Przejdź do głównej zawartości

Fiona McIntosh "Królewski Wygnaniec" - Recenzja.





Dzięki wydawnictwu Galeria Książki, otrzymałam do zrecenzowania książkę Fiony McIntosh „Królewski Wygnaniec”. Prawdę powiedziawszy literatura fantasy zawsze jest bliska memu sercu, oczywiście z wiadomych względów. Podeszłam jednak, do tej pozycji z lekkim lękiem, może dlatego, że już na wstępie jest opis wojennej zawieruchy i na dokładkę tego wszystkiego, ukazane jest duszenie noworodka. Dla mnie oczywiście, jest to nie pojęte i raczej wzbudza mój wstręt i złość. Poza tym myślałam, że historia zaginionego księcia to już przysłowiowy odgrzewany kotlet, i raczej już mnie nie zaskoczy. Jest to ten rodzaj z motywów w literaturze, który co rusz zostaje poruszany przez wszelakiej maści pisarzy i pismaków, ze skutkiem coraz częściej żałosnym, niż porywającym. Musiałam zatem przebrnąć przez mój sceptycyzm i jakieś znane tylko mnie niechęci do tej książki, wygodnie zasiąść, zrobić sobie wielką kawę i zacząć czytać. A, że jestem typem wzrokowca, oczywiście książka została przeze mnie zlustrowana od początku do końca i mogę śmiało stwierdzić, że wydawnictwo ma bardzo fajną drukarnię. Książka wydana jest bardzo estetycznie. Brzeg się nie lamie, a uwypuklone, lakierowane elementy nie ścierają. Poza tym warto zwrócić uwagę na piękny skład powieści oraz przyjemną dla oka czcionkę. To bardzo zachęca do czytania, nawet takiego marudę jak ja. „Królewski wygnaniec” to pierwszy z trzech tomów, opowiadający losy rodu Valisarów. Myślę sobie, że teraz to chyba wszyscy piszą trylogie. Tylko mnie zastanawia fenomen tego typu poczynań i gdybym sama nie była w trakcie tworzenia trylogii pewnie bym nie zrozumiała. Nie mniej Pani McIntosh nie jest autorką naszego pokolenia, a ma już za sobą bardzo bogaty dorobek literacki, więc Trylogia rodu Valisarów nie jest jej debiutem. Osobiście posiadam w domu jedną jej powieść, której styl pisania bardzo mi się podobał. Byłam więc ciekawa, co przyniesie mi ta powieść. Wracając jednak do samej książki.

Narrator wprowadza nas od samego początku w wir wojny. Sceny są odmalowane bardzo brutalnie i jak ale i bardzo realistycznie czytelnik, jest w stanie, nawet wyczuć zapach krwi i jęki rannych konających na polu bitwy. Makabrycznemu obrazowi pikanterii dodaje też fakt, że na oczach królowej, napastnik zabija jej męża oraz każe go podać jako kolację, wcześniej oczywiście odpowiednio doprawionego (piecze go). Akcja rozwija się w zawrotnym tempie i trzeba nie lada wyczynu, by za nią nadążyć. Pośród tego chaosu poznajemy Leo młodego następcę tronu rodu Valisarów, a zaś z drugiej strony barykady widzimy Loethara, który stoi na czele armii barbarzyńców i siecze swym mieczem jak oszalały, przebijając się przez wojska i rozbijając je w perzynę. Wszystko to jest wynikiem politycznej rozgrywki, jaka od jakiegoś czasu trawi królestwo. Dowiadujemy się również, że owe królestwo ukrywa pewien sekret. Ale czy to sekret czy tylko legenda przenoszona z ust do ust? Podobno Valisarowie posiadają moc, która pozwala im kontrolować umysły innych oraz wpływać na decyzje jakie podejmują. Tę legendarna umiejętność chce posiąść nadciągający w stronę królestwa najeźdźca. Pomiędzy tym, całym zamieszaniem o jakim jest nam dane czytać, od samego początku góruje przekleństwo, jakie ciąży nad władcami. Mianowicie rodzą im się wyłącznie synowie, którzy nierzadko są dziećmi upośledzonymi umysłowo. Tym razem jednak jest inaczej. Królowa powiła córkę, którą w zamkowej kaplicy dusi 17latek na rozkaz króla. Władczyni na początku nie domyśla się niczego, gdyż większość jej dzieci rodziło się i umierało niespełna po godzinie. Wyczuwa to jednak, po sposobie w jakim mąż z nią rozmawia. Król obawiając się o życie swojego syna Leo, oddaje go w ręce Gavriela de Vis i nakazuje im ucieczkę. W obliczu nadciągającej katastrofy okazuje się kto tak naprawdę jest lojalny.

Powieść napisana jest bardzo pięknym i plastycznym językiem. Wszystko jest namacalne i sugestywne, lecz nie brak też pompatyczności i wydumanych dialogów, które po dłuższym czytaniu zaczynają zwyczajnie drażnić. Może rozmowy pomiędzy rodziną królewską, a poddanymi się tak prowadzi. Natomiast rozmowy pomiędzy zwykłymi śmiertelnikami, podane w tej formie sprawiały, że krzywiłam się i nie mogłam pojąc, czy tak rzeczywiście chłopstwo jest wykształcone, czy może to specyfika tego kraju. A może błąd w sztuce pisania, gdzie pisarka chciała pokazać artystyczny aspekt lub forma przekładu na język polski. Mnie to jednak przeszkadzało, ba nawet bardzo. Ukrywana moc rodu wprowadza tajemniczość i zachęca do czytania i sięgania w głąb. Przez wszystko jednak w powieści przebija się pewnego rodzaju groteskowość. Prolog jest męczący. Musiałam go przeczytać dwa razy, by pojąc, o co tak naprawdę autorce chodziło i by móc wczuć się w specyficzną atmosferę książki. Drażniące jest, że nie ma żadnego wstępu, na którym można, by było się oprzeć. Dużym atutem książki jest to, że nasi bohaterowie postawieni są przed masą bardzo ważnych dla siebie wyborów. Młody, lekko rozpieszczony, niedoszły jeszcze władca, musi dojrzeć, tylko aby sprostać wymaganiom królestwa. Wszystkie wydarzenia są tajemnicze i pozostawiają po sobie pewien rodzaj niedosytu. Czytelnik zadaje sobie pytania, na które nie potrafi odpowiedzieć i musi zwyczajnie czekać na kolejny tom. Reasumując, to zdecydowanie przydługi wstęp. Zdążyłam się znudzić i musiałam kilkakrotnie odkładać książkę. Jak od niej odpoczęłam, wracałam znów, po raz kolejny zdając sobie pytania. Nie uważam, że to czas stracony. Wręcz przeciwnie - chętnie przeczytam dalsze losy poznanych bohaterów, i z rozkoszą przekonam się, co szykuje im los. Czy polecam? Raczej tak. To książka, która mogą czytać wszyscy, no chyba, że są nadwrażliwi na sceny mordowania noworodków i pieczenia władców. Czekam na kolejną część.

Książka przekazana do recenzji przez Wydawnictwo Galeria Książki.






 Recenzje można też przeczytać na łamach gazety internetowej Debiutext.





Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…