wtorek, 7 lutego 2017

Wywiad - A.M Chaudiere, autorka "Niewolnicy" gaworzy ze Stag.


Wywiad! Czujecie to? Ja nie mogę, serio. Fakt, przeprowadziłam ich w życiu bardzo niewiele i szczerze powiedziawszy lekko się cykam. Bo wiecie, człowiek zawsze obawia się rzeczy, które są dla niego niezbyt znane. No to wpływam na nieodgadnione wody. Pocę się i trzęsę, bo mam przepytać moją koleżankę po piórze, która właśnie doczekała się reedycji swojej debiutanckiej powieści. Mowa tu o Annie Chaudiere.

Niewolnica” wstrząsnęła w posadach blogerskim światkiem. Dziewczyny jedna przez drugą zachwycały się Ariną oraz płakały rzewnymi łzami nad jej losem. Autorka zaś zbierała gwiazdeczki na „Lubimy Czytać” w tak ekspresowym tempie, że za tym nie nadążałam. Teraz znów jest czas „Niewolnicy” - odświeżonej, poprawionej, w nowej, o wiele ładniejszej okładce, wzbogaconej ilustracjami i przypisami. Do tego nie mamy już do czynienia z vanity, a Warszawska Firma Wydawnicza po personalnych, wewnętrznych rotacjach i przebudowie „wydawnictwa” (tak, ma być w cudzysłowie, ale to są tylko i wyłącznie moje pobudki) wznowiła wydanie tego opasłego tomiska, na które czekałam wieki, bo w jakiś magiczny sposób pozycja ta wlekła się do mnie tygodniami.

Jakie jest moje zdanie na temat tej lektury, autorka jak i Wy, dowiecie się niebawem. Niebawem, ponieważ wzięłam sobie za punkt honoru aby opinię tę, z czystej sympatii dla twórczyni, napisać rzetelnie, drobiazgowo i bardzo szczerze. Zatem czas na radosne gaworzenie. Zapraszam Was na wywiad!






Cześć Anna.

- Cześć Stag, cześć Wam!

Doczekałaś się, co?

- Doczekałam? Szczerze mówiąc, czekałam jedynie na to, aby N. powróciła do księgarń – i tego się doczekałam, fakt. Z zaskakującą nawiązką.

Na instagramie oraz na twarzoksiążkowym profilu aż huczy od rewelacyjnych wieści. Powiedz mi, proszę, skąd pomysł na wznowienie „Niewolnicy”. To był Twój pomysł, czy raczej WFW zaproponowało Ci, że fajnie by było, gdyby ta pozycja ukazała się w nowej, lepszej formie?

- To pomysł Warszawskiej, mnie pozostało przystać na propozycję.

Szefowa Gęsi poprosiła mnie o napisanie blurba. Cieszysz się?

- Cieszę się, ładny jest. I dzięki!

Ile czasu zajęło Ci doprowadzenie książki do tego stanu, w którym jest obecnie?

- Hm. Jeśli mnie pamięć nie myli, to około dwóch tygodni. Zbyt wiele tego czasu nie było, ruszyli z kopyta, a i tak tradycyjnie mieliśmy opóźnienie.

Fot. Autorka.


Pytanie z serii tych głupich. Tak, śmiej się. Wolno Ci. Lubisz Arinę, czy dałabyś jej czymś ciężkim po głowie.

- Haha! (Rany, jak mi brakuje emotek, których używać w wywiadach nie wypada!) Lubię Arinę, to moja pierworodna. Mam chyba tak z każdą swoją postacią. Może dlatego, że lubię to, co robię i większość z tego jest zamierzona. Ariny charakter też lubię, chociaż nie ukrywam, że gdybym miała pisać N1 teraz, po tych prawie czterech latach, niektóre zdarzenia mogłyby nie mieć miejsca, tak samo, jak niektóre zachowania z pewnością byłyby inne.

Jak sądzisz czy nowi czytelnicy pokochają „nową” odsłonę „Niewolnicy”?

- No pewnie! Mam nadzieję. W końcu to wciąż ta sama N. Ta sama Arina, ten sam Severio i Azarel. Cath też jest taka sama. „Niewolnica” nie zmieniła się aż tak bardzo, żeby ją odrzucić, kiedy kochało się pierwszą wersję.

Na kiedy planujesz kontynuację pisania historii Ariny? Będzie to również vanity, czy pokusisz się o wysłanie jej do wydawnictw, które wydają nie ze współfinansowaniem?

- To pytanie jest bardzo dobre – na kiedy? Chciałam w tym roku, ale prym wiodą teraz Rozkazy. Dopóki nie wyrzucę z głowy drugich bohaterów N. nie ma szans wejść na podium. Erotyki za bardzo pochłaniają, ale na szczęście nam pisze się je szybko. Poza tym, chcę wrócić do niej w momencie, w którym nic innego nie będzie mi przeszkadzać, bo kiedy to zrobię – przepadnę na tak długo, dopóki nie napiszę całej trylogii. Istnieje więc szansa, że będzie gotowa w tym roku, ale czy się ukaże? To jedna wielka niewiadoma. Między innymi dlatego, że to nie pojawi się jako vanity. Chcę zostać przy Warszawskiej – tak, z własnej woli. Nie pracuje mi się z nimi aż tak źle, aby na siłę to zmienić. Nie dlatego, bo uważam, że N. nie ma szans gdzie indziej – przeciwnie. Myślę, że ma. Ale dlatego, że zwyczajnie mi pasuje taki stan rzeczy. A jeśli chodzi o finansowanie. Nie będę do niej dokładać i wydawnictwo już jest tego świadome. Planują zorganizować zbiórkę na zasadzie tych „wspieram kulturę”, na przykład. Mi to bez różnicy, czy wydadzą ją tylko za swoje, czy za swoje i jakieś zgromadzone pieniądze.

Widziałam zdjęcia tego pokaźnego stosu książek, który do Ciebie dotarł. Jakie to uczucie ponownie trzymać w rekach swoje „pierwsze” dzieło?

- Ekscytujące! Zwłaszcza, że to wszystko nie zadziało się z mojej inicjatywy.

Fot: Autorka.


Wydałaś, wraz ze swoją partnerką, inną książkę. Jak została odebrana przez czytelników?

- Podobnie do N. - i dobrze, i mniej dobrze. Każda książka ma swoich zwolenników i przeciwników. Z Rozkazami jest o tyle trudniej, że poruszają tematykę tabu (wciąż w Polsce), obracają się w środowisku nieznanym, zamkniętym. Postrzeganym między innymi jako coś bardzo dziwnego. Ale całkiem nieźle się trzymamy.

Czym się teraz zajmujesz? I nie pytam się o kolejną, pisaną powieść.

- Pracuję w... korporacji. (haha) I każdego dnia proszę los o to, aby moja doba stała się o dobę dłuższa. Do tego dom, kobieta, typowe obowiązki i te mniej typowe, jak właśnie pisanie. Dużo by wymieniać.

Pytanie z serii tych standardowych, które chyba zadają wszyscy. Jakie plany na przyszłość?

- Mało kto mi je zadaje, dzięki! Nie mam konkretnych planów. Podobno najlepiej mają ci, którzy niczego nie planują. Chcemy spędzić w takim stanie rzeczy kilka najbliższych lat, mając na względzie samorealizację, doskonalenie wszystkiego wokół nas. A później czas pokaże. Pewnie wyemigrujemy, zanim ten kraj nas zeżre, ale nic więcej nie zdradzę.

Kiedy mnie odwiedzisz, co?
- O! A kiedy chcesz? Bliżej lata to ładny czas na odwiedzanie – pod warunkiem, że nie poszczujesz mnie pająkiem i nie zdepczę jakiegoś robaczka... Dogadamy się, na pewno.

Dzięki za poświęcony czas. Wiem, że masz go bardzo mało, a jak już coś tam wyłuskasz, to zasiadasz wraz z Angelą i skrobiecie swoje „grafomanie”.

- Skąd wiesz! Jest weekend, na moim zegarku trzydzieści minut po północy (w piątek) – o tej porze mam trochę czasu. Zaraz siadam do pisania, fakt. Życie w biegu do pewnego momentu jest cool, więc nie ma sprawy. Dzięki za wywiad, lubię te inne, niestandardowe. I do usłyszenia!
(ps. Też byłam taktowna i miła, dziwne...)


Uf. Udało się! Żyję, ale czacha mi dymi jak miernemu studentowi po kolokwium z matmy. Chyba nie nadaję się na przepytywacza. Ana mnie nie zabiła, starałam się być taktowną i miłą. Czy mi się udało, oceniajcie sami. A tymczasem dzięki za uwagę i wypatrujcie na horyzoncie mojej długiej opinii dotyczącej reedycji „Niewolnicy” Będzie się działo.







czwartek, 2 lutego 2017

Anna Dydzik "Nieperfekcyjna mama" - opinia

Źródło: Lubimy czytać




Recenzję tę, a raczej opinię, proszę traktować z przymrużeniem oka. Skargi i zażalenia przyjmuję mailowo, nie koniecznie odpisując na nie.

Poradniki? Mhm? I już wszyscy wiedzą, że na ich widok moja twarz wykrzywia się w grymasie, który oznacza tylko jedno – no chyba nie. Teraz pewnie połowa domyśli się, że będzie jojczenie, marudzenie i jeszcze raz skwierczenie na temat tego, że po raz kolejny dałam się podejść i na moim biurku zagościł następujący twór z serii – patrzcie państwo, teraz nauczę Was jak żyć. A takiego wała! O! Jestem człek niereformowalny. Jestem też miękka w tyłku i można wodzić mnie na pokuszenie wiele razy. I tak też uczyniła szefowa portalu „Polacy nie gęsi” - Julita, która wesoło oznajmiła mi, że ma dla mnie gift, który właśnie radośnie do mnie zmierza, bo jak zna życie, powinnam się bardzo ucieszyć. Musicie sobie moi mili Państwo wyobrazić, jaki przestrach zagościł w moich oczach, jak twarz stężała, a mięśnie napięły się niczym sprężyny w moim przedpotopowym wózku… Jedzie (jechał) do mnie poradnik napisany przez blogującą mamę. Rany boskie! Julita! Za co Ty mnie tak nienawidzisz! Książka blogerki! Why? No dobra… Powiedzmy, że już dałam upust swojemu nieszczęściu, a łzy me zrosiły Wam monitory. Było źle? Nie powiem, czytajcie se do końca, leniwe buły.

Zanim zabiorę się książce za cztery strony okładki, fajnie by było przybliżyć sylwetkę zacnej białogłowy, która poczyniła to dzieło – pozdrawiam szanowną Panią. Twórczynią dzieła, które teraz spoczywa po mojej lewej stronie, przyciśnięte kubkiem herbaty (inaczej porwałby je mój prawie trzyletni syn) jest Anna Dydzik. Drobniutka blondynka zerkająca ze skrzydełka swojego poradnika. Mama trójki dzieci, które (podobnie jak i moje trzy potwory) zmieniły jej życie tak diametralnie, że pewnie gdyby potrafiła, spacerowałaby na rzęsach. A co, wolno jej. Dzięki swojej pracy, stała się ona jedną z najbardziej poczytnych blogerek w Polsce (ukłony). Doceniona i uwielbiana przez setki mam załamanych i sfrustrowanych dniem codziennym (i wcale się im nie dziwie, sama jestem matką). Mówi o sobie, że nie jest perfekcyjna, a autentyczna. Też ma problemy, ale metodą prób i błędów stara się je eliminować (i bardzo mądrze). W swojej pozycji pokazuje kobietom, jak nie dać się rzeczywistości i dumnie wypinając pełną pierś, brnąć do przodu. Jej blog w 2015 roku został uznany przez Jasona Hunta, jako „Nadzieja polskiej blogosfery”. Tytuły zacne, ale czy pani Dydzik, w moich oczach, poradziła sobie z pisaniem poradników? O tym za kilka akapitów. No dobra, za dwa.

Żeby było standardowo, nudno i takie tam. Wklejam opis książki zaczerpnięty z portalu Lubimy czytać:

„To inspirująca książka dla każdej mamy. Nie znajdziesz w niej sprawdzonych przepisów i cennych rad. Nauczysz się raczej, jak je przyjmować od życzliwych Ci osób… lub ignorować. Nie podpowie Ci, jak radzić sobie z krzyczącym dwulatkiem, ale pomoże Ci w takich chwilach nie zwariować. Nie zmieni Twojego partnera w czułego tatusia, ale pozwoli Ci do woli na niego ponarzekać.
Autorka skupia się na tym, co dotyczy każdej mamy, każdej z nas. Pokazuje, że wszystkie jesteśmy do siebie podobne. Zmagamy się z tymi samymi problemami, mamy takie same wątpliwości, popełniamy takie same błędy. I wszystkie czasem ryczymy w poduszkę.
Niniejsza książka dedykowana jest wszystkim mamom, bez względu na sposób rodzenia, karmienia i wychowywania dzieci. Daje przyzwolenie na chwile słabości, złość a nawet zwątpienie, jednocześnie motywuje i inspiruje mamy do walki o siebie. Przypomina, że każda mama jest przede wszystkim kobietą i ma prawo do swoich marzeń i planów. Nie musi być ani oazą spokoju, ani kreatywną wariatką. Nie musi podążać za modą eko i bio. Jedyne na czym powinna się skupić to szczęście i radość jej, dzieci i rodziny.
Każda mama znajdzie tu coś dla siebie: pocieszenie, motywację, śmiech i wzruszenie. A wszystko po to, by móc położyć się wieczorem do łóżka z poczuciem, że nie musi być perfekcyjnie. Wystarczy, że jest fajnie. ”

No to bierzemy na tapet okładkę, która raczej należy do tych krzyczących, aniżeli do tych stonowanych. Pośród różowości i turkusów spoziera kobieca postać, która jest czterorękim stworzeniem, bezbłędnie radzącym sobie z typowymi, mamuśkowymi obowiązkami. Teraz oczami wyobraźni widzę te wszystkie kobiety, które wzdychają na widok owego tworu, szepczą niemo – przydałaby się druga para rąk. Tak, wiem. To metafora, przenośnia, żart. Prosty rysunek, a jaki wymowny, nie? No nie, nie dla mnie. Nie szepcze, ani nie przemawia, raczej śmieszy. I myślę, że to całkiem dobra reakcja na zamysł twórcy. Może i zdarzało mi się jęknąć, iż mam dosyć i rzeczywiście jakaś dodatkowa kończyna byłaby w sam raz, jednak najczęściej miałam na myśli, grabę męża, który chyżo dzierży szmatę do kurzu ewentualnie mopa i zasuwa po kątach, niczym wykwalifikowana Marysia. Za to podobają mi się fonty oraz tłoczenia. Plecki też niczego sobie. Jakość książki też jest bardzo dobra, rzekłabym nawet, że idealna. Nie za ciężka, ani nie za lekka. Gramatura papieru w sam raz, niemęcząca oczu czcionka. Wykończenia i ilustracje nawiązujące do tematu. Skrzydełka, które tak bardzo lubię i ta niespotykana aksamitność w dotyku. Dziwna sprawa. Ale jest to bardzo przyjemne. Tu jestem na tak.

Pozycję „Nieperfekcyjna mama” zaczyna bardzo długi prolog. Oj bardzo długi. Zaczęłam ten poradnik czytać w tramwaju, kiedy to „pełna werwy” jechałam załatwiać urzędowe sprawy. Myślałam, że to przez rozkojarzenie, miarowy tętent tramwajowych kół, wydawało mi się, że czytam wszystko jedno i to samo, jak mantrę powtarzane i wklepywane w mózg. Aby więc sobie wszystko usystematyzować, w domu siadłam wygodnie, utuliłam najmłodszego i zabrałam się za ten nieszczęsny wstęp. Przebrnęłam i wnioski miałam identyczne, więc się nie pomyliłam. W sumie to, co jest na tych około czternastu stronach, można było spokojnie zawrzeć na dwóch, zwięzłych kartkach. Dla mnie ta rozlazłość okazała się niewyobrażalnie męcząca. A może moje nastawienie do tej pozycji jest takie, a nie inne? Nie, absolutnie. W każdej przeczytanej książce szukam tych zajebistych cech, które wyróżniają ją od innych, sobie podobnych. Tu też tak było.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwracała uwagi na głupotki, które umykają niewprawnemu oku. A tu znalazłam mrowie znaków interpunkcyjnych, które sobie żyją we własnym świecie i podróżują po zdaniach niczym czarodziej Merlin po dawnej Anglii. Brzydko i nie ładnie. Ale to nie tylko przecinki sprawiły, że oko mi zbielało. Oj nie. Można je olać. A idźcie se. Krzywdy nikomu nie robicie. Najbardziej zaskoczył mnie błąd merytoryczny. Sztuk jedna – bidula. Ukryty niemalże na początku książki. Zakamuflowany ciągiem słów, które każda kobieta zna i ich nie lubi. Mowa tu o czymś takim jak… cellulit. Defekt kosmetyczny, który „zdobi” niejedno udko, brzuszek czy ramię. Defekt, który pieszczotliwie nazywany jest „skórką pomarańczową”, ze względu na strukturę tkanki tłuszczowej, która pod powierzchnią skóry tworzy góry i doliny, no grudki takie. Niestety. Redaktor przegapił to, że Pani autorka trzasnęła babola wielkiego jak sam Giewont. Napisane jest bowiem nie cellulit, a uwaga – cellulitis. A to, moje drogie panie, nie jest wyżej wymieniony nieładny cudak, a ciężkie zapalenie tkanki łącznej. Odsyłam do stron medycznych lub choćby Wikipedii. Miałam na studiach kilka wykładów na ten temat. Mylić się nie mylę. Pod spodem załączam zdjęcie byka, jakby ktoś mi nie wierzył.





Kolejna kwestia, która mnie niezmiernie męczyła to bezustanna nuda. Powtarzanie frazesów i moralizowanie. Wpajanie, że każda kobieta jest wyjątkowa i każda ciąża wcale taka różowa nie jest. No nie jest. Wszystkie nas bolą piersi, podczas połogu leje się jak z kranu, a dzieci wrzeszczą, jakby im pod skórą sam szatan się zalągł. Tak jest. Jesteśmy zombie, łazimy w rozwalających się łapciach i nie wyglądamy jak boginie, kiedy z piersi wylewa się nam pokarm, brudząc dopiero co przebraną koszulkę. Autorka ma rację, ideałów nie ma, a każda, która się na takowy pisze musi mieć nierówno pod deklem, no i ma. Ku memu nieszczęściu i takie na mej drodze w życiu stanęły. Dlategoż nie jestem masochistką i nie chadzam w miejsca, gdzie matki-wariatki wyprowadzają swoje wystylizowane Dżesiki, by te wraz z innymi wypindrzonymi Alankami radośnie nie brudziły się w piaskownicy.

Tu też kilka słów zrozumienia dla znaczenia tej pozycji. Dla mnie jest to świetny poradnik dla kobiet, które dopiero co zaszły w ciąże, lub zajść planują. Obala on bowiem wiele mitów, które krążą wokół macierzyństwa. I to jest dobre. Pokazuje, że bycie rodzicielką, tą najważniejszą dla dziecka istotą w pierwszych latach jego życia, może okazać się fantastyczną przygodą, która będzie upływała bez ofiar w ludziach. Blogerka bardzo ładnie, prostym językiem wprowadza w arkana tej arcytrudnej profesji. Niestety dla mnie, matki, która ma już dorosłą córkę, drugą z zespołem Aspergera i synka, który jest chodzącą destrukcją, jest to lektura zupełnie nieprzydatna. Dlaczego? To bardzo proste. Ponieważ ja znam te uczucia, doświadczyłam ich. Nie są dla mnie jakimś nieodkrytym lądem. Bezustannie nie wiem czego mam się spodziewać po swoich pociechach, ale ich nie idealizuję. To diabły wcielone, cholerne małe potworki, które kocham.

Reasumując, by nie przeciągać. Moim skromnym zdaniem. Jeśli masz już dzieci i lubisz tego typu poradniki, śmiało, nie krępuj się. Gwarantuję, że będziesz zadowolonym czytelnikiem. Jeśli jesteś świeżo upieczoną mamą, kobietą w ciąży, jest to lektura warta zerknięcia. Może akurat to, co pani Dydzik opisuje, trafi do Twojego serca i utożsamisz się z jej emocjami. Jeśli masz już starsze dzieci, a lubisz czytać książki blogerów - kupuj. Prawdopodobnie trafiłeś na perełkę. A jeśli jesteś taką zatwardziałą francą jak ja to nie tycaj, bo cię to ugryzie i wkurzy. Dla mnie to bardzo mocna piąteczka na dziesięciopunktowej skali ocen. Życzę autorce, by pociechy rosły zdrowe i silne, oraz czekam na kolejne książki, może te mnie oczarują.

Za możliwość zapoznania się lekturą dziękuję:
- Polacy nie gęsi:




- Wydawnictwo Muza:





czwartek, 5 stycznia 2017

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Intruz - recenzja




Przyszedł czas na ostatnie DLC do Inkwizycji, po którym, niestety, musimy się pożegnać z kolejnymi dodatkami, ponieważ ten jest ostateczny i zamykający rozgrywkę. Powiem szczerze, że poczułam lekkie rozczarowanie. Po chwili jednak przyszło otrzeźwienie, przecież studio nie może w nieskończoność klepać DLCeków, bo jakaś Stag chce grać w grę. Intruz został stworzony dla PC. Ma on rozszerzyć fabułę, pozwalając graczowi rozegrać ostatnią niewielką kampanię, która umiejscowiona jest po pewnym czasie, od zakończenia głównego wątku. Gracz będzie też mógł poznać dalsze losy towarzyszy, którzy opuszczają go po pokonaniu Koryfeusza.

Warto też wspomnieć, bo generalnie „Przebudzenie”, które wyszło po Dragon Age: Origin, w które można było grać bez ukończenia podstawy, kreując jedynie postać, jest dodatkiem niezależnym. Tak tutaj wymagana jest baza. Nie obejdziemy tego. Zatem, jeśli ktoś jest leniuszkiem i mu się nie chciało kończyć, no to bardzo mi przykro. W tym przypadku nie pobiega sobie po tym DLC. Ale może sobie radośnie pozwiedzać głębokie ścieżki i Kotlinę Mroźnego Grzbietu. Proszę bardzo. Kto mu zabroni.




Akcja dodatku wita nas dwa lata po wydarzeniach związanych z Koryfeuszem. Wiele się zmienia. Jak już pisałam wyżej, protagoniści opuszczają naszego ludzika (pozwólcie, że tak go nazwę). Spotykają go dopiero na miejscu. Gra zaczyna się od uroczystego przejazdu – konno, a jakże i pogawędki. Potem możemy spokojnie lawirować po pałacowych ogrodach, zabudowaniach i zakosztować kąpieli w łaźniach. Ci, którzy nawiązali romans (ja miałam Cullena, nie mogło być inaczej) ucieszy fakt, że podczas jednej z rozmów, kapitan się oświadcza i dosłownie chwilę później kapłan Andrasty serwuje nam zaślubiny, a my cieszymy się jak durni. Baba… nie wnikajcie. Podczas dialogów z dawnymi towarzyszami, dowiadujemy się cóż takiego poczynili przez ten czas i jak poukładał się im żywot. W sumie to całkiem miłe. Ci, którzy lubią sobie porobić radosne ple ple, powinni poczuć się usatysfakcjonowani. Międzyczasie zbieramy sobie po kątach znajdźki, otwieramy skrzynie. Możemy nawet wykuć zbroję i broń w pałacowej kuźni, nikt nas nie powstrzyma. Kolejnym fajnym aspektem jest możliwość poczytania korespondencji, oraz wsłuchanie się banterów, kiedy to my działamy. Oczywiście, żeby tak kawitowo i różowo nie było to na Thedas, właśnie w tej chwili, spada groźba ataku Qunari. Oczywiście to MY wraz z wybranymi i ulubionymi przyjaciółmi zakasany rękawy, i huzia na Juzia. 




Pierwszą rzeczą na jaką zwróciłam uwagę to muzyka. Gdzie w „Zstąpieniu” budowała klimat i napięcie, tak tutaj, i jest to moje osobiste, subiektywne wrażenie, twórca przeszedł samego siebie. Wspomnę, że zostałam zauroczona. Najzwyczajniej w świecie przepadłam. Gdzie prym bezustannie wiódł soundtrack z Dragon Age: Origin, tak teraz to wylądowało na pierwszym miejscu moich hitów do pisania. Nawet teraz wzięłam na tapet. I jest moim motorem do skrobania tej skromnej opinii.

Dla zainteresowanych coś z YT:


 


Kolejna rzeczą jest motoryka, rozgrywka i sam wygląd dodatku. Wsadzę to do jednego akapitu. Tak powinno być najprościej. Walka nie ulega zmianom. Nadal mamy tu opcję aktywnej pauzy. Korzystamy z tych samych, wyuczonych skli. Otrzymujemy też komplet osiągnięć, które są zwieńczeniem rozgrywki w Dragon Age. Zgrabnie lawirujemy pomiędzy tropami i dialogami, które bezustannie są pokazywane na mapie. Nie zgubimy się… na razie. Bo ja niestety w pewnym momencie utknęłam i trzasnęłam tą grą w diabły. Choć chyba powinnam napisać, że wyklęłam ją za wszystkie demony w niej występujące. A o co poszło? A o nieszczęsne Eluviany, przez które Inkwizytor musi przechodzić, żeby przemieszczać się pomiędzy stopniami. Dzięki temu odkrywa biblioteki, rozmawia z duszami, wynajduje księgi i nawiązuje dialog z towarzyszami, którzy nie omieszkają wtrącić swoich trzech groszy. W pewnym momencie pomyślałam, że zrobiłam coś źle. Najzwyczajniej w świecie utknęłam nad jakąś przepaścią i ani w lewo, ani w prawo nie da się ruszyć. Powiedziałam sobie wtedy: Basta. Idę po herbatę. Wróciłam, odpaliłam jeszcze raz i zrobiłam wszystko inaczej. Okazało się, że to ja zawiniłam. Więc radośnie, jeszcze tego samego wieczoru, ukończyłam tę kampanię. Kolejną irytującą rzeczą, jaką znalazłam w tej części to, to że czasem biegałam w kółko. Przejścia są tak skonstruowane, że można się pogubić. Trzeba dobrze zapamiętywać, którym lustrem weszliśmy, a którym wyszliśmy, by po raz drugi nie zleźć się w tym samym miejscu. Po części jest to dobry zabieg, natomiast nerwusy mogą się przy tym lekko rozdrażnić. Kolejnym smutem jest to, że nie możemy znaleźć w tym wątków pobocznych, nawet tych niewielkich. Akcja po prostu przesuwa się liniowo, a my jak po sznurku brniemy ku jej zakończeniu. No szkoda.

Warto też wspomnieć o zakończeniu, na które pewnie większość sobie ostrzyła zęby. Tu możemy sobie pogadać, albo powalczyć. Wybór należy do nas. Nikogo nie zaskoczy fakt, że przyjdzie nam spotkać się z osobą, która w enigmatyczny sposób znika z pola widzenia tuż po walce z Koryfeuszem. Jam jestem człek pokojowy i wszystkich bym poklepała po główce, więc miast się szarpać, pogderałam i wyjaśniłam sobie wszystko grzecznie i jak to na kulturalnego elfa przystało. 




Reasumując. Dostajemy całkiem ładny wizualnie kawałek świata DA. Nie tak zachwycający jak w „Zstąpieniu” czy „Szczękach Hakkona”, ale jednak. Rozgrywka nie ulega zmianie. Liniowość jest nudna. Wątek fabularny – może być. Ale mogłabym rzec, że mogli się bardziej postarać. Wszystko ratują znajdźki i księgi, które ujawniają po drodze swoją zawartość. Nie czuje się napięcia, które nieuchronnie towarzyszy graczowi, który zbliża się do finału swojej ulubionej serii. Są miejsca, w których można się zgubić. Zagadki są zbyt proste. Mój mózg zbytnio się nie spocił podczas ich odkrywania. Miałam wrażenie, że deweloperzy po prostu chcieli to zamknąć, dać fanom i się odczepcie. Czekajcie (na być może) kolejną odsłonę świata Thedas, która nastąpi… nie wiadomo kiedy. Poza tym dla mnie motyw owych intruzów jest jakby nieco na wyrost. Wiadomo, lud Qunari należy raczej do tych wojowniczych, jednakże to, co zaserwowało nam studio wtykając na końcu Solasa, jest nieco naciągane. Poza tym, co bardzo mnie zasmuciło, główny protagonista nie jest w stanie podejmować swobodnie decyzji. Każdy jego ruch jest ostro komentowany i krytykowany. Wszystkie te dobrze rzeczy, które robimy w głównej kampanii nagle przynoszą jedynie rozczarowanie i rozgoryczenie. No i nie jesteśmy w stanie już nic zrobić z naszą organizacją. Skazujemy ją na coś, co być może zostanie zawieszone w niebycie. To moim zdaniem strzał w kolano. Dla osoby, która jest bardzo zżyta z tą serią to przykry widok. Dodatek to średniak w mojej subiektywnej ocenie.


Za możliwość zagrania w dodatek dziękuję EA Polska:


 

Oraz Przystani Szarego Strażnika: 





Grafiki zaczerpnęłam ze strony ArtStation, Ryana Love:
https://www.artstation.com/artwork/ndQ4E





wtorek, 3 stycznia 2017

Dragon Age: Inkwizycja, DLC: Zstąpienie - recenzja



Jest to ta z opinii, którą piszę drugi raz, bo poprzednią szlag trafił, podobnie jak screeny i zapisy gry. No niestety. Dysk czasem się pali, a wraz z nim znika to, co tak skrzętnie się gromadzi. Troszkę mnie zdziwił fakt, że jakimś tajemniczym zrządzeniem losu z chmury ulotnił się cały zapis stanu gry, włącznie z postacią, która przemierzałam dodatek. Cuda na kiju, ewentualnie Andrasta maczała w tym swoje paluchy. No, nie wnikam. Poszło w cholerę, po co drążyć. 

 Kody do dodatków, tak dodatków, bo jeszcze w pakiecie znalazł się ostatni, wiążący - „Intruz”. Otrzymałam od szefa grupy fanowskiej - „Dragon Age – Przystań Szarego Strażnika”, Łukasza. Zwanego przez przyjaciół - Ilidanem. Za co mu niezmiernie dziękuję, gdyż był to prezent „z zaskoczenia”, który wywołał na mojej twarzy niewyobrażalnie szeroki uśmiech. Wyglądałam przy tym jak genlok ucieszony z nowej, krwawej jatki. Rozpracowałam jak sobie to wpisać, załadować i pobrać. Trzeba brać pod uwagę to, że jestem babą – kurą domową, która czasem, jak jej łańcuch popuszczą to nawet wyłazi z kuchni. No dobra – żartowałam. 




„Zstąpienie” to drugi po „Szczękach Hakkona”, dodatek do Dragon Age: Inkwizycja, która jest wbrew pozorom całkiem zacną kontynuacją serii Dragon Age. Choć muszę przyznać, że po tylu godzinach w grze, jestem w stanie wyłuskać więcej rzeczy, które mi się w Inkwizycji nie podobało, od tych, które mnie zauroczyło. Ale wracając do samego dodatku. Tym razem kanadyjskie studio BioWare, zabiera nas na głębokie ścieżki. Inkwizytor poinformowany zostaje o dziwnych i niewytłumaczalnych wstrząsach wydobywających się z głębi ziemi. Wraz z towarzyszami udaje się na miejsce, aby zbadać zjawisko i tym sposobem przeżyć kolejną przygodę. Muszę przyznać, że deweloperzy postarali się. Przed nami otwiera się całkiem zgrabnie skonstruowany podziemny świat. Pełen poukrywanych skarbów, tajemniczych jaskiń, pomiotów i pułapek. Co gorsza, w otchłani mroku czają się nieznane Inkwizytorowi kreatury, kultyści oraz śmiertelne zagrożenia, które musi ominąć tak, by nie zaszkodzić sobie ani towarzyszom.

DLC to ma bardzo fajną zaletę. Pozwala graczowi nasiąknąć specyficzną atmosferą tego miejsca. Dzięki temu, możemy też rozszerzyć swoje opcje dialogowe, zebrać masę różnorakiego, a zarazem bardzo przydatnego sprzętu. Poza tym dodatek ten pozwala nam na crafting oraz podobnie jak w głównym wątku, posługiwać się stołem. Ja go nazywam stołem „wypadowo-kłestowym”. Wszyscy wiedzą o czym mowa. Dużym plusem jest to, że gracze mogą zacząć ten dodatek w wybranym przez siebie momencie rozgrywki. Nie musimy kończyć gry, zwyczajnie skaczemy sobie na ścieżki i odwalamy swoje. Taka tam rutynowa sprawa, co to dla naszego Inkwizytora – fraszka taka. Oczywiście, czego pominąć nie można. Zdobywamy nowe osiągnięcia oraz wyżej wymienione rzeczy, które zostają z nami już na zawsze. Na przykład zaczynając Inkwizycję od początku w plecaku posiadamy już zbroje i bronie zdobyte na głębokich ścieżkach. Identycznie jest po ukończeniu „Szczęk Hakkona” i „Intruza”. Zatem, reasumując, jak ogarniecie te trzy przygody, jesteście ustawieni i pierwsze lokacje przechodzicie z palcem… w nosie. No. 




A jakie wrażenia? Wrażenia oczami laika, który nadzwyczajnie w świecie lubi to uniwersum. Uczucia mam mieszane. Pierwszym moim skojarzeniem było to, że gdzieś już to widziałam. Już w to grałam. Tylko nie uganiałam się za hordą zdziczałych krasnoludów służących bogowi ukrytemu w odmętach ścieżek, a wlokłam się mozolnie za Brandą, która zaginęła w mrokach jaskiń i thaigów. Tu jest bardzo podobnie. Dążymy do czegoś, odkrywamy i dajemy się wsiąknąć specyficznej, nieco klaustrofobicznej aurze tego miejsca. Ten świat kusi. To nie ulega wątpliwościom. Bardzo podobało mi się, że jest możliwość swobodnego odkrywania przestrzeni oraz decydowania o tym w jakie miejsce teraz się udamy.

Na wstępie, zanim rozpoczniemy naszą wędrówkę w dół, w stronę nam nieznanego, wita ekipę mała baza wypadowa, o której wspominałam już wyżej. Zanim jednak uda się nam do niej bezpiecznie przybyć, musimy stawić czoło rozwścieczonej hordzie pomiotów, która właśnie stanęła nam na drodze. Troszkę to przewidywalne, ale co zrobisz. Po całym obiekcie poruszamy się za pomocą wind oraz punktów orientacyjnych, które w miarę postępowania rozgrywki możemy sobie zaznaczać na mapie, która jest podzielona na dwie części. Jedna odpowiada głębokim ścieżkom, druga, na której poukrywano inne sekrety w sam raz do odkrycia dla eksploratora jaskiń. Poza tym, co według mnie, jest czymś przemyślanym to to, że w głównej bazie (początkowej) możemy dokonywać sprzedażny, sprzętu zdobytego jako znajdźki, który jedynie zalega w ekwipunku. Możemy też zakupić odpowiednią ilość materiału do craftingu jeśli takowego nie udało nam się wydobyć. Do tego dochodzi kącik kolekcjonera, całkiem miłe miejsce, w którym składujemy sobie krasnoludzkie kubki, które po drodze postawiane są na półkach skalnych, podestach czy pomnikach. 




Może teraz coś o samej walce. Bywało rożnie. Raz przeciwnika kosiło się z marszu, innym razem rozgrywka ciągnęła się w nieskończoność. Tak się działo zazwyczaj, kiedy drogę protagonisty przecinał ogr wraz ze swoją świtą. Oczywiście pomioty szły na pierwszy ogień, na koniec tłukło się charczącego grubasa, który, o matulu, miał cholernie sporo życia, a my go najzwyczajniej w świecie smyraliśmy pod dupsku. Może to na początku mogło być zabawne to, po którymś tam razie - nużące, naprawdę. I ogry nie stanowiły w tej materii wyjątków, pojawiali się też Emisariusze, upierdliwi jak diabli pomioci magowie. Czasem trafiały się pokaźne grupki przeciwników, których ubicie graniczyło z cudem, a jak cię taki trafił to płowa życia zwiewała w podskokach. Miałam wtedy klasyczne – WTF, i gdzie ja, do jasnej ciasnej, schowałam te potki. Przydawały się te, które chroniły moje postaci przez obrażeniami ze strony błyskawic. Polecam zrobić sobie zapas. Oczywiście pomioty i kultyści z gratisowymi ogrami, nie byli jedynymi rezydentami jaskiń i ścieżek. Są tam jeszcze urocze, ogromne pająki i głębinowce. Ale i one raczej harde w walce nie są. Rzekłabym kolokwialnie – na trzy hity.

Kolejną sprawą są zagadki, tajemnicze zapory pilnie strzeżone przez „Czystych”, tak to ci kultyści, o których wspominałam wyżej. Wszystko było spoko gdyby nie mały i irytujący fakt. Pojawianie się w jednym miejscu nieliczonej ilości ludzików do ubicia. Gdybym tam była fizycznie, pewnie poleciałaby w ich stronę wiązanka szpetnych przekleństw, gdzie ogólna mechanika bardzo mnie zadowalała, tak to wkurzyło do tego stopnia, że na kilka dni zaprzestałam penetrowania korytarzy. To pewnie przez hormony, tak sadzę. Stanęłam więc swoją mag i co rusz rzucałam w ich stronę, a to ogniowymi pociskami, a to tworzyłam glify i radośnie patrzałam jak podpalają się im zadki. Taki ubaw – juhu!




No to może teraz coś o aspektach graficznych. Tutaj nie mam się do czego przyczepić, jednakże wiem, że wymagało to większych wymagań sprzętowych. Na szczęście mogłam się nimi nacieszyć. I nie musiałam obniżać poziomu grafiki. Uf. Manipulując kamerą można spokojnie podziwiać sklepienia, stalaktyty, stalagmity, w tle słyszymy szumiącą i kapiąca wodę, do tego muzyka skomponowana na rzecz tego DLC jest wciągająca i bardzo klimatyczna. Wszystko nasycone jest odcieniami granatu i błękitu kontrastującego z szarością kamienia. Dopiero w ostatecznej cześć, w której docieramy do bossa (Tytana) świat uderza w nas bajeczną zielonością i bardzo pomysłowym skonstruowaniem podziemnego miasta, połączonego ze sobą dzięki skomplikowanemu systemowi drabinek i kładek zawieszonych nad czeluścią – mieszkałabym.

Czego mi brakowało? Przede wszystkim rozszerzonego wątku historii krasnoludów. Nie dostaliśmy też żadnych wzmianek na temat pierwszej części DA: Origin. Żadnych przesłanek związanych z Szarą Strażą. Jedynie lakoniczne nawiązywania do tematu, kilka ochów i westchnień, wydobytych z gardła rzeźbiarki (na śmierć zapomniałam jej imię, wybaczcie), kiedy to odkrywała po drodze płaskorzeźby z tajemniczym krasnoludzkim pismem, które nieuchronnie przybliżało nas do Źródła.




Reasumując. Bio Ware się postarało. Grafika zapiera dech, jest tak realistyczna, że ma się ochotę dotknąć ścian, napić bystrej wody, szumiącej w korycie podziemnego strumienia czy przesunąć opuszkiem po żyle lyrium. Do tego bardzo klimatyczna i budująca napięcie muzyka. Skrawek historii krasnoludów, walka z pomiotami, już nawet ten ostatni boss był całkiem niczego sobie. Jako pierdoła i matka polka, podchodziłam do niego dwa razy. Modele przeciwników, animacja, wszystko na tyle dopieszczone, by raczej nie móc się do niczego przyczepić. Minusem to nużąca walka z większymi przeciwnikami. Czyli wymieniane Ogry i Emisariusze. Teleportujący się zza ściany wrogowie, którzy radośnie wylewali się przy bramach, które trzeba było rozwalić. Wygodny crafting, kolekcjonowanie kubeczków, sklepik i przydatna mapa. Moim zdanie to taki umilacz czasu, przy którym przyjemnie się go zmitrężymy. Myślę, że nie będą to zmarnowane pieniążki, lepiej jednak polować na promocje.

Screeny wykorzystane w opinii zaczerniłam ze strony Connora MCCampbell'a.

Za możliwość zapoznania się z dodatkiem dziękuję EA Polska:





Oraz Przystań Szarego Strażnika: 







poniedziałek, 2 stycznia 2017

Podsumowanie roku na Fp - Człowiek Matka

Od jakiegoś czasu prowadzę stronkę, która nazywa się - Człowiek Matka. Jest to lekko ironiczne miejsce, w którym opiniuję rzeczy, które zakupiłam na chińskiej stronie Aliexpres. Dowiedziałam się o niej od jednej z moich koleżanek, kiedy to zaczęłam moją przygodę z lakierami hybrydowymi. Podobno na niej miałam znaleźć to, czego mi było wtedy potrzeba. Mianowicie lakierki hybrydowe w bardzo okazyjnych cenach. Niestety, majfrendowe mazadła okazały się beznadziejne, za to inne rzeczy już nie. Zamówiłam kilka produktów, wrzuciłam recenzje na grupę zrzeszająca fanów zakupów z Chin. I tak urodziła się myśl, że może by tak fp z tym zrobić. No i jest. Tworzę na niego grafomańskie wpisy, nasycone wszelakiego rodzaju babolami i radosnym słowotwórstwem (ale to są bardzo przemyślane babole, które nomen omen bardzo często mi są wytykane, co śmieszy mnie do łez). Z dnia na dzień przybywa lubisów tego miejsca, co mnie niezmiernie zaskakuje. Dlaczego więc na blogu, na którym opiniuję książki, znalazł się taki oto wpis? To proste. Jest zbyt długi aby go wrzucać na fp, no i nie mogłabym tam zamieścić tylu zdjęć ile bym chciała. Zatem, jeśli Was rażą takie rzeczy. Nie czytajcie. Szkoda czasu. Zaś zainteresowanych zapraszam do lektury :).


Grafika: Joanna Sowińska


No i w końcu się za to zabieram. Tak sobie odkładałam i odkładałam, bo przecież to tylko 10 rzeczy, które są dla mnie WoW, i które kupię kolejny raz. Ba! Sto razy sobie zapodam… o ile mi się nie znudzą, to przecież oczywiste. Problem jednak wystąpił i to srogi ponieważ dotarło do mnie, że opisać by się to przydało, dorzucić kilka nowych uwag, okrasić fociami i peanami, jak poezję jaką. Nie mogę zapomnieć o linkach do aukcji, o ile jeszcze takowe istnieją, gdyż powszechnie wiadomo lubią one sobie wygasać. Powiem jednak, że nie ustawię tych rzeczy chronologiczne, a zamieszczę te, które warte są swojej uwagi, te, które polubiłam i dla mnie są naprawdę spoko. Chciałabym też wspomnieć, iż ten zbiorek jest moją, i tylko moją, subiektywną oceną. Nie każdemu może się spodobać to, co akurat wychwalam pod sam Asgard.

Pierwszą rzeczą, która mnie zauroczyła to maseczki w płachcie. To było okrycie po czasie, bo jak wspominałam w pierwszej recenzji, maseczka, którą otrzymałam od koleżanki odleżała sobie w szafce przysłowiowy - czas urzędowy. Znacie to. Nie? Prosicie męża – powieś coś tam, a za pół roku nadal to nie ma swojego miejsca, gdyż ten, właśnie, czas jeszcze nie minął. Spośród wszystkich, które wypróbowałam jedna okazała się super-extra. To właśnie ta najpierwsiejsza, nawilżająca i wybielająca. Reszta ładnie odświeżyła buzię, ochłodziła i odżywiła. Jednak nie była tak super. Nie omieszkam zaznaczyć, że są w drodze do mnie inne i być może pośród nich znajdzie się ta, którą pokocham jeszcze mocniej.




Opinia: 


Link:

Drugim zbiorem (tak zbiorem) produktów zakupionych u chińczyka, to akcesoria łazienkowe. Wszyscy wiedzą, że walczyłam z remontem do września. Nie wspominam tego czasu jakoś zbyt różowo. A kto by wspominał. Dla pedanta to bardzo nerwowy czas. Mam też dzieci, które są w okresie, który swobodnie mogłabym nazwać – rozwalę wszystko, co dotknę, bo tak. Stwierdziłam więc, że bezsensownym jest inwestowanie w coś ładnego, coś, za co zapłacę miliony monet. A kiedy wpadnie w to destrukcyjne, dziecięce rączki to zapłaczę rzewnymi łzami. Postanowiłam wpakować w koszyk troszkę plastikowego barachła, które pomoże w uporządkowaniu mojego łazienkowego tałatajstwa. Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Ali dało mi spory wachlarz możliwości i rozwiązań, do tego zróżnicowane ceny. Starałam się nie przeginać, bo wiadomo. Nie wiesz co ci przyjedzie. A tu miłe zaskoczenie. Większość rzeczy bardzo fajnych, funkcjonalnych i przede wszystkim solidnie wykonanych. Za takie pieniążki to i mnie oko zbielało, ale z szoku. Dwa razy trafiło się wysłanie nie tego produktu, albo uszkodzonego. Sprzedawcy wykazali się jednak ogromną uprzejmością i uczciwością, i w ciągu najbliższych tygodni dojechały do mnie zamówione, lub nowe rzeczy. Bardzo polecam tych ‘majfrendów’ i wrzucę Wam linki do ich sklepów. A co kupiła? Wór pierdoletów i drobnostek takich jak:

- Haczyki na ręczniki lub inne rzeczy (trzymają się ściany i nie dopadają – w ogóle)

Opinia:

- Organizery na szczoteczki i pasty do zębów (czasem się odkleja, ale tylko wtedy, kiedy dzieciaki zaczynają przy tym majstrować)

Opinia:

- Wyciskacze do pasty (bardzo praktyczne i jeszcze ładnie wyglądają)

Opinia:

- Wieszaczek na papier toaletowy (przykleiliśmy to do kafelek, bo dzieci za dużo przy tym grzebały i wiecznie musiałam to ‘pszyssywać’)

Opinia:

- Trzymadła do mopów (dla mnie najfajniejsza rzecz ever)

Opinia:


- Mydelniczka na dwa mydła (bo starzy ludzie myją się innym, a dzieciaki innym, więc takie jak najbardziej na odpowiada, nie recenzowałam, bo mi się nie chciało, ale link podam, bo to porządna i fajna rzecz)

Link:

- Siatka wisząca na zabawki (to akurat jest najgorsze ze wszystkiego. Wykonanie też słabe, ale trzyma się ściany i graty z tego nie wypadają, nie ma źle)

Opinia:

Trzecią rzeczą, która na początku jakoś tak bardzo mnie nie urzekła, ale z biegiem czasu przekonałam się do niej i zaczęłam stosować niemalże regularnie - to krem BB zamknięty w pojemniku, który przypomina urnę na prochy po chomiku. Na początku wzięłam to, bo dziewczyny mówiły, że może posłużyć jako korektor. Gęste, masłowate i bardzo kryjące. Jestem nieszczęśliwą posiadaczką sińców pod oczami, przez myśl mi przebiegło, że to może być właśnie to. Kupiłam, chyba na jakiejś promocji, bo wyszło cebulowo. Produkt mnie przeraził. Przede wszystkim swoim kolorem. Jest bardzo jasny, ale pod oczy okazał się niczego sobie. Od września używam jako kremu BB i daję na całą twarz, ale bardzo cieniusieńką warstewką. Trzyma się cały dzień, świetnie współpracuje z pudrem transparentnym, z INGLOT. I ma jeszcze jedną zaletę. Po zmyciu buzia wydaje się odżywiona, wygładzona i lekko wybielona. Nie wiem co w tym jest, ale uwielbiam i wiem, że jak wykończę to zamówię jeszcze raz. 



Opinia:

Link:

Czwartym gadżetem, bez którego nie mogę już żyć to Beauty Blender zamówiony na Ali. Kupiony z poleconego linku, którego już niestety nie ma. Jedna babka napisała mi, że jak zacznę nakładać podkład tym czymś, to już nigdy więcej nie zechcę niczego innego – miała baba rację! Kłaniam się koleżance w pas i mówię – DZIĘKUJĘ! Słuchajcie to jest jakaś poezja, bardzo mięciutka poezja. Niezwykła przyjemność wypracowywania podkładu w twarz, który staje się jakby niewidoczny, a skóra wygładzona i wyglądająca bardzo naturalnie. Świetnie się sprawdza do płynnych i gęstych rzeczy, jak wyżej wspomniany krem BB. Jedynym jej minusem jest to, że podczas mycia mi farbuje, ale nie wiem czy one tak mają. Dla mnie jest super. Recki jeszcze na matkę nie pisałam. Zatem potraktujcie to jako opinię :).



Piąty – pędzel do pudru. Nie spodziewałam się fajerwerków i ochów. Potrzebowałam pędzla do pudru, no to sobie kupiłam. Ten mnie zaskoczył swoją miękkością, wykonaniem i wszystkim co się wiąże z jakością. Był to jeden z pierwszych zakupów na Ali. Do dziś go mam. Piorę, suszę i masakruję. A on dalej jest taki sam, nic mu nie odpadło, nie odkleiło się i nie pogubił włosia, które bezustannie ma taką samą gęstość. Nakładanie nim czy to sypkiego pudru, czy w kamieniu jest ogromną przyjemnością. Bardzo go lubię i mam nadzieję, że jeszcze długo ze na pozostanie.




Opinia:

Link:

Szóstym cudakiem jest stojaczek do suszenia pędzelków. Niby nic wielkiego, kawałek akrylu z silikonowymi dziurkami, ale jednak przydatny i to bardzo. Zazwyczaj pędzelki suszyłam na pieluszce terowej, na parapecie, ale nierzadko dopadały mi je dzieci i musiałam je po domu ganiać, aby odzyskać moje puchate skarby. No i kot. Kot lubił na tym spać, kurcze, temu sierściuchowi wszędzie jest wygodnie. Pokopałam po chińskich stronkach i wygrzebałam ten, też trafiłam na promo, więc radość jeszcze większa. Bardzo przydatny gadżet. Oczywiście nie mam dużego, bo moja kolekcja pędzelków nie jest jakaś pokaźna, ale wystarcza, poza tym Ali oferuje większe stojaczki i w innych kolorach. 




Opinia:

Link:

Siódmym skarbem jest szal. Zakupiony w szalonym 11.11. Patrzałam na niego już od jakiegoś czasu, ale za każdym razem albo był zbyt drogi, albo też dopadały mnie wątpliwości czy aby dobrze zrobię jeśli go zakupię. Po prawdzie to obawiałam się jakości. Chciałam coś ładnego, coś, czego nikt w okolicy nie ma. Nie chciałam ścierki do kurzu. Akurat sprzedawca obniżył cenę, tak – obniżył. Kupiłam i się nie zawiodłam. Kocham go całym matczynym serduszkiem przede wszystkim za jakość, wykonanie i miękkość. Do tego wygląda na ludziu bardzo zacnie i co druga znajoma się pytała skąd go wytrzasnęłam. Więc na Ali samych badziewiaków nie ma. Tyle wygrać.




Link:

Opinia:


Czas na ósmego wariata. Tym razem kosmetycznego. To nic innego jak glut do ust. Wpakowany w koszyk raczej dla beki, bo pośmieszkować lubię, szczególnie sama z siebie. Poza tym na jutubach laski to testowały i miały przy tym sporo zabawy. Zatem i ja chciałam. Przywędrował do mnie tak szybko, że nie wierzyłam, kiedy wyjmowałam go ze skrzynki – ale, że jusz? Jeszcze tego samego dnia wylądował na moich ustach. Zasechł bardzo szybko i pozostawił po sobie mgiełkę koloru. Byłam i nadal jestem tym zachwycona. Nakładam kiedy kroi i mi się dłuższe wyjście i wiem, że nie będę miała gdzie poprawić szminki. Więc robię sobie dwie warstwy, potem bezbarwny błyszczyk do kieszeni i jestem gotowa. Na pewno kupię jeszcze jedno opakowanie.



Link:

Opinia:

Na dziewiątym miejscu uplasowały się – pszczoły. Spinki do kołnierzyka czy broszki. Jak je ktoś nosi to już indywidualna sprawa. U mnie moszczą się wygodnie w klapach kołnierza płaszcza. Wypatrzyłam je na grupie i od razu wiedziałam, że muszę je kupić. Kosztowały niewiele, za to robią wszystko. Taki splendor za małe pieniądze. Nie znam osoby, która nie zwróciłaby na nie uwagi, bardzo się odznaczają, są pięknie wykonane. Dla osoby, która uwielbia owady gadżet obowiązkowy!




Link:

Opina:

I dotarliśmy do końca. Zacną dziesiątkę zamyka malutki puderek ByNanda. Rzecz niepozorna, ale za to jaka zacna. Jedni go lubią, inni narzekają, ale przecież to tylko kwestia tego, jaką ma się skórę i czego tak naprawdę oczekuje. A ja nie oczekiwała jakiś cudów i chyba dlatego tak mnie zauroczył. Zostawia miłą, pudrową chmurkę, matuje buzię na bardzo długo i jest przede wszystkim tani. Minusem jest maciupeńka pojemność, plusem minimalistyczne opakowanko w kolorze miętowym. Ja wzięłam sobie biały, w rzeczywistości transparentny. Producent oferuje jeszcze dwa warianty, ale będąc bladziochem nie ryzykowałabym. Poza tym, posiadam puder z INGLOT, który mimo że transparentny wpada w żółte tony i to mi wystarcza. Jest to rzecz warta wypróbowania, biorąc pod uwagę fakt, że jak się nie sprawdzi to Was nie szarpnie po kieszeni.




Link:

Opinia:


I tym oto miłym akcentem kończę moje podsumowanie roku. Produktów zamówiłam wiele, przetestowałam też sporo. Jedne mnie zawiodły i w okamgnieniu zapoznały się z zawartością kosza na śmieci, szczególnie matowe pomadki, które nie polubiły się z moimi ustami. Inne sprzedałam, bo albo były za duże, ale zwyczajnie jakoś nie potrafiłam się do nich przekonać. Biżuteria też znalazła się w moim koszyku, jednak to nie to. Zbyt mocno wiało mi to chińszczyzną i tandetą. Tak, znalazły się dwie rzeczy z tej kategorii, które stanowiły wyjątek to: kolczyki, które dałam na świąteczny konkurs oraz pierścionek (niby srebrny), którego opinię zamieszczę niebawem, na razie sprawdzam, czy mi toto sreberko podczas intensywnego użytkowania nie powie – papa. Warto też wspomnieć o odkryciu poprzedniego roku, a jest nią arganowa odżywka do włosów. Dla mnie super. Więc jest to jedenasty produkt, który powinien uplasować się na pierwszym miejscu w zestawieniu, ale że nie są one układane wg tego schematu, zatem powiedzmy, że wyróżnię go tu w napisach końcowych. Reasumując. Jeśli macie odwagę – testujcie. Zakupy na Ali to loteria. Przyjdzie lub nie przyjdzie… ? Oto jest pytanie! Uczuli, nie uczuli? Spodoba się, nie spodoba? I wiele, wiele innych gdybań, przez które pewnie przechodzi każdy Alieholik. Prawda jest taka, że zawsze kiedy znajdujemy w skrzynce paczuszkę, dwie ewentualnie siedem, czujemy się wtedy jak w Boże Narodzenie. Życzę Wam zatem samych zajebistych transakcji i niech Wam się dzieje!

Za pomoc przy robieniu zdjęć dziękuję Julicie Sobolewskiej :).