Przejdź do głównej zawartości

Anne Bronte "Lokatorka Wildfell Hall" - Recenzja.



Dziś kolejna recenzja zabierająca czytelnika w czasy wiktoriańskiej Anglii. Nie będzie to też ostatnia. Kilka dni temu wydawnictwo przysłało mi kolejne pozycje do przeczytania. Zatem recenzje się pojawią niebawem. Miłego czytania.

 Dzięki Wydawnictwu MG, miałam okazję po raz kolejny, po „Ruth”, zanurzyć się w lepkiej i przepełnionej konwenansami epoce, która, dla wielu teraz żyjących w naszych czasach, jest niezrozumiała i nie do przyjęcia. I tym razem dostałam powieść wydaną perfekcyjnie. Chyba wykupię całą serię . Uch, żeby mnie było stać na takie fanaberie. Wszystko jest dopracowane w najmniejszym szczególe. Pozycja cieszy oko i bardzo zachęca do czytania, ale to tylko to.
Przyszedł czas na czepianie się. Mawiają nie oceniaj książki po okładce, a jednak. Gdybym nie znała treści, pewnie biorąc ją do ręki w jakiejkolwiek księgarni, pomyślałabym – Fuj, tani romans. Tak właśnie kojarzy mi się okładka. Nie widzę w niej spójności, a raczej zlepek rożnych elementów połączonych w całość, w nie najlepszej jakości programie do obróbki zdjęć. Co gorsza postać, na którą patrzę, a która stoi w bramie rzeczonego Wildfell Hall, jest blondynką, a tak naprawdę w powieści nasza główna bohaterka jest kruczoczarną, dostojną kobietą. Napis wygląda jak żywcem wycięty z okładki powieści Daniel Steel – ojej poprawcie się! Jest to jedyna rzecz, która mi się nie podobała. Jedyna!
Bardzo lubię twórczość sióstr Bronte. I jak sobie przypomnę, to czytałam większość pozycji książkowych, jakie stworzyły. Oczywiście mam swoja ulubioną, do której wracam co jakiś czas, i szczerze powiedziawszy, książka wygląda już jak wygląda, nosi ślady częstego czytania. Ostatnio zaraziłam nią moją najstarszą córkę, przecież czytanie klasyki rozwija.
Ciepło na sercu mi się zrobiło, jak dostałam możliwość zrecenzowania, niepublikowanej jeszcze powieści Anne Bronte. Styl pisania zawsze miała lekki i z łatwością wprowadziła mnie w epokę wiktoriańskiej Anglii. Tym razem było dokładnie tak samo. Jej delikatne pióro, wyczuwa się od pierwszej kartki.

Autorka przenosi nas do XIX-wiecznej Anglii. Do opuszczonego dworu wprowadza się tajemnicza kobieta. Nikt nie wie, kim jest. Zrujnowany dom nosi nazwę Wildfell Hall. Jest to podupadający budynek, otoczony ogrodem, który również pozostawia wiele do życzenia. Jej pojawienie się, wzbudza niemałe zainteresowanie w towarzystwie i u mieszkańców. Zważywszy na to, że kobieta przybywa wraz z dzieckiem, i na domiar tego wszystkiego jest wdową. Oj tak, bardzo piękną wdową. To też nie umyka bystrym oczom. Natychmiast wokół niej tworzy się gęsta atmosfera plotek i domysłów. Jednak po wizycie w kościele, którejś z niedziel, większość ludzi ma ochotę poznać nową lokatorkę Wildfell Hall.Dostojna kobieta nazywa się Helen Graham i jest zdolną malarką. Dzięki swym pracom zarabia na utrzymanie, a także na odbudowę dworu. Stroni jednak od wścibskich oczu i nie należy do rozmownych, czy towarzyskich. Samotnie wychowuje syna, nie dopuszczając do niego zbyt wielu osób, a jej metody wychowawcze nie każdemu odpowiadają. Zamieszkujący okolicę Gilbert Markham ma nieprzemożoną ochotę poznać panią Graham, udaje się więc do niej. Pierwsze spotkanie nie należy do owocnych, jednak po jakimś czasie między nimi zawiązuje się głęboka nić porozumienia. Kobieta przełamuje się i postanawia pokazać mu dziennik, który zawiera bardzo osobiste, dramatyczne przeżycia, które doprowadziły ją do Wildfell Hall. Czytelnik dostaje historię zaskakującą w swej treści i musi zagłębić się w lekturze, by otrzymać więcej odpowiedzi.

Lokatorka Wildfell Hall to niezwykła powieść. Wciąga i nie można się do niej oderwać. Każda strona nas zaskakuje i przynosi coś nowego. Autorka raczy nas pięknymi opisami, które, o dziwo, nie męczą i nie zmuszają czytelnika do odpoczynku od lektury. Są one finezyjnie wpisane w życie ludzi tamtej epoki. Na dokładkę otrzymujemy książkę, która wyrywa się ustalonym stereotypom. Poznajemy zupełnie inną kobietę. Kobietę która ma tyle siły i samozaparcia, by trwać przy swoim i być niezależną, w czasach, kiedy kobiety, niestety, nie miały takich praw, jakie mają teraz. Co gorsza, małżeństwo sprawiało, że stawały się po części własnością mężów, bez jakichkolwiek praw do własnego zdania, a każda próba wyrwania się z tego zlepku konwenansów i ustalanych z góry reguł, wiązała się z ostrą reprymendą, nie tylko małżonka, ale i środowiska. Ogromnym plusem powieści są bohaterowie. Zostali oni wykreowani bardzo wyraźnie, posiadają własne charaktery oraz przywary. Są bardzo barwni i ciekawi, aż chce się czytać dialogi, jakie ze sobą prowadzą. Doskonale prowadzona narracja zasługuje na miano mistrzowskiej. Akcja raz zwalnia, drugim razem zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń, które nas pochłaniają bez reszty. Czytelnik płynie na fali głębokich emocji, udzielających mu się za każdym razem, kiedy tylko zagłębia się w kartach powieści. Po przeczytaniu powieści ma się kaca książkowego i każdy zapalony czytelnik doskonale wie, o czym mówię. Wszystko mamy okraszone pięknym i barwnym słownictwem. Zatem, czego chcieć więcej? Nie dosyć, że jest to klasyka, to jeszcze, w jakim wydaniu!
Gorąco polecam, nie tylko tym bezgranicznie romantycznym, ale wszystkim, którzy choć na chwilę chcą oderwać się od rzeczywistości i znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Ta książka wam to umożliwi.


Książka przekazana w ramach recenzji przez Wydawnictwo MG.






Recenzje można również przeczytać na łamach gazety internetowej Debiutext. 





Moje recenzje znajdziecie też na; 
Lubimy Czytać: http://lubimyczytac.pl/profil/152325/stagerlee
Debiutext:  http://debiutext.eu/
Webook: http://www.webook.pl/Stagerlee



 

Komentarze

  1. Do tej pory udało mi się przeczytać "Profesora" Charlotte Brontë, a także "Agnes Grey" Anne Brontë - obie powieści przypadły mi do gustu, dlatego na pewno sięgnę po "Lokatorkę Wildfell Hall".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te właśnie dwie, które wymieniasz, czekają w kolejce:) Zatem niebawem pojawią się recenzje, a raczej moje skromne zdanie na temat klasyki:) Pozdrawiam Stag.

      Usuń

Prześlij komentarz

Wypowiedzi w formie obraźliwej lub wulgarnej, zostaną usunięte. Miłego czytania.

Popularne posty z tego bloga

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł …

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja

Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.
Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym…

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja

Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 
 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową,…