rzucił pospiesznie – twoje włosy – pokazując palcem. – dziękuję. – Dotknęłam głowy, rzeczywiście moje włosy stały się sztywne. Pomyślałam wtedy, że pewnie się opaliły na końcach. W domu, dopiero jak Bethany wrzasnęła na mój widok, domyśliłam się, że jest coś nie tak. Ojciec się tylko zaśmiał leżąc w łożu, mówiąc, że to się zdarza. Popatrzałam do wiadra z wodą i zobaczyłam to – pokazała ręką biały kosmyk swojej czupryny. – Stały się białe, a były brązowe. Wiele tygodni się tłumaczyłam, a i tak połowa się domyślała co się stało, templariusze zaczęli mieć na mnie oko.
- Tak go poznałaś, co w tym romantycznego?
- Romantyzm zaczął się potem, mój królu.
Alistair zmarszczył czoło
- Wybacz, nie chciałam cię urazić – przeprosiła.
- Długa historia, kontynuuj, pięknie opowiadasz.
- Zostałam zauważona. Tak, ten wiecznie cichy pieśniarz zwrócił na mnie uwagę, ku zgorszeniu wszystkich niewydanych za mąż panien i mężatek, znudzonych obmierzłymi mężami, bo jak to tak, nie wypada przecież pannie z elfem gadać, hipokrytki – parsknęła.
Alistair zaśmiał się lekko, widział, że trunek zaczyna jej szumieć w głowie, może to i dobrze. Atmosfera się rozluźniła.
- Na czym to ja skończyłam? Aha już wiem.
- Na hipokrytkach.
- Tak, tak one. Na początku mijaliśmy się w karczmie. Nie wspominaliśmy w ogóle o zdarzeniu. Ludzie przywykli do mojego nowego wyglądu. Wmówiliśmy im, że to ze zgryzoty i żalu, po tym, jak tej samej nocy zmarł ojciec. Wszyscy znieśliśmy to koszmarnie, ale najgorzej chyba matka. Carver znikał na całe dnie, Bethany skupiała się na nieużywaniu magii, bardzo ciężko jej to szło. Szczególnie, jak się denerwowała, jej palce oszraniały się, chowała je pod fartuchem umykając z oczu. Ja miałam na głowie gospodarstwo, wieczorami w karczmie zwyczajnie zasypiałam na stojąco. Mając lat dwadzieścia, czułam się jak stara kobieta. Pewnego wieczoru zaśpiewał jakoś inaczej, pieśń była cichsza, ale głębsza, wdzierała się w uszy i duszę, tak mocno, że nie mogłam się oprzeć i spojrzałam w jego stronę. Patrzył na mnie tymi wielkimi elfimi oczami, poczułam jak przebija mnie wzrokiem na wylot, wiedziałam, że ta znajomość nie skończy się na ironicznych uśmieszkach i nerwowemu mijaniu się na targu. Czuło się w powietrzu, jak gęstniało i opadało na mnie. Miałam wrażenie, iż śpiewa tylko dla mnie, nie spuszczał ze mnie wzroku, pochłaniał mnie nim, poczułam pożądanie, Alistairze, po raz pierwszy urodziło się we mnie coś, czego nie znałam. To był żar, którego musiałam się pozbyć. Piekło mnie od niego ciało. Kątem oka zobaczyłam jak czubki palców zaczynają się jarzyć w półmroku karczmy, rzuciłam szmatę na blat, wybiegłam trzaskając drzwiami. Na dworze było chłodno, ale ten chłód nie był w stanie ochłodzić ognia, biegnąc na trakt spaliłam kilka krzaków, bezskutecznie, nie ukoiło to ognia. Kiedy znalazłam się poza zasięgiem wykrzyczałam cały swój żal, gniew i rozpacz, tyle się tego we mnie nazbierało, że musiało w końcu znaleźć ujście. Tej nocy nie wróciłam do domu. Nad ranem zmęczona nocną włóczęgą znalazłam się nad jeziorem. Woda była orzeźwiająca, zanurzyłam dłonie w niej. W odbiciu tafli wody zobaczyłam Arthena, przestraszył mnie. Odskoczyłam, szybko się wyprostowałam i poprawiłam ubłocone i potargane odzienie, zorientowałam się, że mam też poparzone opuszki palców. Znów na mnie patrzył tym swoim wzrokiem, nie wiedziałam jak mam się zachować, przecież nie rozmawialiśmy ze sobą, tylko przelotnie, jak już miałabym się upierać. Chciałam ominąć go i skierować się w stronę wsi. Spuściłam głowę i zanim zrobiłam krok złapał mnie za łokieć, zaskoczył mnie po raz kolejny. Znów ogarnęło mnie to dziwne uczucie. Rzuciłam mu nerwowe spojrzenie, doskonale wiem, że oczy mi płonęły, nie panowałam nad tym. Nie bał się mnie. Miał bardzo szczupłe palce i delikatną skórę, mimo że pracował, tak samo jak ja, na roli. Poczułam szarpnięcie i znalazłam się tuż przy nim. Nigdy nie byłam tak blisko, myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Objął mnie i wtulił twarz w moje włosy. To było takie naturalne, jakbyśmy zawsze to robili. Uległam chwili, przymknęłam powieki. Nie wiedziałam, kiedy jego wargi dotknęły moich ust, przesunął dłonią po moim policzku przyglądając mi się. Już nie chciałam uciekać, liczyła się ta chwila wplatana w blady świt, pachniała wilgotną trawą i jeziorem, do tego doszedł zapach jego skóry i włosów. Oddech mieszał się z moim. Ogień płonął mi pod czaszką. Nie wiem, co nas popchnęło do tego, co się potem stało. Nie wiedzieliśmy, co zrobić z rękoma. Dotykaliśmy się najpierw nieśpiesznie, jakby chcąc wybadać grunt. Potem, pozbyliśmy się odzienia, warstwa po warstwie, skrawek po skrawku, jak w zakazanym rytuale. Tylko porządnie, ten ogień nas pochłaniał. Był smukły i delikatny, nie było w nim niczego wstrętnego, jak u niektórych mężczyzn. Fascynował. Jego ruchy były płynne i lekkie, z każdą chwilą chciałam więcej. Pocałunki gorące i łapczywe. Pożądałam go całym ciałem, każdy skrawek i włókno mięśniowe wołało o spełnienie w jego ramionach. Kiedy poczułam go w sobie, ból zalał moje ciało, nie był to ból powodujący śmierć, raczej coś na wzór ekstazy bólu, spełnienia. Nie zapomnę tego doznania do końca życia, słodka biała mgła zasnuła mój umysł kojąc gniew, jaki we mnie trwał, zapomniałam na chwilę o całym cierpieniu, jakie dawał mi świat. Liczył się on, jego dotyk, słowa, zapach i ta radość, która mogłaby być wieczna. Tkwiliśmy w erotycznym tańcu, do momentu jak nasze ciała nie zaczęło ogrzewać wczesne słońce. Nie było już we mnie wstydu, nigdy też go nie zaznałam obcując z innymi. Nauczył mnie radości, jaką może dawać bliskość drugiego człowieka. Wtedy też postanowiłam, że nie zwiąże się z żadnym mężczyzną, jedynie z elfem. Nikt bowiem, nie dorównywał mu pod żadnym względem.
Alistair popatrzył na nią, pobladła na twarzy jakby nawał wspomnień, jakie z siebie wyrzuciła sprawiały jej przykrość i odnosił wrażenie, że nie był to koniec.
- Czy to koniec? – Zagaił nie spiesząc się. – Czy jest dalszy ciąg?
- Jest dalszy ciąg – spojrzała na niego zaszklonymi od łez oczami. – Potem były pomioty.
- Chyba jestem w stanie sobie to wyobrazić – obracał w palcach na wpół wypity bukłak. Westchnęła siorbiąc nosem, nie wiedziała czy ma ochotę dalej o tym mówić.
- Opowiesz?
- A czy ty opowiesz o Norze?
- Tylko wtedy, jeśli mnie zmusisz – na jego ustach pojawił się lekki uśmieszek, nie był to uśmiech radości, raczej coś wymuszonego, co bolało piekielnie.
- Chyba jednak cię nie będę zmuszała – popatrzała na niego ze zrozumieniem. Oboje doskonale czuli, że w tej sytuacji lepiej nikogo nie naciskać. Sięgnęła po wino i znów upiła łyk, przełykając dość łapczywie, podróż w przeszłość stałą się drogą, z której powrotu nie ma, trzeba dokończyć to, co się zaczęło.
- Ukrywaliśmy się – zaczęła. – To było takie magiczne, ja i on, potajemne schadzki, udawanie w dzień, że jesteśmy sobie obojętni, nocami pochłaniał nas żar miłości. Po czasie Bethany zorientowała się, że coś jest nie tak, że się zmieniłam. Byłam bardzo skupiona na tym, co mówię, jak mówię, jak opowiadam, co wydarzyło się w karczmie czy na targu. Takie proste rzeczy, a jednak stawały się szalenie trudne. Ten, kto kochał w ukryciu, wie doskonale, o czym mówię. Przyłapała mnie na kłamstewku raz, potem drugi, aż wreszcie spytała, kim on jest. Byłam zaskoczona, w końcu jej uległam i zdradziłam sekret. Prychnęła wtedy jak wściekła kotka, nigdy nie widziałam jej takiej. Okazało się, że ona też zakochana jest po uszy w pięknym Arthenie i nie mogła znieść tego, co usłyszała. Pierwszy raz trzasnęła mi drzwiami przed nosem, wyzywając od pomiotów i plugawców. Czuła się zdradzona, chyba czułabym się tak samo. Nie wyjawiła jednak sekretu. Pozostawiła go sobie, ale jej stosunek do mnie stał się chłodniejszy, teraz chętniej przebywała z matką niż w moim towarzystwie. Potem przyszliście wy. Kilka dni w Lotering i zniknęliście tak szybko jak się pojawiliście, czyszcząc miasto i doprowadzając je do ładu… na chwilę. Nocą przyszły one. Powychodziły jakby spod ziemi, plugawe i cuchnące. Ich krzyki i gardłowe pomruki napełniły powietrze. Wieś szybko stanęła w ogniu. Nastał chaos nie do opisania. Na początku z Bethany i Carverem broniliśmy domu, przebijając się przez tabun pomiotów do centrum wsi. Droga usłana była trupami. Wszędzie smród palonego ciała, czarny dym i zawodzenie jeszcze żyjących. Na rynku stał ogr, wielki i obrzydliwy. Wymachiwał łapskami na prawo i lewo siekąc każdego, który napatoczył mu się na drodze. W oddali zobaczyłam Arthena jak próbował wyrwać z łap jednego z pomiotów swoją siostrę. Elfka wrzeszczała okropnie, jej pisk przecinał powietrze jak sztylet. Carver pochwycił mnie wtedy za rękę, jakby wiedział, co się stanie. Krzyknęłam w jego stronę próbując wyrwać się bratu, spojrzał tylko na mnie swoimi przerażonymi oczami. Wtedy to się stało. Wielki pomiot uderzył go rękojeścią swojego torporu. Elf osunął się na kolana, na jego czole pojawiła się strużka krwi, która jakby przecinała jego twarz na pół. Upadł u stóp siostry, która podzieliła jego los zaraz za nim. Nigdy nie zapomnę tego widoku, tego smutku i tych oczu wpatrzonych we mnie przed śmiercią.
Zaszlochała, jej ciałem poczęły targać spazmy płaczu, który przerodził się w niepohamowany wylew żalu i rozgoryczenia. Alistair otoczył ją ramieniem. Nie protestowała, doskonale wiedział, co czuła, dokładnie to samo działo się z nim na wieść o śmierci Nory.
- Parszywy, splugawiony świat – wycedził prze zęby, gładząc ją po włosach.
- Tak – odrzekła, wycierając nos w brzeg rękawa. – Od tego czasu przyrzekłam sobie, że nikt z moich najbliższych nie umrze, kiedy będę w pobliżu, niestety matki nie udało mi się ocalić. Nekromancja to parszywa dziedzina magii, nigdy po nią nie sięgnę, nawet szykując zemstę na najgorszym wrogu.
Fenris spacerował w strugach deszczu, nie było mu zimno. Myśli miał jednak skłębione i dręczące, chciał wtulić się w ukochaną przy kominku, chłonąc jej zapach i ciepło. Niestety Bodahn odprawił go mówiąc, że pani Hawke wyszła jakiś czas temu pospiesznie, nie mówiąc dokąd. Domyślał się, że chodziło o króla. Nie dopuszczał do siebie faktu, iż mogłoby coś zajść pomiędzy nimi. Może to zwyczajna rozmowa po latach a może… Z dręczących wizji, wyrwał go Cullen mijając i uśmiechając się szeroko.
- Dobry wieczór – zagaił.
- Witaj – odrzekł bez przekonania.
- Cóż robisz w takim deszczu, nie lepiej zasiąść w Wisielcu i sączyć tamtejsze pomyje, które tak zachwala Varick.
- Co ci do tego Templariuszu? – Rzucił sucho, zawsze przebijała się przez niego nieufność w stosunku do ludzi, z którymi nie obcował na co dzień.
- Nic – wzruszył ramionami. – Pomyślałem, że skoro messere Hawke jest na spotkaniu z królem, no wiesz, prywatnym spotkaniu, to ty powinieneś chyba o niej zapomnieć upijając się z Andersem w karczmie.
- Co ty do cholery insynuujesz? – Zrobił krok z kierunku porucznika.
Templariusz zrobił natomiast krok w tył, nie chcąc na służbie wszczynać bójek z doskonale wyszkolonymi elfami, a Fenris właśnie do takich należał, co gorsza sam wyraz jego twarzy w tej chwili też wiele tłumaczył.
- Niczego nie insynuuje, zwyczajnie widziałem Hawke jak szla na spotkanie, wydawała się bardzo poruszona i nie chciałaby ją ktoś zauważył.
- Łżesz – syknął.
- Nie, ale to nie moja sprawa – rozłożył dłonie przed elfem, wykonując znaczący gest, iż się odcina od tego.
Fenris ominął go nie mówiąc nic, tylko znacząco trącając go w bark. Templariusz zszedł mu z drogi udając się na dalszą część patrolu. W elfie płonęła żądza nienawiści, podsycona sarkazmem wydobywającym się z ust Cullena. Doskonale znał te uczucie, miał je za każdym razem, kiedy widział jak Hawke rozmawia z Andersem. Zawsze była dla niego miła. Wiedział, że mag jest przyjacielem rodziny i po części odpowiedzialny jest za leczenie ran odniesionych w trakcie starć, jakie im się przytrafiały, jednak wiedział też, że Anders jest zapatrzony w Hawke i w głębi serca jego uczucia są do niej nie tyle co platoniczne, a wręcz wypływają z niego w każdej chwili kiedy tylko ma okazję zostać z nią sam na sam. Liliann to bardzo uczuciowa osoba i nie dopuściłaby do wyrządzenia krzywdy komukolwiek, choć miał ochotę zatopić dłoń w sercu Andersa powstrzymywał się na wzgląd na nią. To jedyna kobieta, która gasiła w nim gniew. Kochał ją bezgranicznie, za opanowanie i wewnętrzny spokój. Nigdy by mu nawet przez myśl nie przeszło, że zwiąże się z magiem, doznając przy tym tyle cierpienia z ich strony. A teraz, to jego ukochana, jedyna, jest z innym mężczyzną, tuż obok, tuż pod jego nosem i on nie może nic na to poradzić. Poszedł w stronę jej domu, przeganiając natrętne myśli ze swojej głowy. Poczeka na progu, tak jak kiedyś i postanowi zaufać jej, przecież zawsze jej ufał.
Alistair patrzył na twarz towarzyszki z lekkim rozżaleniem, ale i mocną sympatią. Przypomniała mu się jego żona, jak wspominała rzeź w jej rodzinnym domu, nienawiść prawie zniszczyła jej życie. Był w stanie pojąć to wszystko, aż sam się bał tego zrozumienia dla Hawke. Ona zaś odpłynęła myślami do czasu ucieczki z Lothering, może to za sprawą przedniego wina, może towarzystwa, jednakże czuła się bezpieczna, jak nigdy dotąd. Popatrzyła na króla z czułością, dostrzegając w nim człowieka, ale nie tylko, zobaczyła w nim przyjaciela i chciała ciągnąć tą przyjaźń w nieskończoność. Nie rozmawiała z nikim nigdy w ten sposób, może to wino dało jej odwagę, by w końcu, po wielu latach wyrzucić z siebie bagaż wspomnień i obarczyć nimi kogoś, kto tak naprawdę jest zupełnie jej obcy, a który stał się bliższy niż rodzony brat, który jest templariuszem z wyboru. A który gardzi nią, nie tylko dlatego, że jest magiem.
- Już późno. – Odezwała się, podnosząc z ziemi.
- Tak – przytaknął, czyniąc dokładnie to samo, co ona.
- Pójdę już, będę zaszczycona jak będziesz pisał Alistairze, chciałabym móc przeczytać to, czego nie chcesz powiedzieć, myślę, że tak będzie łatwiej.
Przytaknął jej, cieszył się, że nie ciągnie go za język, uważał, że ból jest jeszcze zbyt świeży, a rany jeszcze krwawią zbyt obficie, aby je rozdrapywać.
- Dziękuję Hawke, tak bardzo chciałem cię poznać bliżej.
- Ja też się niezmiernie cieszę, że spędziłam z tobą czas, mój królu – uśmiechnęła się z przekąsem, wiedząc, że tego nie lubi.
- Mała złośnica – odwzajemnił żarcik.
- Do usług – ukłoniła się.
Podał jej płaszcz. Hawke zniknęła w półmroku korytarzyka czując przyjemny szum w głowie wywołany prze napitek. Szybko znalazła się na podwórzu. Było ciemno i mokro, deszcz nie lał już tak intensywnie, raczej kropił. Spokojnym krokiem skierowała się w stronę domu, powiewając na wietrze płaszczem, a w ręku ściskając kostur, jak zawsze czujna.
Alistair spakował swoje rzeczy i rozkazał je zanieść na statek, jednemu z parobków wręczył podłużny przedmiot ściśle opakowany skórami, po to by ten nazajutrz, jak wypłyną, zaniósł to do domu messere Hawke. Parobek zabrał monetę wraz z przedmiotem i zniknął w półmroku korytarzyka. Tego wieczoru Alistair wypłynął z Kirkwell nie żegnając się z nikim, zostawiając jedynie po sobie zapach piżmowych perfum i ślady butów w błocie miasta.
Fenris siedział na schodku naprzeciw domu Hawke, mokry i zdruzgotany. Myśli zadręczały go nieustannie, nie dając umysłowi odpocząć nawet na chwilę. Nikt go nie zaczepiał, wiedzieli kim jest, zatem był sam w ciszy przerywanej krzykiem ptactwa czy pijanych mieszczan, który zmierzali do „Kwitnącej Róży” chwiejnym krokiem, myśląc, iż ów krok jest taneczny. W mroku zamajaczyła znajoma postać, nie spieszyła się. Noga za nogą zmierzała w jego stronę, nie oglądając się na boki. Wstał i skierował się w jej stronę, nogi miał ciężkie, a zarazem odnosił wrażenie, że są z waty. Popatrzała na niego ściągając kaptur z głowy i opierając się oburącz o kostur, znał te spojrzenie.
- Zamartwisz się niepotrzebnie – zwróciła się do niego bladymi ustami.
- Zawsze to będę robił – odpowiedział.
- Nie musisz, ja zawsze będę przy tobie – pogładziła go po zimnym policzku.
- Nie, to ja ciebie nie opuszczę – wyszeptał. – Tak się martwiłem – wtulił twarz w jej włosy.
- Jestem, już nigdzie nie idę.

Fanfiction można przeczytać tez na stronach Debiutext oraz Przystań Szarego Strażnika. 











Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee


 

Komentarze

  1. Stag... Zabijać elfy?? Profanacja
    Załamałaś mnie no :D
    Ale jestem pod wrażeniem. Zmieniłaś nieco styl, czy mi się zdaje? Opowiadanie jest dopracowane w szczególe, sceny opisane - 'emocjonujące' :D
    Przy tej jednej zamarzył mi się elf ^^ Przy tej ostatecznej w opowieści zachciało mi płakać. Pff - niesprawiedliwość autorów.
    Natomiast zmyliłaś mnie - gratuluję. Przez większą część historii myślałam, że Alistair i Hawke coś łączyło, bądź połączy. No i masz Ci los ;)
    Jestem zachwycona! Dziękuję ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się udało :) Teraz, aż zachciało mi się pisać;) Styl pisania dojrzewa z autorem. Mówiłam, że się zmieniam. Każda rzecz jaką piszę teraz, jest inna od poprzedniej. Poczekaj na kontynuację Cullena&Dahl:) Postaram się Ciebie znów zaskoczyć;) Dziękuję i pozdrawiam Stagerlee.

      Usuń
    2. Do usług ;)
      Przyzwyczajaj się - śmiało ;]
      Pozdrawiam!
      A.M.CH.

      Usuń
    3. Do takich rzeczy nie można się za bardzo przyzwyczajać, to bardzo szkodliwe;p Nie mniej jeszcze raz bardzo dziękuję :*

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…