Przejdź do głównej zawartości

Emtebe - Tajemnicze odkrycie muzyczne.

Fot. Emtebe.

Tydzień zaczynamy wywiadem, i moją pustką w głowie, no nie wiem co mam napisać. Artykuł napisany dla Gazety Debiutext. Poczytajcie. Serdecznie zapraszam:)

Zawsze zastanawiało mnie jedno. Czy oprócz śmieci, Wikipedii, Google oraz kotków, znajdę w Internecie coś, co przykuje moją uwagę na dłużej, aniżeli pięć minut. Okazuje się, że ukrywają się w nim ludzie, twórczy i interesujący, mający własny pomysł na siebie i trzymający się swoich zasad. Ludzie, którzy dzielą się swoimi osiągnięciami, pozostając w ukryciu. Skupiając się jednak, na dziale muzycznym, pragnę wspomnieć, że mamy na daną chwilę ogromny wysiew młodych i zdolnych. YouTube aż wrze od nowości. Tu nasuwa się pytanie: czy wszystko co serwuje nam Internet jest godne uwagi? Odpowiedź jest bardzo prosta. Oczywiście, że nie. Pośród tej papki znalazłam Kogoś. Schowany za pseudonimem Emtebe, tworzy już od bardzo dawna. Jest producentem i muzykiem. Dodam, że bardzo intrygującym i enigmatycznym, co zaostrza apetyt na więcej. Na początku nie spodziewałam się wiele. Wiele też nie zalazłam na jego temat. Dopiero wygrzebując z otchłani YouTube jego twórczość, doszło do mnie, że to osoba, o której warto wspomnieć. Warto napisać. Wystarczyła chwila i oto jestem w stanie przedstawić wam człowieka, dla którego muzyka jest czymś ważnym. Płynie z wnętrza, kojąc i łagodząc nawet najbardziej zszargane nerwy.

Emtebe pochodzi z Grodziska Mazowieckiego. Pierwsze swoje kompozycje muzyczne tworzył w dość nietypowy sposób – korzystając z konsoli PlayStation oraz programu Music, który ukazał się w 1998 roku, a rok później z jego następcy – Music 2000. Spędził nad nimi wiele godzin, a niektóre efekty swojej pracy zachował po dziś dzień na… kasetach magnetofonowych. Przyszedł czas, kiedy z konsoli przesiadł się na komputer PC, wtedy pojawiły się całkiem nowe możliwości. Obecnie nadal pracuje na komputerze, gdzie nuta po nucie tworzy swoje kompozycje. Komponując używa zestawu: komputer + wtyczki VST + klawiatura sterująca MIDI + gitara.
Mimo, że muzyką zajmuje się od 1998 roku, jako Emtebe zaistniał w 2006r. Pierwsza płyta nosiła nazwę „Breakbitz EP” i można ją było ściągnąć ze strony internetowej autora. Kilka miesięcy później ukazała się płyta „Wycinanka EP”, a następnie „Melancholy Sounds”, które zdobyły większą „popularność”. Okazało się to przełomem. Od tego czasu udostępniał swoje osiągnięcia muzyczne regularnie w sieci. Każdy mógł posłuchać i wyrazić swoje zdanie.

Jest znany nie tylko jako Emtebe, ale również jako Siedem Nieszczęść. Jak sam podkreśla, jest to projekt, w którym bawi się w jednoosobowy zespół. Jego założeniem było tworzyć kompozycje o brzmieniu post-rocka i indie rocka. W tym projekcie głównym instrumentem jest gitara, na której gra i komponuje. Później nagrywa wszystko i odpowiednio urozmaica za pomocą komputera i edytorów dźwięku, w których to dodaje inne instrumenty.

Fot. Emtebe.



Jest po części multiinstrumentalistą. Gra na gitarze i instrumentach klawiszowych, ma również drobne doświadczenie z perkusją. Pierwszym jego instrumentem były dzwonki chromatyczne, na których grywał w szkole podstawowej na lekcjach muzyki. Później przesiadł się na keyboard CASIO, a z czasem na nieco bardziej zaawansowany sprzęt w postaci keyboardu YAMAHA PS-55.
 
Emtebe jest samoukiem. Gitarę pożyczył od dziadka, który sam jest multiinstrumentalistą i grał kiedyś w swoim własnym zespole, noszącym nazwę Rezonans. Instrument nadal jest w posiadaniu Emtebe i ma dla niego sentymentalne znaczenie. To wiekowy sprzęt. Ponad 30 letnia gitara „Samba” polskiej marki Defil. To właśnie na niej skomponował większości gitarowych utworów dla projektu Siedem Nieszczęść.
Nie mniej muzyka nie jest jedyną pasją twórcy. Próbuje swoich sił jako fotograf i grafik (sam projektuje i tworzy okładki do swoich płyt), a jego prace, również, można znaleźć w Internecie. Pod artykułem znajdziecie szeroki wachlarz linków, dzięki którym będziecie mogli zapoznać się z pracami Emtebe.
Korzystając z okazji postanowiłam zadać mu kilka prostych pytań. Wszak, chęć poznania człowieka zawsze bierze nade mną górę.

Debiutext;

Z tego co udało mi się o Tobie dowiedzieć, to już od dawna tworzysz. Możesz nam przybliżyć jak to się zaczęło?

Emtebe:

W podstawówce na lekcji muzyki grałem na dzwonkach chromatycznych. Spodobało mi się. Potem stałem się posiadaczem mojego pierwszego keyboardu CASIO i zacząłem tworzyć swoje pierwsze kompozycje. A później już z górki. Czytając kiedyś czasopismo o konsoli PlayStation, natknąłem się na opis programu Music. Od razu postanowiłem go mieć. Dzięki Music mogłem przerzucić kompozycje, które grałem na keyboardzie do programu, a tam je urozmaicić o dodatkowe instrumenty. Dawało mi to znacznie więcej możliwości, już nie musiałem notować nut na kartkach lub ich zapamiętywać. Zapisywałem je w programie i mogłem, kiedy tylko chciałem, edytować je i dodawać inne. Później nastała era komputerów PC i przeniosłem się na nie. Wtedy, właściwie każdy mógł tworzyć muzykę. Wystarczył tylko komputer i oprogramowanie i już można było tworzyć własne dzieła.

Debiutext;

Jak wpadłeś na pomysł nazw swoich projektów. Są dwa „Emtebe” i „Siedem Nieszczęść”?

Emtebe:

A to dłuższa historia, zarówno dla jednej jak i drugiej nazwy. Może kiedyś, na starość, jak już będę siedział w bujanym fotelu z kotem na kolanach, to opowiem historię tych pseudonimów. Na razie mogę powiedzieć tyle, że pseudonim Emtebe, jak większości się wydaje – nie ma nic wspólnego z kolarstwem górskim.

Debiutext;

Co Cię inspiruje?

Emtebe;

Najprościej mógłbym odpowiedzieć, że wszystko. We wszystkim można znaleźć inspiracje. Ale jakbym miał sprecyzować, to słucham dużo różnorodnej muzyki. Często też tej mniej popularnej. Artystów, których mało kto kojarzy oraz dużo twórczości z gatunku post-rock. To pewnie stąd daje się usłyszeć w mojej twórczości melancholię.

Debiutext;

Jakie plany na przyszłość? A może coś więcej niż tylko Internet? Na przykład duże wytwórnie muzyczne. Myślałeś o tym?

Emtebe:

Kiedyś myślałem, żeby wydać coś w postaci fizycznej na własny rachunek. Sprawdziłem koszty wydrukowania poligrafii i wytłoczenia płyt, są one całkiem znośne przy nakładach 50 czy 100 sztuk. Jakbym znalazł kupców na fizyczne wydania, to pewnie bym się pokusił o takie coś. Co do dużych wytwórni, to owszem – fajnie by było zostać zauważonym. Ostatnio natknąłem się na „ogłoszenia”, że RedBull Records i BBC Introducing oczekują na dema. Wysłałem kilka swoich kompozycji i zobaczymy co z tego wyjdzie.

Debiutext;

Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów. Mam nadzieję, że jeszcze o Tobie usłyszymy.

Reasumując, myślę, że warto przyglądać się ludziom, którzy wbrew pozorom mogą wnieść w nasze doświadczenia muzyczne powiew świeżości. Warto otwierać się na nowości. Z doświadczenia wiem, że ludzie lubią tkwić w swoich skorupkach i ciężko im wyjść poza ramy ich własnych przyzwyczajeń, nie mniej warto zaufać i zatrzymać się na chwilę. Po to tylko, by wziąć głębszy oddech i spojrzeć na świat z zupełnie innej, szerszej perspektywy. A gwarantuję, że życie stanie się barwniejsze i łatwiejsze do przełknięcia. Emtebe zabiera nas w świat pełen kojących instrumentalnych dźwięków, przeplatanych nastrojową gitarą oraz uroczym wokalem jednej z współpracujących z nim wokalistek. Każdy bibliofil zakocha się w tej muzyce, bo przecież nie ma niczego milszego niż doskonała herbata, do tego ulubiona książka, a wszystko wplecione w akordy kojącej muzyki. Osobiście bardzo polecam jego twórczość. Dawno nie miałam okazji słuchać czegoś, co tak doskonale buduje nastrój, szczególnie wieczorami. Jest on również przesympatyczną osobą z którą doskonale mi się współpracowało, za co mu bardzo dziękuję.
Emtebe wszystkie swoje muzyczne dzieła udostępnia do pobrania za darmo na swoich stronach internetowych: www.emtebe.com i www.siedemnieszczesc.com w jakości plików mp3 128kbps/192kbps.
Jednakże, jest też możliwość zakupienia, za drobną opłatą, płyt w lepszej jakości, takiej jak pliki mp3 320kbps, wav lub flac na stronach: http://emtebe.bandcamp.com, lub http://www.soundpark.pl/emtebe
To też dobry sposób na wsparcie twórczości Emtebe, lub dorzucenie kilku groszy na opłaty hostingowi oraz domeny. Emtebe znajdziecie też na Facebooku: https://www.facebook.com/emtebemusic?fref=ts i https://www.facebook.com/siedemnieszczesc?fref=ts, a jeśli ktoś nie ma ochoty na ściąganie płyt, to może ich bez problemu posłuchać w całości na kanale YouTube: http://www.youtube.com/user/Emtebe Warto wspomnieć o inicjatywie Wpadło Mi W Ucho i do linków dorzucić ten: http://www.facebook.com/wpadlomiwuchomożna tam również posłuchać Emtebe.

Artykuł napisany na zlecenie gazety Debiutext.





Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee

 







Komentarze

  1. Nie słyszałam o tym twórcy. Interesująca postać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwięcej o nim słyszeli użytkownicy Wykop. Tam też znalazła go naczelna. To bardzo sympatyczny człowiek i warto go posłuchać. Pozdrawiam Stag.

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…